Gatto.Rosablog rowerowy

informacje

baton rowerowy bikestats.pl
Statystyki zbiorcze na stronę

Znajomi

wszyscy znajomi(100)
Kalendarz na stronę

wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy Kot.bikestats.pl

linki

Wpisy archiwalne w kategorii

KMT

Dystans całkowity:319.13 km (w terenie 0.00 km; 0.00%)
Czas w ruchu:13:12
Średnia prędkość:24.18 km/h
Maksymalna prędkość:44.51 km/h
Suma podjazdów:1194 m
Liczba aktywności:1
Średnio na aktywność:319.13 km i 13h 12m
Więcej statystyk

VII Kórnicki Maraton Turystyczny

Sobota, 7 sierpnia 2021 Kategoria do 350, Kocia czytelnia, KMT
Km: 319.13 Km teren: 0.00 Czas: 13:12 km/h: 24.18
Pr. maks.: 44.51 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 1194m Sprzęt: Kolarzówka Aktywność: Jazda na rowerze
Na linii startu staję lekko niepewna. Tydzień temu byłam pod troskliwą, acz nieco brutalną opieką chirurga. Od tamtego dnia do dziś zjechałam z wagą 2 kg. Dużo. Niczego dobrego się raczej nie spodziewam. Trasę zmieniłam. Miało być 500, będzie 300. Choć na dobrą sprawę, czy to na pewno jest aż taka różnica? W końcu wysiłek, to wysiłek. A rana jeszcze nie jest zagojona. Dwie stówy w jedną, dwie w drugą, to w tej sytuacji chyba jeden kij.

Miałam jechać z przedostatniej grupy o 7:55 ale, że było nas bardzo mało w ostatniej i przedostatniej grupie, to zostaliśmy połączeni i ruszyliśmy wszyscy o 8:00. Za nami nie było już zupełnie nikogo. Grupka dość szybko się porwała. Parę osób przede mną, parę za mną. Ja gdzieś w środku.



Pierwsze 170 km było pod wiatr. Nie jakiś bardzo mocny, ale jednak przeszkadzający. Na 40 km trasy wyprzedziłam blondynkę na rowerze poziomym. Potem jeszcze ze 2 osoby, a następnie to ja zostałam wyprzedzona przez chłopaka w czarnym stroju na gravelówce. Nie wyprzedził mnie z prędkością światła, więc podjęłam próbę skoczenia mu na koło. I udało się! Chłopak trzymał prędkość 27-29 km/h i było to o około 2 km/h szybciej niż gdy jechałam sama. Super!

Jechaliśmy tak razem i złapaliśmy jeszcze dwóch chłopaków z naszej grupy startowej, którzy byli przed nami. Od teraz więc we 4. Na zmiany wychodziliśmy ja i chłopak w czarnym stroju. Jadąc tak w duchu się śmiałam, że moja turystyczna część tego maratonu właśnie się ogranicza do gapienia się na całkiem fajny zestaw: czarno-niebieskie buty, gdzie niebieski był bardziej nasycony niż najbardziej niebieskie niebo oraz na perfekcyjnie białe skarpetki i opalone łydki. Kolega prawą skarpetkę ma lekko zawiniętą i jest to jedyny szczegół psujący ten idealny obrazek. Gdybyśmy się znali, to od razu zwróciłabym uwagę. Jednak się nie znamy, a nie chcę ryzykować, że pogoni mnie pompką, więc nie mówię nic. I jedynie myślach powtarzam: ej, popraw skarpetkę!

Zatrzymujemy się wszyscy na zamkniętym przejeździe kolejowym przed Śmiglem. Jest to dobra okazja, by dosmarować skórę kremem przeciwsłonecznym. Natomiast chłopak w czerni cieszy się, że wreszcie może zdjąć kurtkę, w której jedzie od startu. Rozmawiamy też o tym, że trzeba dokupić picie, stacja by się przydała. Na rozpisce widzę stację, jest na wyjeździe ze Śmigla, po lewej stronie. Informuję o tym chłopaków i wszyscy wprost nie możemy się doczekać! 78 km trasy, jest stacja, wszystko idzie bardzo szybko. Kupuję izotonik, odwiedzam toaletę i już jestem gotowa do dalszej jazdy. Chłopaki jeszcze nie, część bierze kawę. Cóż, ja jeszcze nie mogę… Co więcej w ustach mam niefajny posmak. Lekko słodki i lekko metaliczny. Krew.

Mówię zatem, że pojadę, bez prędkości i mają mnie dogonić. Z tą prędkością jest chyba zwyczajnie. Trzymam te 24-26 km/h. Jadę sama. Po drodze jest krótki kawałek remontowanej drogi. Trochę piachu, kombajn z naprzeciwka. Ciasno i ten piach. Idę pieszo. Kierowca kombajnu wesoło się do mnie uśmiecha z wysokości i pyta, jak mi się jedzie. Uśmiecham się na tyle, na ile rana w ustach mi pozwala i mówię, że całkiem dobrze. Zostaję dogoniona przez kolegę ubranego na czarno dopiero w Wieleniu, na 107 km trasy. Pełno tu ludzi, bo obok są lasy i ładne jezioro. Łażą oni po ulicy jak popadnie. Na pasach muszę się zatrzymać, by przepuścić grupkę, a gdy ruszam, łapie mnie silny kurcz w prawą łydkę. Prawie spadam z roweru! Kiedy ruszam ponownie, nadjeżdża kolega w czerni i pyta, czy wszystko ok. Skręcona bólem nie daję niczego po sobie poznać i jakoś udaje mi się wydukać: tak, ok! No i pojechaliśmy. Jak to fajnie znowu móc się wieźć na kole. Powraca znajomy widok: czarno-niebieskie buty, białe skarpetki, opalone łydki.

