Wpisy archiwalne w kategorii
do 300
| Dystans całkowity: | 8889.41 km (w terenie 0.00 km; 0.00%) |
| Czas w ruchu: | 207:26 |
| Średnia prędkość: | 20.80 km/h |
| Maksymalna prędkość: | 48.90 km/h |
| Suma podjazdów: | 36186 m |
| Maks. tętno maksymalne: | 158 (0 %) |
| Maks. tętno średnie: | 128 (0 %) |
| Liczba aktywności: | 33 |
| Średnio na aktywność: | 269.38 km i 12h 57m |
| Więcej statystyk | |
Poznań - Bielice
Piątek, 23 maja 2014 Kategoria do 300, Kocia czytelnia
| Km: | 273.45 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 898m | Sprzęt: Przełajówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Bielice są tuż przed Iławą ;)
Z wizytą w Ełku zapowiedziałam się jeszcze wiosną. Okazja by pojechać trafiła się w miniony weekend. To długi przelot. Planując go brałam pod uwagę jazdę wspólną z Krzysztofem. Niestety on nie mógł ze mną pojechać. Mając do wyboru samotny weekend w domu albo samotny długi przelot, projektuję trasę i wybieram to drugie ;).
Topielica
W piątek zamiast do pracy idę na rower. Wstaję niespecjalnie wesoła. Zapowiada się wspaniały dzień - ciepły, słoneczny i z wiatrem... w twarz. Szybkie śniadanie (ze wszystkim – jak zwykle) i w drogę. Jadę na przełajówce. Z dużą torbą podsiodłową. Teoretycznie na lekko, praktycznie – odnoszę wrażenie, że ten rower w pełnym rynsztunku jednak trochę waży. No, ale co tam. MP3, którą utopiłam w zeszłym tygodniu trochę odżywa. Raz działa, raz nie działa ta moja topielica. Ruszam tuż po 5 rano. Jest wcześnie, ale już wieje. W twarz. Gdyby nie to, że wczoraj wieczorem napisałam do Pawła, że jadę, to natychmiast bym zawróciła.

Krew
Jazda idzie mi pokracznie. Ciągle coś nie pasuje – a to MP3 kaprysi, a to mi za gorąco (od samego rana jest 15 stopni!). Pierwszy dłuższy przystanek robię na 44 km. Gdy schodzę z roweru, zapominam o wypakowanej na maksa torbie podsiodłowej. Rower mnie przeważa. Korba wbija się w łydkę. Krew, dwa krwiaki....
Jem, smaruję się kremem do opalania (jest bezchmurnie i robi się skwarnie). Wiatr cały czas mam przedni lub przednio boczny. Przez to jadę dość wolno. To nie nastraja optymistycznie. Drogi mam różne. Gdy tylko jest bardziej gładko, staram się przycisnąć mocniej. W takich wietrznych warunkach nawet nie wpadam na pomysł by choć na chwilę wyjść z dolnego chwytu. Dłonie mam nieruchome, mocno trzymam kierownicę. Jeszcze nie wiem, że słono za to zapłacę.... ale na razie jest to tak wygodne.... Pierwszy nieprzyjemny odcinek mam w Żninie. Na wyjeździe z miasta jest podjazd, a droga dość ruchliwa. Jadę mocno, by szybko to mieć za sobą.

Chwilo, trwaj!
Gdy droga rozwidla się i odbijam na Barcin, robi się spokojniej. Za Złotnikami Kujawskimi lecę na Gniewkowo bardzo bocznymi szosami. Ruchu tu nie ma, ale jest trochę nierówno. Znowu smaruję się kremem, bo czuję, że skóra mnie pali od tego słońca. Krem i woda schodzą jak woda :). Jest gorąco. W słońcu od 33-36°C. A trasa cały czas prowadzi w pełnym słońcu właśnie. Nie ma się gdzie schować przed tym strasznym skwarem. Chętnie bym to przeczekała, ale tak ma być cały dzień. No i jeśli chcę zrobić tę trasę, to niestety nie mogę sobie pozwolić na zbyt wiele przystanków. W końcu cały czas wiatr spowalnia. Raz po raz porywa nawet tumany piasku i daje mi nimi po oczach. Dobrze, że mam okulary. Trochę wytchnienia mam między Gniewkowem a Toruniem. Tu jadę wąskim asfaltem przez las. Specjalnie nie cisnę mocno – cieszę się tą odrobiną cienia. O, chwilo! Trwaj wiecznie!

