Gatto.Rosablog rowerowy

informacje

baton rowerowy bikestats.pl
Statystyki zbiorcze na stronę

Znajomi

wszyscy znajomi(99)
Kalendarz na stronę

wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy Kot.bikestats.pl

linki

BBT (1)

Sobota, 25 sierpnia 2018 Kategoria BBT, do 750, Kocia czytelnia
Km: 702.70 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: m Sprzęt: Kolarzówka Aktywność: Jazda na rowerze
Jeden wybór, jedna decyzja może położyć się cieniem na tym co wydarzy się później. To jak zrzucić z góry mały kamień i patrzeć co będzie. Może nie stać się nic... może też jednak wydarzyć się wszystko. Każda kolejna decyzja sprawi, że pójdziesz dalej. Drogą, którą niekoniecznie chcesz iść.

Tu, na BBT, wybrałam kategorię Open.
Uczestnicząc w Trans Am Bike Race nasyciłam się samotną jazdą. Bardzo lubię jeździć sama. Pomyślałam jednak, że może tym razem spróbuję inaczej. Źle znoszę jazdę nocną. Tzn. nie ma we mnie strachu, nie w tym jest rzecz. Problemem jest zasypianie, więc start w piątkowy wieczór z limitem czasu 70 godzin nie był dla mnie. Zdecydowałam się na start poranny, w sobotę, z limitem czasu 60 godzin. Nie jestem specjalnie szybka, jednak jazda w kat. open i możliwość wiezienia się na kole spotkanych zawodników dawała nadzieję, że te 60 godzin uda się złamać.

W mojej grupie startowej był Mariusz Daniszewski. Wysoki chłopak. Dobrze się za nim schować. Jechaliśmy grupką przez 78 km aż do Płotów (PK1). Mariusz ciągnął nas przez ponad 30 km. Oj, było widać, że to amatorski peleton. Któż to bowiem widział, by zmiana trwała aż tak długo?

W Płotach podbicie książeczki i jazda. Grupka mi uciekła i od tej pory rypałam samotnie pod wiatr aż do około 190 km. Długa solówka, jak na jazdę w kat. open, prawda? Szybkie tempo z początku i silny wiatr w twarz na tym odcinku dały mi solidny wycisk. Kolejni zawodnicy mnie mijali, a ja nie miałam szansy się zaczepić na koło - czułam się zbyt wypompowana.

Z każdą chwilą utwierdzałam się w przekonaniu, że mój organizm nie zregenerował się wystarczająco po TABR. Przed Wałczem spotkałam Dorotę. Jechała z jakimś chłopakiem. Trochę próbowaliśmy jechać we trójkę. Oni potem kawałek źle jechali, tam gdzie dość łatwo o wtopę - zamiast odbić w prawo na górki, oni polecieli prosto. Krzyknęłam więc za nimi i wrócili.
Do Piły ciągnęliśmy razem. Na PK mój rower się wywrócił i wygięła mi się klamkomanetka. Na szczęście działała. Za PK spotkałam Bogusia Kramarczyka. Miłe spotkanie po latach.

Powoli zaczął robić się wieczór. A potem zrobiła się noc. Co dziwne, nie chciało mi się spać. Mimo to, nie mogę powiedzieć, bym czuła się dobrze. Ciągle towarzyszył mi ból i ogólne złe samopoczucie. Grupa powiększyła się i jechało nas kilkoro. Dość długo, przez jakieś 40 km ciągnęłam na swoim kole przynajmniej 4 chłopaków. Nie dawali zmian. Po raz kolejny pomyślałam sobie, że kat. open nie jest dla mnie. Nie dość, że nie odpoczywam wcale, to jeszcze ciągnę innych. Pod koniec ktoś dał mi zmianę pędząc przynajmniej 5 km/h szybciej niż prowadziłam ja. Koła nie utrzymałam i.... znowu byłam pierwsza, nie licząc tego kolegi, który dał zmianę i odleciał prawie w kosmos.... tak daleko.

A potem był punkt w hotelu Wagant (400 km trasy). To na wysokości Ciechocinka, mniej więcej. Noc. W środku Beata z WTRu, która się tu wycofała. Dobił ją żołądek, start w piątek na noc i ogromny ruch na ulicach. Czułam się tu tak strasznie, że sama chciałam zrezygnować. Zjadłam coś. Nie pamiętam co, ale chyba się najadłam. Potem zawinęłam się w koc i położyłam na podłodze. Moją intencją było spać. Ale się nie udało, bo latała jakaś obrzydliwa mucha, która skutecznie uniemożliwiła sen. Poleżałam 25 minut z zamkniętymi oczami. Marna, bo marna, ale jakaś tam regeneracja pewnie nastąpiła. Mimo to, wstałam zmęczona.