I tak sobie razem jedziemy do Sławy, jest to 121 km trasy. Kolega niestety zjeżdża na stację paliw, która tu jest. Ja grzeję na punkt żywieniowy już bez ani jednego przystanku. Punkt ten jest w Głogowie, na 151 km. Najpierw jednak trzeba przebić się przez most na Odrze i bardzo duże rondo. Na punkcie, dzięki uprzejmości Elizium i Kamili, czeka na mnie zimny obiad. Jestem za to naprawdę wdzięczna, bo z raną w ustach cały czas nie mogę jeszcze jeść ciepłego. Zupę pomidorową połykam w całości. Udaje mi się też w dużej mierze zjeść drugie danie, które jest bardzo smaczne. W międzyczasie dojeżdża kolega w czerni. I… nie rozpoznaje mnie! Odwiedzam toaletę i zaczepiam mojego nowego kolegę. On jeszcze je, więc nie ma szans, byśmy ruszyli razem. Rzucam tylko, że mam nadzieję, że szybko mnie złapie.

Za punktem trzeba przebić się jeszcze przez miasto oraz około 25 km trzeba też przemęczyć się pod wiatr. Pojawiają się górki. Jednak, o dziwo, zupełnie mnie one nie męczą, wręcz przeciwnie, skacze mi się po tych górkach bardzo przyjemnie. Następnie jest jazda przy Obiekcie Unieszkodliwiania Odpadów Wydobywczych „Żelazny Most”. Piękne, letnie popołudnie, więc… dlaczego by nie docisnąć lekko? No to zwiększam prędkość. Fajnie jest. Krajobrazy są ładne, oko cieszą też wąskie asfalty. Lubię jeździć po takich drogach. Nie wszyscy jednak jadą tu ze swobodą i lekkością. Mijam dwóch chłopaków, którzy przy drodze rozciągają bolące nogi.

Rudna, od teraz wiatr będzie już tylko pomagał, choć… czy na pewno? Mam wrażenie, że całe wianie właśnie się skończyło i jest zupełnie neutralnie. Tak jakby cisza przed burzą, a w oddali faktycznie widać dziwne chmury. Przed drugim punktem żywieniowym doganiam jednego z naszych. Widzi mnie już od jakiegoś czasu, bo raz po raz się odwraca. W ustach mam krew i nastrój w sumie średni, a już z pewnością nie towarzyski. Jest to ten moment, gdy odczuwam irytację. Niektórzy twierdzą, że jestem twarda. Ja natomiast uważam, że akurat niekoniecznie. Mianowicie twardość w tym przypadku przejawiłaby się pozostaniem w domu, a nie przedkładaniem przyjemności, tj. jazdy rowerem, ponad własne zdrowie.

Kolega odwraca się za mną, potem siedzi mi na kole. Następnie jedzie trochę przede mną i znowu się odwraca. W końcu mówię, by nie oglądał się na mnie, tylko jechał swoje. Od tej pory jedynie się tasujemy. Na słuchawkach leci „Breaking me”. Ascetycznie. MPK i wyłącznie jego głos oraz gra na pojedynczych strunach gitary akustycznej. Dobre. Uciekają wszystkie złe emocje i natychmiast robi się spokojnie. Udaję sama przed sobą, że nie czuję smaku krwi. Puszczam ten kawałek kilka razy, raz za razem.

Na drugim punkcie żywieniowym, w Bojanowie, są zupa oraz bułeczki. Zupę zjadam. Bułeczki są ciepłe i chrupiące. Nie jestem w stanie ich zjeść w tej postaci. Rozrywam więc palcami i jem tylko miękki środek. Kiedy wstaję od stołu, na punkt wchodzi Paulina. Witamy się i już mnie tu nie ma.

Od drugiego punktu aż do mety zatrzymuję się trzy razy i są to postoje minutowe: żeby włączyć lampki, żeby zresetować mp3, która się zawiesiła i żeby założyć kurtkę. No i to wszystko. Bardzo podoba mi się na rynku w Gostyniu. Klimatycznie, już z częściowo włączonym oświetleniem. Przez chwilę nawet myślę o zrobieniu zdjęcia, ale… jednak nie. Trzeba grzać na metę. No to leeeecę!

Jest już ciemno, jestem jakieś 3 km od mety, gdy wydaje mi się, że bardzo daleko za mną widzę rowerową lampkę. Czyżby ktoś się zbliżał? O, nie! Końcówkę jadę więc na maksa, żeby nikt na ostatniej prostej już mnie nie dogonił. Na metę wpadam o 22:19.
Czas jazdy brutto: 14 godzin i 19 minut. Czas netto: 13 godzin i 12 minut.





Na mecie dostaję od Ani chłodziwo. Przytykam je do twarzy. Zjadam powoli makaron i wypijam piwo 0%. Wysyłam do rodziny i znajomych wiadomości i powoli się zbieram do wyjazdu. W międzyczasie przyjechało trochę osób. A teraz, gdy wyjeżdżam na metę wpada kolega w czerni, z którym miałam przyjemność trochę pojechać wspólnie na tym maratonie. Składamy sobie gratulacje i… przedstawiamy się sobie. Krzysztof żartuje, że trudno jest ze mną się umówić na kawę, bo ja na stację tylko wpadam i już mnie nie ma. Uśmiecham się. Ja przecież nie zawsze tak. Ale Kórnik – wiadomo, musi być ogień. Na miarę moich możliwości, oczywiście.

kategorie bloga

Moje rowery

Hardtail
Przełajówka
Terenówka
Kolarzówka

szukaj

archiwum