Na wszelki wypadek
Dłuższy przystanek robię w Toruniu. Stąd wysyłam pierwsze smsy z trasy. To około 150 km, a ja czuję się już nieźle wywiana i przegrzana. Lekko boli mnie głowa. Kanapka, krem do opalania i jadę dalej. Trasę do Torunia robiłam już raz wspólnie z Krzysztofem. Za miastem wjeżdżam na odcinek, którego zupełnie nie znam. GPS prowadzi. Na wszelki wypadek mam też ze sobą mapę Polski. Na wyjeździe z Torunia trafiam na remontowaną drogę. Pytam robotników jak długi jest rozkopany odcinek – mówią, że niedługi – tylko do szkoły. Super informacja, przecież ja jestem nietutejsza, nie mam pojęcia gdzie jest szkoła! Okazuje się, że jakieś pół kilometra dalej. Żartują, że tym rowerem nie przejadę. I mają rację.

Katuj, tratuj...
Piach jest tak głęboki, że ledwo idę. Koła się zakopują. Szarpię się z rowerem w tej piaskownicy, żar leje się z nieba... W końcu, gdy trafiam na piaskowe góry, zrezygnowana wchodzę w las. Przeciskam się między gałęziami. Nie ma tu żadnej ścieżki. Cieszę się bardzo, że jestem tu sama! Każdy kto by tu ze mną był, niechybnie miałby ochotę utopić mnie za ten wredny kawałek w Wiśle. Przed wjazdem na most też się motam. Zamiast górą jadę dołem i pakuję się w ścieżkę z betonowej kraty. Upał i wiatr sprawiły, że chyba kompletnie straciłam rozum. Gdy teraz o tym myślę, nie wiem jak mogłam wpaść na pomysł, by jechać dołem. Spodziewałam się, że dołem idzie niższy most specjalnie dla mnie? Jadę zatem po tej kracie do wylanej rzeki i z powrotem. Mogę odczuć jak wspaniale tłumi aluminium. Czyli wcale. No ale rower jest pancerny. Kupiłam go po to, bym mogła go bez żalu katować. Przy okazji katuję również siebie.

Jak u dentysty
W końcu (po zbyt długim czasie) opuszczam Toruń. Jadę na Golub-Dobrzyń. Krem do opalania miesza się z potem i spływa do oczu. Szczypie, piecze, boli. Zalewam się łzami. Nie, nie płaczę. To reakcja moich oczu. W Golubiu (200km trasy) jestem już porządnie głodna. W zeszłym roku byłam tu z Krzysiem, więc wiem gdzie można kupić pizzę. Jadę w znajome miejsce. Pusto tu, obsługa pozwala mi wejść do środka z rowerem. Mogę ze spokojem zjeść. Gdy kończę, na myśl o dalszej jeździe czuję nieprzyjemny skurcz w żołądku. Czuję się trochę tak, jakbym miała wejść do gabinetu dentysty. Czyżbym się bała wiatru?.... Sama nie chcę się przed sobą do tego przyznać, ale niestety na to wygląda. Gdy ruszam, prawie od razu mam podjazd pod słynny golubski zamek. Jest piękny, ale sam fakt podjeżdżania z pełnym żołądkiem średnio mnie cieszy. Dalsza droga niespodziewanie jest milsza. Trasa lekko wykręca i wiatr prawie nie przeszkadza. Ale ulga! Pojawiają się za to pierwsze pagórki. Drogi są przeważnie nierówne i wąskie, ale też praktycznie zupełnie puste.

