Gatto.Rosablog rowerowy

informacje

baton rowerowy bikestats.pl
Statystyki zbiorcze na stronę

Znajomi

wszyscy znajomi(100)
Kalendarz na stronę

wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy Kot.bikestats.pl

linki

Wpisy archiwalne w miesiącu

Sierpień, 2020

Dystans całkowity:519.90 km (w terenie 0.00 km; 0.00%)
Czas w ruchu:22:04
Średnia prędkość:23.56 km/h
Liczba aktywności:1
Średnio na aktywność:519.90 km i 22h 04m
Więcej statystyk

VI Kórnicki Maraton Turystyczny

Sobota, 1 sierpnia 2020 Kategoria do 550, Kocia czytelnia
Km: 519.90 Km teren: 0.00 Czas: 22:04 km/h: 23.56
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: m Sprzęt: Kolarzówka Aktywność: Jazda na rowerze
Tego roku wystartowałam w Kórniku z bardzo wyraźnie zaplanowanym celem. Planowałam pojechać najlepiej jak umiem, bez oglądania się na kogokolwiek, a jednocześnie czerpiąc ile się da z formuły jazdy w kategorii open. Nie jestem zbyt dobra w jeździe na kole, a moje umiejętności dostosowawcze są na poziomie wyjątkowo niskim. Nie lubię się dostosowywać. Do nikogo, ani do niczego. Wolę po swojemu. No to jazda!

Zostałam wrzucona do pierwszej grupy startowej pięćsetek. Jest tu parę znajomych osób oraz wszystkie trzy dziewczyny jadące trasę 500: Paulina, która jedzie razem z Mariem (to jej debiut), Patrycja na tandemie z Kurierem oraz jako trzecia – ja. Mieliśmy ruszać o 7:15, ale coś się pozmieniało i startujemy o 7.20. Początek to wspólny dojazd do Kórnika, skąd jest start ostry. W Kórniku jeszcze tylko wspólna fotka i wio. Zabieram się od razu z Pawłem Kosiorkiem i jeszcze jednym mocnym chłopakiem i we trójkę uciekamy reszcie grupy. Wesołe patatai kończy się, gdy oni wjeżdżają na asfaltową ścieżkę rowerową. Jechałam akurat jako trzecia i nie zauważyłam, że oni odbijają na tę ścieżkę. Szybko hamowałam myśląc, że wyrobię w to obicie, ale nie udało się. Tylne koło niebezpiecznie zatańczyło i trzeba było ratować się przed glebą. Sytuacja opanowana, ale oni zdążyli mi zwiać. Niefajnie, bo od teraz jadę sama. Jednak niczym się nie przejmuję, tylko realizuję swoją strategię: jadę z prędkością minimalnie wyższą od komfortowej i zastanawiam się, kto mnie dogoni. Najpierw doganiają jadący tandemem Kurier z Patrycją. Taki tandem zasuwa, że hej! Potem dogania mnie grupa jednych z najmocniejszych chłopaków. Są tam Krzysiu i Tomek.

Potem łapie mnie peleton. Jest to w Pobiedziskach. Peleton jest duży, dobre 20 osób. Jadą tu Paulina i Mario i masa ludzi, których nie znam. No ale nic – zabieram się z nimi. I tak jedziemy peletonem aż do Skoków. To 75 km trasy. Peleton się zatrzymuje na Orlenie. A ja razem z nim. Przy wjeździe na Orlen od razu ustawiam się strategicznie z przodu grupy, aby być szybko przy kasie, a potem w toalecie. Kupuję napój witaminowy. Potem idę do męskiego, bo damski jest zajęty. Na zewnątrz stacji peleton trochę się rozsiada. Zjadam batonika, popijam i uciekam. Nie ma co za długo siedzieć na stacji. Posiedzę sobie na rowerze. Potem peleton oczywiście mnie dogania, ale dopiero po ok. 18 km jazdy. Podczas samotnego odcinka, widzę w oddali kolarza. Myślę sobie, że pewnie ktoś od nas i jeśli go dogonię, to może być dobra okazja, by się spróbować powieźć. Niestety to nikt od nas. To Obis.

