Wpisy archiwalne w kategorii
do 100
| Dystans całkowity: | 10042.79 km (w terenie 114.44 km; 1.14%) |
| Czas w ruchu: | 56:05 |
| Średnia prędkość: | 20.56 km/h |
| Maksymalna prędkość: | 48.50 km/h |
| Suma podjazdów: | 61356 m |
| Maks. tętno maksymalne: | 190 (100 %) |
| Maks. tętno średnie: | 172 (90 %) |
| Suma kalorii: | 3057 kcal |
| Liczba aktywności: | 143 |
| Średnio na aktywność: | 70.23 km i 3h 44m |
| Więcej statystyk | |
Foto sobota
Sobota, 12 maja 2018 Kategoria do 100
| Km: | 52.32 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 182m | Sprzęt: Hardtail | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Nie planowałam, wyszło spontanicznie. Miało być po szosie, ale zjechałam w teren. A potem wyjęłam aparat i zaczęłam się bawić.
Przez większość czasu wiedziałam gdzie jestem - jedynie orientacyjnie. Odbijałam to prawo, to w lewo, a czasem długo jechałam prosto. Wyszła bardzo przyjemna wycieczka.
Przez większość czasu wiedziałam gdzie jestem - jedynie orientacyjnie. Odbijałam to prawo, to w lewo, a czasem długo jechałam prosto. Wyszła bardzo przyjemna wycieczka.
Sprawdzam co jest w środku.

Brukowany trakt.

RTG liści.

Gdzieś w lesie.

Uwaga, pająk!

Nie bał się.

Pierwsze tegoroczne maki już są.

Błękit.

Morze Żółte.
Morze żółci.
Jak lepiej?

... aż w końcu nie zostaje prawie nic.

Rozświetlenie.

Bioróżnorodność.

Słoneczny dzień.

Kraków
Czwartek, 3 maja 2018 Kategoria do 100, Kocia czytelnia, Kot w wielkim mieście
| Km: | 74.55 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 172m | Sprzęt: Przełajówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Kiedy byłam już utwierdzona w przekonaniu, że nie lubię Małopolski, ta rzuciła mi pod koła najpiękniejszy las, jaki kiedykolwiek widziałam.

Od rana spędziłam jakieś pół godziny na robieniu zdjęć. Żadne nie oddaje tego niesamowitego piękna.

Dalej Małopolska również mile mnie zaskoczyła, zacierając wczorajszy niesmak. Wjechałam na Wiślaną Trasę Rowerową. Od Nowego Brzeska naście kilometrów asfaltowego dywanika na wiślanym wale. Potem jeszcze kawałek tą trasą o nawierzchni gruntowej (w budowie). Aż w końcu wyjazd na szosę. Udało mi się chyba dobrze zaplanować wjazd do Krakowa, bo mijałam całe grupy cyklistów i ruch samochodowy był mały.

Blisko Krakowa trafiały się i takie widoki:

W Krakowie:

Kraków

Wawel

Zaliczone gminy: Niepołomice.

Od rana spędziłam jakieś pół godziny na robieniu zdjęć. Żadne nie oddaje tego niesamowitego piękna.

Dalej Małopolska również mile mnie zaskoczyła, zacierając wczorajszy niesmak. Wjechałam na Wiślaną Trasę Rowerową. Od Nowego Brzeska naście kilometrów asfaltowego dywanika na wiślanym wale. Potem jeszcze kawałek tą trasą o nawierzchni gruntowej (w budowie). Aż w końcu wyjazd na szosę. Udało mi się chyba dobrze zaplanować wjazd do Krakowa, bo mijałam całe grupy cyklistów i ruch samochodowy był mały.