Międzylądowanie
Od Golubia pokonuję jeszcze 73 km i za Bielicami, kilkanaście km od Iławy, znajduję fajną miejscówkę na nocleg. Widzę z daleka, że pole kończy się lasem. Nie ma tu żadnej ścieżki. Idę taszcząc za sobą rower jakieś 150m i pod drzewami rozbijam namiot. Jest trochę po 20:00. Na dziś wystarczy upału i wiatru.
Średnia z tego dnia: 23,2 km/h - w tą średnią wliczone są też wszyskie kawałki piesze - nie zdejmowałam licznika ani na chwilę.
Więcej fotek: https://picasaweb.google.com/102656043294773462009...
Z wizytą w Ełku zapowiedziałam się jeszcze wiosną. Okazja by pojechać trafiła się w miniony weekend. To długi przelot. Planując go brałam pod uwagę jazdę wspólną z Krzysztofem. Niestety on nie mógł ze mną pojechać. Mając do wyboru samotny weekend w domu albo samotny długi przelot, projektuję trasę i wybieram to drugie ;).
Topielica
W piątek zamiast do pracy idę na rower. Wstaję niespecjalnie wesoła. Zapowiada się wspaniały dzień - ciepły, słoneczny i z wiatrem... w twarz. Szybkie śniadanie (ze wszystkim – jak zwykle) i w drogę. Jadę na przełajówce. Z dużą torbą podsiodłową. Teoretycznie na lekko, praktycznie – odnoszę wrażenie, że ten rower w pełnym rynsztunku jednak trochę waży. No, ale co tam. MP3, którą utopiłam w zeszłym tygodniu trochę odżywa. Raz działa, raz nie działa ta moja topielica. Ruszam tuż po 5 rano. Jest wcześnie, ale już wieje. W twarz. Gdyby nie to, że wczoraj wieczorem napisałam do Pawła, że jadę, to natychmiast bym zawróciła.

Krew
Jazda idzie mi pokracznie. Ciągle coś nie pasuje – a to MP3 kaprysi, a to mi za gorąco (od samego rana jest 15 stopni!). Pierwszy dłuższy przystanek robię na 44 km. Gdy schodzę z roweru, zapominam o wypakowanej na maksa torbie podsiodłowej. Rower mnie przeważa. Korba wbija się w łydkę. Krew, dwa krwiaki....
Jem, smaruję się kremem do opalania (jest bezchmurnie i robi się skwarnie). Wiatr cały czas mam przedni lub przednio boczny. Przez to jadę dość wolno. To nie nastraja optymistycznie. Drogi mam różne. Gdy tylko jest bardziej gładko, staram się przycisnąć mocniej. W takich wietrznych warunkach nawet nie wpadam na pomysł by choć na chwilę wyjść z dolnego chwytu. Dłonie mam nieruchome, mocno trzymam kierownicę. Jeszcze nie wiem, że słono za to zapłacę.... ale na razie jest to tak wygodne.... Pierwszy nieprzyjemny odcinek mam w Żninie. Na wyjeździe z miasta jest podjazd, a droga dość ruchliwa. Jadę mocno, by szybko to mieć za sobą.

Chwilo, trwaj!
Gdy droga rozwidla się i odbijam na Barcin, robi się spokojniej. Za Złotnikami Kujawskimi lecę na Gniewkowo bardzo bocznymi szosami. Ruchu tu nie ma, ale jest trochę nierówno. Znowu smaruję się kremem, bo czuję, że skóra mnie pali od tego słońca. Krem i woda schodzą jak woda :). Jest gorąco. W słońcu od 33-36°C. A trasa cały czas prowadzi w pełnym słońcu właśnie. Nie ma się gdzie schować przed tym strasznym skwarem. Chętnie bym to przeczekała, ale tak ma być cały dzień. No i jeśli chcę zrobić tę trasę, to niestety nie mogę sobie pozwolić na zbyt wiele przystanków. W końcu cały czas wiatr spowalnia. Raz po raz porywa nawet tumany piasku i daje mi nimi po oczach. Dobrze, że mam okulary. Trochę wytchnienia mam między Gniewkowem a Toruniem. Tu jadę wąskim asfaltem przez las. Specjalnie nie cisnę mocno – cieszę się tą odrobiną cienia. O, chwilo! Trwaj wiecznie!

Na wszelki wypadek
Dłuższy przystanek robię w Toruniu. Stąd wysyłam pierwsze smsy z trasy. To około 150 km, a ja czuję się już nieźle wywiana i przegrzana. Lekko boli mnie głowa. Kanapka, krem do opalania i jadę dalej. Trasę do Torunia robiłam już raz wspólnie z Krzysztofem. Za miastem wjeżdżam na odcinek, którego zupełnie nie znam. GPS prowadzi. Na wszelki wypadek mam też ze sobą mapę Polski. Na wyjeździe z Torunia trafiam na remontowaną drogę. Pytam robotników jak długi jest rozkopany odcinek – mówią, że niedługi – tylko do szkoły. Super informacja, przecież ja jestem nietutejsza, nie mam pojęcia gdzie jest szkoła! Okazuje się, że jakieś pół kilometra dalej. Żartują, że tym rowerem nie przejadę. I mają rację.