Niedługo później peleton łapie mnie i znowu jedziemy razem. Dziwna jest to jazda. Oni wcale nie jadą równo. Raz po raz ktoś z przodu mocno szarpie i utrzymanie się kosztuje trochę sił. Ostatecznie wszystko się sypie w dolinie Noteci. Ktoś dociska mocniej i po peletonie. Zostały małe 3-4 osobowe zbitki. Ja zostaję z Pauliną i Mario. Po przekroczeniu Noteci jest podjazd idący przez Białośliwie. Niby nie bardzo stromy, ale jednak selektywny. Nasza trójka (a może było nas tam wtedy nawet czworo?) rozbija się. Pierwszy jedzie Mario. Obserwuję go bardzo uważnie, bo sposób w jaki jedzie jest hipnotyzujący. Ma straszliwie niską kadencję. Przepycha korby powoli, ale jednocześnie jakby od niechcenia. Lekko przechyla się na boki, pochyla do przodu. Nogi pracują jak tłoki. Wygląda pomnikowo. Artysta rzeźbiarz mógłby siedzieć gdzieś na krawężniku i robić szkice do późniejszego dzieła: pomnika kolarza. Z brązu lub z kamienia. Na chwilę obracam się za siebie i nie widzę tam nikogo. Na końcu podjazdu Mario się zatrzymuje i czeka na Paulinę. Ja natomiast lecę swoje wiedząc, że przecież jeszcze się spotkamy.

Przez 26 km jadę sama, aż do punktu żywieniowego w Krajence (159 km trasy). Ze zdziwieniem zauważam, że jest tu Tomek Ignasiak, który powinien już być dawno temu daleko z przodu. Tymczasem okazuje się, że Tomek ma poważną awarię roweru – zerwana linka przerzutki, w dodatku wrednie zakleszczona w manetce. Jest tu też cały peleton, który wcześniej się posypał. Zjadam duży obiad: ziemniaki, surówka, kotlet, ananas z żurawiną i butelka wody mineralnej.



W międzyczasie dojeżdżają Mario i Paulina. Jakoś tak wychodzi, że z punktu ruszamy dużą grupą. Coś tak jakby reaktywacja peletonu. Jedziemy powoli. Chyba wszyscy są obżarci i nikomu za bardzo się nie chce jechać na speedzie. Toczymy się i trawimy. Trawimy i toczymy się. Kiedy czuję, że to chyba już czas depnąć mocniej, na nikogo się nie oglądam, tylko dociskam i oddalam się. Szybko po mnie rusza dwóch chłopaków, ale ich tempo jest dla mnie za mocne. Nic nie szkodzi. Jadę sobie sama i jest ok.

Jadę sama bardzo długi odcinek rozpoczęty jeszcze przed Jastrowiem (180 km trasy) aż do drugiego punktu żywieniowego (286 km trasy). A w międzyczasie mam okazję nacieszyć się zdecydowanie najładniejszym fragmentem maratonu. Ta pagórkowata stówa jest po prostu boska. Za Sypniewem bokiem mija się Kłomino. Miasto widmo. Byłam tam już kiedyś. Uruchamiam wyobraźnię i widzę te opuszczone bloki, okna bez szyb. Potem są Nadarzyce i piękne Zalewy Nadarzyckie. Następnie Borne Sulinowo, miasto z wyjątkowym klimatem, podobne do Kłomina, ale przecież zamieszkane - tu tylko niektóre budynki straszą. Nad jeziorem Komorze spoglądam na plażę. Doprawdy, weekend można spędzić na wiele sposobów. Ci ludzie na plaży mają nie mniej fajnie niż ja na rowerze. Na chwilę, mijając ich, chłonę klimat plażowania na kocyku. Gdzieś po drodze mijam stojących Patrycję i Kuriera. Jest to początek naszego tasowania się, które będzie trwało prawie aż do samej mety.

Z zasady zdjęć miałam nie robić, kiedy jednak mijam wieś o nazwie Kocury, wymiękam. Gdzie jak gdzie, ale tu muszę. Kocury w całości są w dół. Pewnym zaskoczeniem jest Brusno i nawierzchnia z kamiennego bruku. Nie czuję się na siłach, by po tym jechać. Zeskakuję z roweru i go prowadzę. Trochę jadę bokiem, ale jest tam piasek. Większość więc idę / biegnę.
Popielewo, Stare Gonne, Ogartowo - same góreczki. Drogi wyboiste, dziurawe, ale za to jakie widoki! Trzeba tylko mocno trzymać kierownicę. Połczyn Zdrój – szkoda, że nie ma czasu na Park Zdrojowy. Przed Starym Drawskiem, gdzie jest drugi punkt żywieniowy, trzeba jeszcze przejechać drogą stu zakrętów. Ruch jest bardzo duży, ale na szczęście nie ma żadnych niemiłych sytuacji. Gdzieś tu po raz pierwszy spotykam Mateusza, nie wiedząc jeszcze, że przejedziemy razem kawał drogi.