Blisko Krakowa trafiały się i takie widoki:

W Krakowie:

Kraków

Wawel

Zaliczone gminy: Niepołomice.
Podsumowanie:
Na majówkę miałam nie jechać. Tak się jednak złożyło, że miałam aż 3 dni tylko dla siebie. Trasę zaplanowałam na szybko, bez większego zastanawiania się, bez gminnej optymalizacji. Brałam pod uwagę przede wszystkim kryterium pogodowe (nie miałam ochoty przez 3 dni marznąć i moknąć). W drugiej kolejności szukałam atrakcji i jedyne co mi przyszło go głowy, to szlak Orlich Gniazd. Zupełnie nie miałam czasu na wczytywanie się, czy ten szlak w całości jest szosowy, więc naprędce skleciłam własną, szosową trasę, oczywiście bez dróg krajowych.
Na resztę trasy - po Orlich Gniazdach - zupełnie nie miałam pomysłu, więc zrobiłam łuk w okolicy Krakowa. Drogi wojewódzkie, które na tym łuku się pojawiły były niestety paskudne do jazdy rowerem. Drugiego dnia jazdy miałam dużo ruchliwych szos, których szybko miałam dość. Dużo czasu spędziłam na przystankach autobusowych. Siedziałam tak sobie... bo nie miałam ochoty jechać. Wkurzał mnie okropnie cały ten uliczny smród i hałas. Dzień sobie uciekał, a ja prawie stałam w miejscu.
Kiedy już doszłam do wniosku, że serdecznie nie lubię Małopolski i mocno zmodyfikowałam trasę, trafiłam w miejsce wyjątkowej urody - do Puszczy Niepołomickiej. W tak wspaniałym lesie nie byłam nigdy wcześniej. Jadąc tamtędy wieczorem, dnia drugiego i słysząc pohukiwanie sów, czułam się więcej niż zachęcona, by wejść w ten las na nocleg. Noc była wspaniała. Sowy. I kompletna, nieprzenikniona ciemność. Rankiem na biwaku spędziłam aż 2 godziny, z czego dobre 30 minut chodziłam po tym lesie, robiąc zdjęcia. Zaczarowane miejsce. Żal było wychodzić i jechać dalej.
Dalsza droga to była Wiślana Trasa Rowerowa. Trafiłam na nią przypadkiem: wąski asfaltowy dywanik biegnący rzecznym wałem. Łącznie WTRem przejechałam 15 km, z czego niewielka część miała nawierzchnię gruntową (szlak jest cały czas w budowie). Dojazd do Krakowa przyjemny - bocznymi drogami. A samo miasto? Cóż, przyznaję, że gubiłam się. W ścisłym centrum tłum ludzi, w dodatku dzień zrobił się skwarny. Ze 2-3 godziny kręciłam się po centrum. Próbowałam zjeść jakiś obiad w którymś z licznych ogródków, ale... nie udało się. Na zewnątrz ponoć nie można ustawiać rowerów i przypinać do ogrodzenia, bo straż miejska wlepia za to mandaty. Do ogródka z rowerem nie sposób było się wcisnąć.
W tej sytuacji, jedyne co dałam radę kupić i zjeść - będąc z rowerem - to były lody. Zjadałam łącznie aż 6 gałek lodów, w ramach obiadu. W pociągu powrotnym, ścisk. Dużo ludzi, mimo środka majówki. Na szczęście miałam miejscówkę i na szczęście działała klimatyzacja. A w Poznaniu - inny świat. Czułam się trochę tak, jakby ktoś z hiszpańskiego lata wrzucił mnie w lato norweskie. Kraków żegnałam w upale, Poznań natomiast powitał mnie chłodem i padającym deszczem.