Katuj, tratuj...
Piach jest tak głęboki, że ledwo idę. Koła się zakopują. Szarpię się z rowerem w tej piaskownicy, żar leje się z nieba... W końcu, gdy trafiam na piaskowe góry, zrezygnowana wchodzę w las. Przeciskam się między gałęziami. Nie ma tu żadnej ścieżki. Cieszę się bardzo, że jestem tu sama! Każdy kto by tu ze mną był, niechybnie miałby ochotę utopić mnie za ten wredny kawałek w Wiśle. Przed wjazdem na most też się motam. Zamiast górą jadę dołem i pakuję się w ścieżkę z betonowej kraty. Upał i wiatr sprawiły, że chyba kompletnie straciłam rozum. Gdy teraz o tym myślę, nie wiem jak mogłam wpaść na pomysł, by jechać dołem. Spodziewałam się, że dołem idzie niższy most specjalnie dla mnie? Jadę zatem po tej kracie do wylanej rzeki i z powrotem. Mogę odczuć jak wspaniale tłumi aluminium. Czyli wcale. No ale rower jest pancerny. Kupiłam go po to, bym mogła go bez żalu katować. Przy okazji katuję również siebie.

Jak u dentysty
W końcu (po zbyt długim czasie) opuszczam Toruń. Jadę na Golub-Dobrzyń. Krem do opalania miesza się z potem i spływa do oczu. Szczypie, piecze, boli. Zalewam się łzami. Nie, nie płaczę. To reakcja moich oczu. W Golubiu (200km trasy) jestem już porządnie głodna. W zeszłym roku byłam tu z Krzysiem, więc wiem gdzie można kupić pizzę. Jadę w znajome miejsce. Pusto tu, obsługa pozwala mi wejść do środka z rowerem. Mogę ze spokojem zjeść. Gdy kończę, na myśl o dalszej jeździe czuję nieprzyjemny skurcz w żołądku. Czuję się trochę tak, jakbym miała wejść do gabinetu dentysty. Czyżbym się bała wiatru?.... Sama nie chcę się przed sobą do tego przyznać, ale niestety na to wygląda. Gdy ruszam, prawie od razu mam podjazd pod słynny golubski zamek. Jest piękny, ale sam fakt podjeżdżania z pełnym żołądkiem średnio mnie cieszy. Dalsza droga niespodziewanie jest milsza. Trasa lekko wykręca i wiatr prawie nie przeszkadza. Ale ulga! Pojawiają się za to pierwsze pagórki. Drogi są przeważnie nierówne i wąskie, ale też praktycznie zupełnie puste.

Międzylądowanie
Od Golubia pokonuję jeszcze 73 km i za Bielicami, kilkanaście km od Iławy, znajduję fajną miejscówkę na nocleg. Widzę z daleka, że pole kończy się lasem. Nie ma tu żadnej ścieżki. Idę taszcząc za sobą rower jakieś 150m i pod drzewami rozbijam namiot. Jest trochę po 20:00. Na dziś wystarczy upału i wiatru.
Średnia z tego dnia: 23,2 km/h - w tą średnią wliczone są też wszyskie kawałki piesze - nie zdejmowałam licznika ani na chwilę.
Więcej fotek: https://picasaweb.google.com/102656043294773462009...
Poznań - Szczecin
Sobota, 5 kwietnia 2014 Kategoria do 300, Kocia czytelnia
| Km: | 278.00 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | m | Sprzęt: Kolarzówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Budzik dzwoni o 4.30. Robimy 5 minut drzemki i śpimy wtedy
z całych sił. Gdy jemy śniadanie, jest zupełnie ciemno. Poranny standard:
herbata, śniadanie, kawa, ciastko, gazeta, radio. I w drogę! Ruszamy w
szarówce. Poznań jeszcze śpi. Nie wahamy się zatem i lecimy najgłówniejszymi
ulicami, które są prawie puste. Krzysztof dyktuje mocne tempo 35-39km/h.
Konsternacja
Szybciutko opuszczamy miasto i następuje pierwsza chwila konsternacji. Szosa przechodzi w grunt. Idziemy prowadząc rowery prawie kilometr. Potem jest trochę szosy i w Pamiątkowie znowu teren (Trakt Napoleoński), ale już tylko ok. 300m. Dalsza droga to bruk. Tracimy cierpliwość. To miały być szosy! Krzysztof zaczepia jakiegoś porannego dziadka, który opowiada, że za brukiem jest dobra droga dla rowerów – polna. Darujemy sobie kolejny spacer i nadkładamy trochę.
grunt nr 1

grunt nr 2

poranny dziadek

Z zasłoniętymi oczami
Przecław to dziś najzimniejsze miejsce – jest tylko 6 stopni. A miało być ciepło i słonecznie! (Dopiero po 90 km temperatura zaczyna rosnąć i przekracza nędzne 7 stopni.) Przejazd przez Szamotuły i Wronki nie jest przyjemny. Musimy przebić się przez oba miasteczka mając oczy dookoła głowy i przewidując zachowanie kierowców. Dalej jest już tylko lepiej. Jedziemy przez Puszczę Notecką i docieramy do Wielenia.
Pełne uroku Drezdenko