Był to więc moment, by jechać dalej. Na nikogo nie czekałam. Wolę jednak jechać sama, niż wieźć na swoim kole przypadkowych facetów, którzy nie kwapią się do współpracy. Czarność zamieniła się w szarość i tak oto wstał nowy dzień. We Włocławku zaczęło padać. Nie było specjalnie zimno, no i wyłączył się wiatr. Czyli było super. Deszcz mi nie przeszkadza. Może sobie padać. Ważne, że na mnie nie wiało. Jechałam więc z nastawieniem dość optymistycznym. Po drodze zjadam żelka z kofeiną. I to był kolejny kamyk zrzucony z wysokiej góry. Mój żołądek ścisnął się i zaczął boleć. W końcu nie mogłam wziąć normalnego wdechu. Trudno jest jechać rowerem, nawet po płaskim, bez oddechu.

Zatrzymałam się na stacji paliw z mocnym postanowieniem, że kupię jakiś lek na żołądek. Na stację weszłam zgięta w pół. Powiedziałam ekspedientce w czym rzecz, dostałam Ranigast. Gdy wyszłam, wyszedł za mną jakiś facet. Zagadał:
- przepraszam, ale panią chyba mocno boli żołądek...
Potwierdziłam i wtedy on poprosił bym podeszła z nim do jego samochodu. Przez ułamek sekundy zastanawiałam się, czy to bezpieczne, ale... poszłam. Opowiadał, że sam ma  duże problemy z żołądkiem i ma na to skuteczny sposób. Mimo fatalnego samopoczucia, dokładnie obserwowałam co robi. Wyciągnął z samochodu zamknięty kapslem soczek. Potem jakąś kolorową saszetkę z białym proszkiem w środku. Na saszetce napis: soda. Podał czubatą łyżeczkę sody i polecił zjeść i zapić sokiem. Trochę się bałam, więc zapytałam, czy na pewno od tego nie umrę. Połknęłam i ból dość szybko minął. Nie wiem skąd ten człowiek się wziął z sodą i soczkiem o bladym świcie, akurat w miejscu, gdzie potrzebowałam ratunku. To zupełnie nierealne, ale wydarzyło się naprawdę.

Potem jechałam do Gąbina. Nic szczególnego się nie działo. Jadłam Ranigast, by wzmocnić efekt poprawy stanu żołądka. Cały czas, bez chwili przerwy, padał deszcz. Kompletnie mnie to nie wzruszało. Gąbin był szary i deszczowy. Dowiedziałam się, że tu wycofali się Gosia i Grzesiu z Sierpca. Wielki namiot z łóżkami polowymi stał dokładnie w tym samym miejscu co 2 lata temu. Znowu spotkałam tu Beatę. Przyjechała tu wraz z ekipą z Trupowozu. Zjadłam spokojnie drożdżówkę i równie spokojnie wypiłam herbatę. Mój żołądek zasługiwał na chwilę spokoju. Siedziałam z Beatą na jednym z łóżek polowych. Bo na zewnątrz, w tym deszczu, szybko zaczęło mną telepać. Kiedy wybywałam z punktu, pojawiła się Basia Chowaniec. Jadąca jak zwykle solo. Co było niesamowite - w tym deszczu i chłodzie ubrana była na krótko!

Z jazdy do Łowicza niewiele pamiętam, poza tym, że padało, że była niemożliwie długa prosta, płaska droga oraz że mocno smsowałam z Asią. W Łowiczu punkt już się zwijał. Myślałam o śnie, ale nie było już takiej opcji. Spotkałam tu kolegę. Ów kolega pogadał za mną. Znowu dojechała Basia, więc to już była pora, by jechać. Kolega ruszył za mną. Wyjaśniłam, że to niestosowne, ze względu nie tylko na regulamin, ale też z innych względów. Na co on mi odparł, że przecież jadę w kat. open, a w regulaminie nigdzie nie jest napisane, że nie można jechać za albo obok zawodnika open. Mówiłam, by jechał do domu. Normalnym głosem. Ale nie pojechał, a ja nie miałam energii by się kłócić. Ostatecznie więc machnęłam ręką, a on jechał za mną lub obok mnie. Pracowałam cały czas sama. To nie było dobre - nie lubię gdy na mnie patrzą inni ludzie w sytuacji, gdy jestem w złym stanie fizycznym. A byłam w złym stanie fizycznym.