TrasaNa majówkę miałam nie jechać. Tak się jednak złożyło, że miałam aż 3 dni tylko dla siebie. Trasę zaplanowałam na szybko, bez większego zastanawiania się, bez gminnej optymalizacji. Brałam pod uwagę przede wszystkim kryterium pogodowe (nie miałam ochoty przez 3 dni marznąć i moknąć). W drugiej kolejności szukałam atrakcji i jedyne co mi przyszło go głowy, to szlak Orlich Gniazd. Zupełnie nie miałam czasu na wczytywanie się, czy ten szlak w całości jest szosowy, więc naprędce skleciłam własną, szosową trasę, oczywiście bez dróg krajowych.
Na resztę trasy - po Orlich Gniazdach - zupełnie nie miałam pomysłu, więc zrobiłam łuk w okolicy Krakowa. Drogi wojewódzkie, które na tym łuku się pojawiły były niestety paskudne do jazdy rowerem. Drugiego dnia jazdy miałam dużo ruchliwych szos, których szybko miałam dość. Dużo czasu spędziłam na przystankach autobusowych. Siedziałam tak sobie... bo nie miałam ochoty jechać. Wkurzał mnie okropnie cały ten uliczny smród i hałas. Dzień sobie uciekał, a ja prawie stałam w miejscu.
Kiedy już doszłam do wniosku, że serdecznie nie lubię Małopolski i mocno zmodyfikowałam trasę, trafiłam w miejsce wyjątkowej urody - do Puszczy Niepołomickiej. W tak wspaniałym lesie nie byłam nigdy wcześniej. Jadąc tamtędy wieczorem, dnia drugiego i słysząc pohukiwanie sów, czułam się więcej niż zachęcona, by wejść w ten las na nocleg. Noc była wspaniała. Sowy. I kompletna, nieprzenikniona ciemność. Rankiem na biwaku spędziłam aż 2 godziny, z czego dobre 30 minut chodziłam po tym lesie, robiąc zdjęcia. Zaczarowane miejsce. Żal było wychodzić i jechać dalej.
Dalsza droga to była Wiślana Trasa Rowerowa. Trafiłam na nią przypadkiem: wąski asfaltowy dywanik biegnący rzecznym wałem. Łącznie WTRem przejechałam 15 km, z czego niewielka część miała nawierzchnię gruntową (szlak jest cały czas w budowie). Dojazd do Krakowa przyjemny - bocznymi drogami. A samo miasto? Cóż, przyznaję, że gubiłam się. W ścisłym centrum tłum ludzi, w dodatku dzień zrobił się skwarny. Ze 2-3 godziny kręciłam się po centrum. Próbowałam zjeść jakiś obiad w którymś z licznych ogródków, ale... nie udało się. Na zewnątrz ponoć nie można ustawiać rowerów i przypinać do ogrodzenia, bo straż miejska wlepia za to mandaty. Do ogródka z rowerem nie sposób było się wcisnąć.
W tej sytuacji, jedyne co dałam radę kupić i zjeść - będąc z rowerem - to były lody. Zjadałam łącznie aż 6 gałek lodów, w ramach obiadu. W pociągu powrotnym, ścisk. Dużo ludzi, mimo środka majówki. Na szczęście miałam miejscówkę i na szczęście działała klimatyzacja. A w Poznaniu - inny świat. Czułam się trochę tak, jakby ktoś z hiszpańskiego lata wrzucił mnie w lato norweskie. Kraków żegnałam w upale, Poznań natomiast powitał mnie chłodem i padającym deszczem.
Dwa razy dziennie
Sobota, 14 kwietnia 2018 Kategoria do 100
| Km: | 70.25 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 373m | Sprzęt: Hardtail | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Najpierw wcześnie rano. Na początku było ładnie i słonecznie, a potem piękny poranek zamienił się w chmurne i wietrzne przedpołudnie. Kiedy wracałam do domu, ludzie dopiero wyjeżdżali. Drugi raz wyszłam na rower wieczorem. Wieczór ładny, ale pod koniec czułam się już źle, więc nadeszła pora, by wracać do domu. Tyle na dziś.