Kawa w Drezdenku

Niewygodnie robi się dopiero na wyjeździe z Drezdenka – tu droga wojewódzka na odcinku 2 km ma nawierzchnię ze starego (ale równego) kamiennego bruku. Trochę trzęsie, więc za szybko nie da się jechać.
2km bruku

W Barlinku na podjeździe doganiamy szosowca. Ubrany jest w strój Barlineckiej Grupy Kolarskiej. Jedziemy i gadamy i jest zupełnie tak jak gdyby ktoś zasłonił nam oczy. Nie poznaję, że to Andrzej Binkowski, który kilkukrotnie ukończył BB (w tym roku po raz pierwszy pojedzie w kat. Solo) i LEL. On natomiast nie rozpoznaje mnie. Przedstawiamy się sobie i wybuchamy śmiechem :). Znamy się przecież!
Złodzieju!

Barlinek

Andrzej i Krzysztof

Trójki
Jedziemy tak we trójkę od Barlinka do Lipian.
Lipiany

Lipiany

Potem my odbijamy ku starej DK 3. W Lipianach znowu jest bruk. Na niedużym ryneczku robimy zakupy i jedziemy na starą trójkę. Ruch jest symboliczny, a droga równa, szeroka i z przepastnym poboczem. Za Pyrzycami mijamy miejsce tragicznego wypadku z 2011r., gdzie pijany kierowca wjechał w grupę kolarzy i zabił dwóch z nich. Zatrzymujemy się tu na chwilę. W takich momentach człowiek zaczyna się zastanawiać...

Jak to się mogło stać? Było przecież tyle miejsca....

Szczecin
No i w końcu nadchodzi moment, gdy mijamy tablicę z napisem Szczecin.

Mamy stąd jeszcze jednak kawałek drogi do pokonania – nocujemy u Marka i jego rodziny, którzy mieszkają trochę dalej. Początek jazdy krajową 10 nie jest zły. Jest to całkiem wygodna kilkupasmówka. Ale im bliżej centrum, tym fatalniej: koleiny, czasem dziury i duży ruch. Wskakujemy na ścieżkę rowerową, ale to też nie jest dobre rozwiązanie. Szkło, piach, piesi z pieskami sprawiają, że prawie stajemy w miejscu. Potem ścieżka się nieoczekiwanie (jak zwykle?) kończy. Nie ma tu nawet pasów, więc na dziko przebiegamy przez szeroką ulicę.


Końcówka to niespodziewany podjazd. Najpierw 7%, potem drugi 5%. No i jesteśmy na miejscu! Marek i Małgosia przyjmują nas po królewsku i porządnie karmią (kilkudaniowy pyszny obiad!). Wieczór spędzamy na gadaniu, jest fantastycznie. Średnia prędkość jaką osiągnęliśmy na tej trasie to 27,7km/h. Wchodzą w nią również poranne spacery po gruntowych drogach i przejazdy po ścieżkach rowerowych – licznik nie był wtedy zdejmowany.
Konsternacja
Szybciutko opuszczamy miasto i następuje pierwsza chwila konsternacji. Szosa przechodzi w grunt. Idziemy prowadząc rowery prawie kilometr. Potem jest trochę szosy i w Pamiątkowie znowu teren (Trakt Napoleoński), ale już tylko ok. 300m. Dalsza droga to bruk. Tracimy cierpliwość. To miały być szosy! Krzysztof zaczepia jakiegoś porannego dziadka, który opowiada, że za brukiem jest dobra droga dla rowerów – polna. Darujemy sobie kolejny spacer i nadkładamy trochę.
grunt nr 1

grunt nr 2

poranny dziadek

Z zasłoniętymi oczami
Przecław to dziś najzimniejsze miejsce – jest tylko 6 stopni. A miało być ciepło i słonecznie! (Dopiero po 90 km temperatura zaczyna rosnąć i przekracza nędzne 7 stopni.) Przejazd przez Szamotuły i Wronki nie jest przyjemny. Musimy przebić się przez oba miasteczka mając oczy dookoła głowy i przewidując zachowanie kierowców. Dalej jest już tylko lepiej. Jedziemy przez Puszczę Notecką i docieramy do Wielenia.
Pełne uroku Drezdenko