Na punkcie jest zupa, trochę chleba i kompot. Dla mnie to mało. Mateusz, z którym jeszcze się nie znamy, siedzi przy tym samym stoliku co ja. Chyba nie ma apetytu, bo proponuje mi swój przydział chleba. Zjadam ochoczo i jeszcze poprawiam jedną z dwóch bułek, które wiozę na czarną godzinę. Nie siedzę długo. Zjadam, jedząc ubieram się na noc (bo to już wieczór) i jadę. Jedzie mi się dobrze, ale innym chyba jeszcze lepiej, bo raz po raz ktoś mnie wyprzedza. Tasujemy się z Mateuszem, jest też Irek Szymocha, dogania mnie peleton z Pauliną i Mariem. Szybki rzut oka – nie opłaca mi się ich gonić – oni jeszcze nie są ubrani na noc. Z pewnością będą się niedługo zatrzymywać.
Ja już nie.
Jakieś pół godziny później rzeczywiście mijam stojący peleton, który przygotowuje się do nocy.

Niebawem robi się ciemno. Przestaję słuchać muzyki. Zamiast tego, wolę posłuchać nocy. Nocą rzadko kiedy jeżdżę w słuchawkach. Naraz ktoś mnie dogania. To Mateusz. Pyta, czy możemy trochę pojechać razem. Myślę sobie, że jeśli nie trzeba będzie się dostosowywać (bo ani nie umiem, ani nie lubię), to w sumie ok. No i tak jedziemy sobie razem. Jest bardzo fajnie, bo cały czas gadamy. Jest fajnie na tyle, że wyjawiam mój plan: po drodze jeszcze tylko jeden przystanek na Orlenie w Wieleniu, a potem już tylko 140 km i dzida do mety. Dla Mateusza to brzmi dobrze. No to pocinamy raźno w noc. Jedziemy obok siebie i gadamy. Czas mija zupełnie szybko. W Wieleniu kawa i kanapki. Jedną zjadam, druga idzie słabo. W międzyczasie gadam przez telefon. Ręka zgięta w łokciu, telefon przy uchu. Kończąc jeść, kończę też rozmowę i… niespodzianka. Nie mogę wyprostować łokcia. Ale przecież muszę! Robię to na siłę, wbrew potwornie silnemu kurczowi, który złapał mój mini-biceps. Aaaaa! Co za ból! To boli przez następne 140 km aż do mety, a nawet dłużej. Wieleń to ostatnie miejsce przed metą, gdy widzę Paulinę i Mario. Kiedy oni przyjeżdżają, my już wyjeżdżamy.

Po żarciu mój żołądek strajkuje. Jest nawet moment, gdy zastanawiam się, czy nie jestem zielona na twarzy od tych mdłości, co szarpią mi przewodem pokarmowym. Noc jest piękna, księżycowa i gwiaździsta. Jasno jest, ale zieleni na twarzy chyba nie widać. Z Mateuszem normalnie staram się gadać i wyjawiam mu, że było cienko dopiero gdy zaczynam się czuć lepiej.
Nad ranem z lasu wyjeżdża gość ubrany mniej więcej na czarno. Wysoki, z sakwą. Jedzie żwawo. Komentujemy nawet, że teraz zaczynają się poranni, wypoczęci weekendowi cykliści. Mi jednak ta sylwetka wygląda dziwnie znajomo. On jedzie szybko. Przez wiele kilometrów wisi tak przed nami. Jakby przewidywał każdy nasz ruch: skręca zawsze tam, gdzie i my skręcamy. Któż to jest??? Dociskamy trochę mocniej i Mateusz, mający chyba lepszy wzrok niż ja, stwierdza, że to nikt od nas, bo gość jedzie w dżinsach. Wtedy wszystko staje się jasne: to Wiki! Doganiamy go dopiero na światłach. Trochę jedziemy razem, potem odskakujemy. Mateusz przelicza czas, on z pewnością złamie 24 godziny, bo startował po mnie. Natomiast ja muszę się nieco przyłożyć, bo wygląda na to, że rozstrzygające będą… minuty. No to grzejemy i po raz pierwszy próbujemy nawet jazdy na kole. Idzie średnio. Wiem już, że jakakolwiek awaria, zamknięty przejazd kolejowy, itd. zniweczą starania. W dodatku brak mi żarcia. Czuję się wydrenowana. I wtedy ni z gruchy ni z pietruchy pojawia się Obis. Po raz drugi go widzę na tym maratonie, jak krąży w okolicy. Desperacko szukam czegoś do żarcia w torebce na ramie i znajduję jakiś ogryzek batonika. Cudownie i wspaniale. Smakuje jak najbardziej wykwintne danie w tej trudnej sytuacji. Na metę wpadamy o 7:14. Z zapasem 6 minut. Czas brutto: 23 h i 54 minuty. Czas netto: 22 h i 04 minuty. Postoje: 01 h i 50 minut. Jestem zadowolona. Plan udało się zrealizować :)

Z Mateuszem na mecie:



kategorie bloga

Moje rowery

Hardtail
Przełajówka
Terenówka
Kolarzówka

szukaj

archiwum