Musicie bowiem wiedzieć, że na rowerze nie zawsze jest różowo. Nawet wtedy, gdy jestem od stóp do głów ubrana na różowo. W rzeczywistości może być wtedy zielono ze złości, niebiesko ze smutku, albo szaro z poczucia pustki, czy też.... czarno z rozpaczy.
A Ty?... Jaki kolor wtedy we mnie widziałeś?...

Do Punktu w Nowym Mieście był bardzo daleki przelot. Prawie stówa. Nadal padało, ale już dużo słabiej. Padało aż do Nowego Miasta. Dołączył do nas młody - jakiś zawodnik, który trzymał mi koło. Nie pomagał zupełnie nic. A przecież mógł, bo był zawodnikiem i jechał open. Po raz milionowy żałowałam, że jadę open. Gdybym jechała solo, to za mną i obok mnie nie mógł by być NIKT.
Ani ten koleś, ani kolega.

Nowe Miasto to super punkt. Prowadziła go Zuza, z którą ścigałam się prawie do samej mety na MRDP w zeszłym roku. Obie bardzo cieszymy się tym spotkaniem. Padamy sobie w objęcia, a Zuza jest tak silna, że nawet unosi mnie do góry! Jemy pyszny makaron. Do tego piję colę zagryzając chipsami. To zdecydowanie najfajniejszy punkt. Wszystko jest the best.

Dalej jest kolejny długi przelot - do Starachowic. Tam wybije 700 km trasy. Mam nadzieję, że będę mogła się tam wyspać. Jedziemy we 3. Drogi są dość ruchliwe. Niezbyt przyjemnie i kończący się dzień. Nie lubię zmierzchu na ruchliwych drogach. To chyba najgorsza, najbardziej niebezpieczna pora. Mam serdecznie dość tego, że kolega zawodnik w ogóle nie współpracuje. Wypycham go więc do przodu. Przewiózł się na moim kole jakieś 100 km nie dając z siebie kompletnie nic! Jedzie przodem. A potem nasza trójka się fragmentuje. Proszę wtedy zawodnika, by poczekał. On nie czeka. Gdy spotykamy się ponownie - po wielu km, pyta, czy możemy dalej jechać razem.
Spokojnym głosem mówię: wolę nie.
Nie ma we mnie stanowczości. Jest to normalnym głosem wypowiedziane zdanie. Tak samo jak do kolegi nie-zawodnika wypowiedziane w Łowiczu. Jednak tu zadziałało - zawodnik oddalił się.

No więc jedziemy we dwójkę. Nie mam już nadziei, że spotkam kogokolwiek, za kim będę mogła się wieźć. No trudno. Jedziemy uczciwie. Ja cały czas na froncie. Jest to paskudnie słaba jazda. Ale inaczej już nie umiem. Bolą mnie plecy, prawy Achilles, lewa ręka.... próbuję analizować, czy jest może coś co mnie nie boli.

W Starachowicach na punkcie jest wycofana Agnieszka (kolano). Nie ma tu nic do jedzenia. Pora spać. 702 km. Bez snu. Rekordu sprzed 2 lat nie pobiłam.

Ciąg dalszy


komentarze
Jeśli wolność, to możliwość podejmowania decyzji, to ją podjęłaś. Była najlepsza w tej chwili.
Kocie! Nie jesteś kamieniem. Ty rzucasz kamień. Później walczysz . Inni się boją tak samo decyzji , jak ryzyka, że efekt może być inny od zamierzonego. Zostają z kamykiem w kieszeni i gwiazdką...Na niebie.
lutra
- 20:51 sobota, 1 września 2018 | linkuj
O kurcze, to jest dystans. Mega!
anka88
- 20:25 sobota, 1 września 2018 | linkuj
Ile?! :-)
grigor86
- 20:02 sobota, 1 września 2018 | linkuj
Gdybym żałowała błędnych decyzji, nie byłoby mnie tu i teraz. Na szczęście te upadki, chociaż obtłukły mi nieźle kolana i grzbiet, zaprowadziły mnie w dobre miejsca i do dobrych ludzi. Nie żałuj więc kochany Kocie łez. Po deszczu często pojawia się tęcza. Tak jak wczoraj.
jotka69
- 10:13 sobota, 1 września 2018 | linkuj
Dziękuję za wciągającą, barwną relację!
100mil
- 09:30 sobota, 1 września 2018 | linkuj
Komentować mogą tylko zalogowani. Zaloguj się · Zarejestruj się!

kategorie bloga

Moje rowery

Hardtail 78409 km
Przełajówka 51579 km
Terenówka 26133 km
Kolarzówka 51959 km

szukaj

archiwum