Kawa w Drezdenku

Niewygodnie robi się dopiero na wyjeździe z Drezdenka – tu droga wojewódzka na odcinku 2 km ma nawierzchnię ze starego (ale równego) kamiennego bruku. Trochę trzęsie, więc za szybko nie da się jechać.
2km bruku

W Barlinku na podjeździe doganiamy szosowca. Ubrany jest w strój Barlineckiej Grupy Kolarskiej. Jedziemy i gadamy i jest zupełnie tak jak gdyby ktoś zasłonił nam oczy. Nie poznaję, że to Andrzej Binkowski, który kilkukrotnie ukończył BB (w tym roku po raz pierwszy pojedzie w kat. Solo) i LEL. On natomiast nie rozpoznaje mnie. Przedstawiamy się sobie i wybuchamy śmiechem :). Znamy się przecież!
Złodzieju!

Barlinek

Andrzej i Krzysztof

Trójki
Jedziemy tak we trójkę od Barlinka do Lipian.
Lipiany

Lipiany

Potem my odbijamy ku starej DK 3. W Lipianach znowu jest bruk. Na niedużym ryneczku robimy zakupy i jedziemy na starą trójkę. Ruch jest symboliczny, a droga równa, szeroka i z przepastnym poboczem. Za Pyrzycami mijamy miejsce tragicznego wypadku z 2011r., gdzie pijany kierowca wjechał w grupę kolarzy i zabił dwóch z nich. Zatrzymujemy się tu na chwilę. W takich momentach człowiek zaczyna się zastanawiać...

Jak to się mogło stać? Było przecież tyle miejsca....

Szczecin
No i w końcu nadchodzi moment, gdy mijamy tablicę z napisem Szczecin.

Mamy stąd jeszcze jednak kawałek drogi do pokonania – nocujemy u Marka i jego rodziny, którzy mieszkają trochę dalej. Początek jazdy krajową 10 nie jest zły. Jest to całkiem wygodna kilkupasmówka. Ale im bliżej centrum, tym fatalniej: koleiny, czasem dziury i duży ruch. Wskakujemy na ścieżkę rowerową, ale to też nie jest dobre rozwiązanie. Szkło, piach, piesi z pieskami sprawiają, że prawie stajemy w miejscu. Potem ścieżka się nieoczekiwanie (jak zwykle?) kończy. Nie ma tu nawet pasów, więc na dziko przebiegamy przez szeroką ulicę.