Szpital
Środa, 4 kwietnia 2018 Kategoria do 100
| Km: | 52.08 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 266m | Sprzęt: Hardtail | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Materializując wspomnienia
Sobota, 17 marca 2018 Kategoria do 100, Kocia czytelnia
| Km: | 67.90 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | -2.0°C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 454m | Sprzęt: Hardtail | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Czasem trzeba wrócić. Po każdej cenie. Nawet jeśli tą ceną jest jazda pod mocny, lodowaty wiatr. Niewiele osób dziś spotkałam po drodze. Nic dziwnego. Ujechałam się nieco, ale dotarłam do celu.
Ten dom:

Zakole Warty:

Niewiele się zmieniło. Sosny szumią tak samo.
Czas zatrzymany w kadrze.
Ten dom:

Zakole Warty:

Niewiele się zmieniło. Sosny szumią tak samo.
Czas zatrzymany w kadrze.
Po herbacie
Niedziela, 11 marca 2018 Kategoria Kocia czytelnia, do 100
| Km: | 91.75 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | 15.0°C | HRmax: | 172172 ( 90%) | HRavg | 139( 73%) |
| : | kcal | Podjazdy: | 358m | Aktywność: Jazda na rowerze | |||
Było czuć wiosnę w powietrzu. Piękny, słoneczny dzień. Te same miejsca w nowej odsłonie. Szybciej, mocniej. Najpierw rozgrzewka, potem duża herbata. A po herbacie z miodem i cytryną można lecieć na dobre. Lubię pić herbatę. Czasem jedną po drugiej. Może to znasz?
Dużo grupek mijałam dziś po drodze, kiedy byłam jeszcze blisko domu. Wyjechałam w końcu późno. To znak, że to już pora - zacząć się oddalać. Im dalej, tym bardziej pusto. A ja wolę, gdy jest pusto. Jeszcze kilka dni...
Kiedy w piątkowy wieczór rezerwowałam noclegi na ostatnie dni maja, poczułam (wreszcie!), że to już niedługo. Poczułam się tak jakbym już tam była. Zupełnie realnie. Widziałam, oczyma wyobraźni, jak wchodzę do hotelu, wprowadzam rower, uśmiecham się. Zaczynam się cieszyć coraz bardziej. To będzie ekscytujący rok! Ekscytujące lato.
Kilka dni wcześniej rozmrażałam lody:
Dużo grupek mijałam dziś po drodze, kiedy byłam jeszcze blisko domu. Wyjechałam w końcu późno. To znak, że to już pora - zacząć się oddalać. Im dalej, tym bardziej pusto. A ja wolę, gdy jest pusto. Jeszcze kilka dni...
Kiedy w piątkowy wieczór rezerwowałam noclegi na ostatnie dni maja, poczułam (wreszcie!), że to już niedługo. Poczułam się tak jakbym już tam była. Zupełnie realnie. Widziałam, oczyma wyobraźni, jak wchodzę do hotelu, wprowadzam rower, uśmiecham się. Zaczynam się cieszyć coraz bardziej. To będzie ekscytujący rok! Ekscytujące lato.
Kilka dni wcześniej rozmrażałam lody:

Patrząc na uschnięte drzewa, pomyślałam sobie, że jest mocno pod górę:

Zaproszenie
Sobota, 17 lutego 2018 Kategoria Kocia czytelnia, do 100
| Km: | 73.55 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | 3.0°C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 366m | Sprzęt: Hardtail | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Posiedzisz tu ze mną, kiedy... zacznie padać deszcz?

Kiedy... wszystko dookoła skuje lód?

Wtedy może zabiorę Cię nad jezioro.

I poczekamy razem na wiosnę, tak jak one.


Kiedy... wszystko dookoła skuje lód?

Wtedy może zabiorę Cię nad jezioro.

I poczekamy razem na wiosnę, tak jak one.