Końcówka to niespodziewany podjazd. Najpierw 7%, potem drugi 5%. No i jesteśmy na miejscu! Marek i Małgosia przyjmują nas po królewsku i porządnie karmią (kilkudaniowy pyszny obiad!). Wieczór spędzamy na gadaniu, jest fantastycznie. Średnia prędkość jaką osiągnęliśmy na tej trasie to 27,7km/h. Wchodzą w nią również poranne spacery po gruntowych drogach i przejazdy po ścieżkach rowerowych – licznik nie był wtedy zdejmowany.
Poznań - Kowal - Sochaczew
Sobota, 15 marca 2014 Kategoria do 300, Kocia czytelnia, Ekstremalnie
| Km: | 281.05 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 993m | Sprzęt: Kolarzówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Poznań - Kowal - Sochaczew i prawie 300 km. Rajd z wiatrem? Nooo.... teoretycznie. Kto by pomyślał, że było słodko, srodze się rozczaruje.
Mocny tyłek
Zapowiadane od kilku dni załamanie pogody i prognozowany silny zachodni wiatr nastroiły nas optymistycznie. Taki wiatr jest genialny gdy się chce pojechać np. do Warszawy. Albo nawet jeszcze dalej.
- Możecie kombinować sobie rajd z wiatrem, bo jego średnia prędkość przekroczy 40-50 km/h i mając mocny tyłek :P można będzie dojechać do wschodniej granicy w kilkanaście godzin - napisał nam kolega.
Skórę na tyłku mam taką jak na piętach. Z takim tyłkiem mogę jechać :-). Trasę w całości wymyśla i projektuje Krzysztof. Ja warunek stawiam tylko jeden: to mają być spokojne szosy. Żadnych starych „92” ani podobnych rewelacji. No i jest trasa. Wiedzie przez: Witkowo, Sompolno, Izbicę Kujawską, Kowal, Gostynin, Wyszogród i Nieporęt, a kończy się w Tłuszczu, za Warszawą. Odcinek „włocławski” wysyłam do zaopiniowania Beacie z WTRu, natomiast „warszawski” Księgowemu i Wilkowi. Wiedząc czego się możemy spodziewać, w niedzielę wstajemy o 4.15. Gdy jemy śniadanie, leje. Wzmaga się też wiatr.
Klucze
Pierwsze kilometry są straszne. Mam problemy już w mieście, bo bardzo szarpie mi rowerem. Czuję, że nic z tego nie będzie. Jedziemy przez wiochy i szału nie ma. Jest bardzo ciężko, bo boczne podmuchy wyrywają rower spod tyłka. Wiatr WYJE. Drzewa szumią jak morze. W Sarbinowie Krzysztof jest już tak wściekły na moją pokraczną jazdę, że…. rzuca mi klucze od domu na ulicę i każe wracać. Sam natomiast znika w szarości poranka. I tyle go widzę. No świetnie po prostu! Zbieram klucze z szosy. Wsiadam na rower i jadę. Początek trasy znam przecież na pamięć.
Telefon
W Jankowie wyjmuję telefon. Na tę jazdę zamieniliśmy się kartami SIM, Krzysztof miał odbierać mój tel., którego nr znały osoby mające nas (w razie chęci) łapać na trasie. Tyle, że zamotaliśmy się i zamiast swojego aparatu z numerem Krzycha, mam jego aparat ze swoim numerem tel. i jeszcze jakimś innym numerem (podwójna karta). Zupełnie nie wiem jak się to obsługuje. Siedzę w Jankowie i wrzeszczę ze złości. Nikt nie słyszy, to szczere pole. Odblokowuję telefon, ale nie udaje mi się dodzwonić. Myślenie w nerwach nie jest proste. Chowam telefon i jadę. Klnę w głos. W Górze wiatr prawie mnie przewraca. Kawałek idę pieszo. W tym czasie dzwonię do Krzycha.
Nic.
Wsiadam i mam nadzieję, że czeka z Pobiedziskach.
Niestety tak nie jest.
Podejmuję ostatnią próbę telefoniczną. Dalej nie opłaca mi się jechać. To nie ja mam GPSa, a liczenie na łut szczęścia, że jednak się spotkamy może się skończyć kilkudziesięciokilometrowym wracaniem do domu pod tę wichurę. No ale tym razem się udaje. Odbiera telefon. Jest już pod Czerniejewem. On czeka, ja gnam. Docieram szybko, bo wieje centralnie w plecy.
Grad
Tuż przed Witkowem spada na nas pierwszy tego dnia grad. Co za wariacka pogoda! W Powidzu odbijamy na północny wschód, by ominąć jezioro, potem zakręcamy na południowy wschód. Boczny wiatr szarpie niemiłosiernie. Jedziemy wygięci jak paragrafy, boję się, że mnie zmiecie z ulicy. Boczny wiatr to najgorsze co może być. Warunki są fatalne. Pozrywane reklamy, gałęzie na drodze, leżące poziomo trawy. No i to przeraźliwe wycie wiatru. Huk, którego nie udaje się zagłuszyć muzyką w słuchawkach. W drodze do Sompolna mija nas jeden TIR. Jedzie szybko i rzuca mi na twarz cały syf z ulicy. W Sompolnie na rynku chowamy się za pustym kioskiem i jemy pierwsze kanapki. Zza chmur raz po raz przebija słońce. Za Ośnem mija nas szare Uno. Jedzie równo ze mną przez długi czas i mierzy mi prędkość, potem jedzie równo z Krzysztofem. Kierowca i Krzychu gadają chwilę i okazuje się, że mamy wspólnego znajomego. Jaki ten świat mały! W Izbicy Kujawskiej na rynku robimy małe zakupy (woda) i oddaję Krzychowi klucze od domu. Piesi idą pochyleni do przodu. Włosy mają rozwiane, ubrania na nich furkoczą. Patrzą na nas jak na wariatów.