"Pod Rozbrykanym Kucykiem"
Sobota, 3 lutego 2018 Kategoria do 100, Kocia muzyka
| Km: | 73.32 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 311m | Sprzęt: Hardtail | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Republika Rowerowa Gassy
Sobota, 18 listopada 2017 Kategoria do 100
Uczestnicy
| Km: | 64.02 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 124m | Sprzęt: Przełajówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Rowerowy spacerek z Wilkiem :)
Zaliczone gminy: Konstancin - Jeziorna, Góra Kalwaria, Piaseczno.
Zaliczone gminy: Konstancin - Jeziorna, Góra Kalwaria, Piaseczno.
Kontrasty
Niedziela, 15 października 2017 Kategoria do 100, Kocia czytelnia
| Km: | 68.74 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 326m | Sprzęt: Hardtail | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Ten dzień był pełen kontrastów. Zaczęłam od wizyty w cukierni. Potem uciekłam w teren, nad jezioro, a następnie na parę ładnych chwil pożegnałam ciszę i spokój wyjeżdżając na DK92. Miałam na liczniku około 8-10 km i to był dobry czas na kawę. Mój żołądek nie zdążył się jeszcze uporać ze śniadaniem, zatem... McD, czy Orlen? Wybór w tej sytuacji był oczywisty: kawa i Orlen. McD był ponad moje możliwości ;).
Kawę przegryzłam rogalikiem. Tak posilonaobżarta, ledwo dałam radę wsiąść na rower. Powoli udało mi się dotoczyć do centrum handlowego ETC. Najpierw odwiedziłam supermarket budowlany, nie bez problemów kupiłam rurkę termokurczliwą (nie miała naklejonej ceny, a pani na kasie nie wiedziała co to jest, musiałam się tłumaczyć). Potem byłam w drogerii (w Rossmanie są teraz świetne promocje), a na koniec kupowałam kabelki w RTV.
Na kawie i zakupach zeszła mi ponad godzina. Nadszedł więc czas, by w końcu uskutecznić jakąś wycieczkę. Wydostałam się ze Swarzędza, z miasta trafiłam w szczere pole. Gruntowa ścieżka znienacka się skończyła, nie miałam jednak ochoty zawracać, więc improwizowałam. Była to improwizacja częściowo piesza, bo na azymut przez pola nie zawsze się dało jechać. Myślałam nawet o "soli kolarstwa", czyli o spacerze z rowerem. Jednak owa "sól" to spacer po górach. Tu nijak gór nie było. Zatem to nie była sól. Trudno stwierdzić co to było. Z pewnością grząska ziemia, potem polna droga, w końcu - na chwilę pod kołami pojawił się nawet asfalt!
Skoro już jednak zaczęłam zabawę z terenem, wymyśliłam, że zjadę nad jez. Góra. Zjazd po przykrytych błotem kamieniach zamienił się w zjazdo-zejście. Spotkałam tu chłopaka jadącego kładem. Jedyna uśmiechnięta na trasie osoba. Przejechał obok powoli, aby mnie nie ochlapać błotem. Stąd do PK Promno miałam już blisko. Wystarczyło tylko przekroczyć mini bród (dokładnie tak: przekroczyłam - jeden duży krok i już!) oraz wtoczyć się po mokrych kamieniach pod górkę. Lasy Promna stały przede mną otworem. Pojawili się ludzie. Spacerowicze. To uczucie, gdy nie chcesz nikogo spotkać i spotykasz.... gdy w popłochu myślisz, gdzie by tu odbić w bok, by było odpowiednio aspołecznie i wiesz, że nie ma szans, bo akurat nie ma bocznej ścieżki. Eh, no nic, trzeba było się minąć.