Na drzewo!
Krótko przed Choceniem musimy pokonać odcinek z centralnie bocznym wiatrem. Jechać się nie da. Trudno nawet iść. Przy drodze rosną topole. Idąc raz po raz na nie wpadam, rzucana przez wiatr. Drzewo w bliskim kontakcie jest twarde i chropowate. Trzy razy mając problem z utrzymaniem pionu włażę do rowu przydrożnego i kucam w nim. Gdy idę, rower trzymam za kierownicę i za ramę, bo gdy trzymam tylko za kierownicę, to tył roweru odlatuje w bok. Nigdy w Polsce na rowerze nie doświadczyłam takich potwornych warunków. Nie sposób wsiąść na rower, przekrok przez ramę grozi szpagatem, a gimnastyczką nie jestem. Wobec tego wchodzimy się schować do supermarketu Dino. Nie ma prądu, ale kasy działają jeszcze w trybie awaryjnym. Kartą już płacić nie można, ciemno trochę w tym markecie. Sprawdzamy prognozę. Aktualna średnia prędkość wiatru to 13 m/s, porywy przekraczają 100 km/h. Kolejna wchodząca osoba pyta, czy to może koniec świata już. W końcu kasy padają. Obsługa zamyka market. Gdy dowiadują się, że jedziemy z Poznania do Warszawy, są pełni podziwu i niedowierzania. W powietrzu fruwają wielkie folie, haczą o drzewa i lecą dalej.
Burza
Z marketu idziemy do kościoła, który stoi po drugiej stronie drogi. Krzysztof wymyśla, że złapiemy jakiegoś dostawczaka i podwieziemy się te 8-10 km do Kowala, do którego droga to mordęga z bocznym wiatrem (nieco zmienił kierunek, zgodnie z prognozą). Ale do Kowala nic nie jedzie. W kościele otwarty jest jedynie przedsionek. Stoję między drzwiami a kratą. W środku, tak jak na zewnątrz, jest zimno - tylko 8 stopni Celsjusza. Zdajemy sobie sprawę, że żadnego transportu do Kowala nie złapiemy, ale huk wiatru, po tej godzinie koczowania w Choceniu jest ciut mniejszy. Wsiadamy na rowery. Jedziemy wśród pól.
Naraz otoczenie przed nami robi się niewyraźne.
To się nie dzieje! – Przez pola przetaczają się tumany piachu. To burza piaskowa. Chwila i już w niej jesteśmy. Piach mam na twarzy, w nosie, pył radośnie chrzęści między zębami. Poryw wiatru jest tragicznie mocny. Około 1,5 km do Kowala wykonuję pieszo. Gdy próbuję zrobić fotkę, wiatr wyrywa mi telefon z ręki. Upada na ziemię, ale nic się nie dzieje – to Solid. Tuż przed przejściem przez krajową jedynkę spada drugi tego dnia grad. Sygnalizacja świetlna nie działa – tu też nie ma prądu. Oczywiście wiemy już, że nie dojedziemy do Tłuszczu, ani nawet do Warszawy. Za cel obieramy Sochaczew. Od teraz (z małymi wyjątkami) jedziemy już z wiatrem aż do naszego nowego celu. Przed Gostyninem wchodzę na stację paliw. Mają prąd! Gdy wychodzę, wyłączają go.
- Zepsułaś – mówi Krzysztof śmiejąc się.
Szkarada
Na trasie mijaliśmy kilka miejscowości o śmiesznych nazwach, były: Księża Kępka, Wola Boża, teraz mijamy Szkaradę. Mają ludzie pomysły! Tuż przed Sochaczewem na chwilę musimy wjechać na krajową 50. Jest paskudnie: wąsko, bez pobocza. Sznury samochodów w obie strony, w tym TIRy. No i wreszcie jest! – Stacja kolejowa. Kupujemy bilety do Poznania i idziemy do czynnej 24h hinduskiej knajpy po drugiej stronie ulicy. Towarzystwo w środku jest łyse, dresowe i mocno umięśnione. Częściowo nie działa tu światło i w pierwszej części jest ciemno (nastrojowo?) ;-).
Nie, nie nastrojowo. To prawie klasyczna mordownia. Jedzenie za to jest dobre, a porcje duże. Hindusi gadają ze sobą w swoim języku, puszczają znane tylko sobie hinduskie przeboje. Za oknem pada grad. To już ostatni tego szalonego dnia.
Na rynku w Sompolnie:

Kościelny schron

Przed Kowalem robi się sino...

Idzie burza piaskowa

Mazowieckie

Sochaczew

Sochaczew

:-)