Piękna jesień w lasach pod Promnem. A potem asfalt w stronę Pobiedzisk. I gdy już myślałam, że uda się nie wjechać do miasta, to właśnie wtedy się nie udało. Przyjemna gruntówka zakończyła się chatką. Trzeba więc się było cofnąć. Miasto i Orlen. Idealnie, bo kończyła się woda. Uwielbiam umywalki na Orlenach!
Do Jerzyna nowy asfalt. Potem Kołata, chwila i już byłam nad jez. Kowalskim. Przyjemne popołudnie. Stałam nad wodą i wcinałam czekoladowe ciastko. W Jerzykowie stuk-tuk-tuk po brukowej kostce, dalej po betonówkach i znowu trafiłam do lasu. Nieco błota, kamienny bruk, trochę piachu, kilka kałuż wielkich jak jeziora, ubity grunt. Zaczęło pachnieć wieczorem....
W Wierzonce krótka wizyta na leśnym cmentarzu, potem chwile zachwytu nad stawami rybnymi. Tu jesień jest najbardziej kolorowa, jesienna i... przemijanie nie przeraża. Na niebie unosił się balon. Było cicho, spokojnie. Przyszła pora by znowu zaszyć się w las. Stary, kamienny bruk pod kołami, liście, asfalt, trawa, gałęzie. Góra, dół, piaszczysty singielek, asfalt, kostka brukowa.
I to tyle na dziś.
Mapa:
Garść zdjęć
Kawę przegryzłam rogalikiem. Tak posilona
Na kawie i zakupach zeszła mi ponad godzina. Nadszedł więc czas, by w końcu uskutecznić jakąś wycieczkę. Wydostałam się ze Swarzędza, z miasta trafiłam w szczere pole. Gruntowa ścieżka znienacka się skończyła, nie miałam jednak ochoty zawracać, więc improwizowałam. Była to improwizacja częściowo piesza, bo na azymut przez pola nie zawsze się dało jechać. Myślałam nawet o "soli kolarstwa", czyli o spacerze z rowerem. Jednak owa "sól" to spacer po górach. Tu nijak gór nie było. Zatem to nie była sól. Trudno stwierdzić co to było. Z pewnością grząska ziemia, potem polna droga, w końcu - na chwilę pod kołami pojawił się nawet asfalt!
Skoro już jednak zaczęłam zabawę z terenem, wymyśliłam, że zjadę nad jez. Góra. Zjazd po przykrytych błotem kamieniach zamienił się w zjazdo-zejście. Spotkałam tu chłopaka jadącego kładem. Jedyna uśmiechnięta na trasie osoba. Przejechał obok powoli, aby mnie nie ochlapać błotem. Stąd do PK Promno miałam już blisko. Wystarczyło tylko przekroczyć mini bród (dokładnie tak: przekroczyłam - jeden duży krok i już!) oraz wtoczyć się po mokrych kamieniach pod górkę. Lasy Promna stały przede mną otworem. Pojawili się ludzie. Spacerowicze. To uczucie, gdy nie chcesz nikogo spotkać i spotykasz.... gdy w popłochu myślisz, gdzie by tu odbić w bok, by było odpowiednio aspołecznie i wiesz, że nie ma szans, bo akurat nie ma bocznej ścieżki. Eh, no nic, trzeba było się minąć.

Piękna jesień w lasach pod Promnem. A potem asfalt w stronę Pobiedzisk. I gdy już myślałam, że uda się nie wjechać do miasta, to właśnie wtedy się nie udało. Przyjemna gruntówka zakończyła się chatką. Trzeba więc się było cofnąć. Miasto i Orlen. Idealnie, bo kończyła się woda. Uwielbiam umywalki na Orlenach!
Do Jerzyna nowy asfalt. Potem Kołata, chwila i już byłam nad jez. Kowalskim. Przyjemne popołudnie. Stałam nad wodą i wcinałam czekoladowe ciastko. W Jerzykowie stuk-tuk-tuk po brukowej kostce, dalej po betonówkach i znowu trafiłam do lasu. Nieco błota, kamienny bruk, trochę piachu, kilka kałuż wielkich jak jeziora, ubity grunt. Zaczęło pachnieć wieczorem....
W Wierzonce krótka wizyta na leśnym cmentarzu, potem chwile zachwytu nad stawami rybnymi. Tu jesień jest najbardziej kolorowa, jesienna i... przemijanie nie przeraża. Na niebie unosił się balon. Było cicho, spokojnie. Przyszła pora by znowu zaszyć się w las. Stary, kamienny bruk pod kołami, liście, asfalt, trawa, gałęzie. Góra, dół, piaszczysty singielek, asfalt, kostka brukowa.
I to tyle na dziś.
Mapa:
Garść zdjęć






