Gatto.Rosablog rowerowy

informacje

baton rowerowy bikestats.pl
Statystyki zbiorcze na stronę

Znajomi

wszyscy znajomi(100)
Kalendarz na stronę

wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy Kot.bikestats.pl

linki

Wpisy archiwalne w miesiącu

Grudzień, 2020

Dystans całkowity:173.07 km (w terenie 0.00 km; 0.00%)
Czas w ruchu:b.d.
Średnia prędkość:b.d.
Suma podjazdów:321 m
Liczba aktywności:4
Średnio na aktywność:43.27 km
Więcej statystyk

Kot cyfrowy

Środa, 30 grudnia 2020 Kategoria do 50, Podsumowania
Km: 25.42 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: m Sprzęt: Hardtail Aktywność: Jazda na rowerze
Podsumowanie:


Udanej zabawy sylwestrowej i szczęścia w Nowym Roku życzę wszystkim, którzy tu bywają! :)

Uczcić najdłuższe noce

Niedziela, 20 grudnia 2020 Kategoria do 50, Kocia czytelnia
Km: 48.90 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: m Sprzęt: Przełajówka Aktywność: Jazda na rowerze
Kiedy budzę się rano, na plaży jest szron.





Spałam kilkanaście godzin, wykorzystując do cna jedną z najdłuższych nocy roku. Nie pamiętam, kiedy ostatnio spałam aż tak długo! Tradycyjnie zaczynam dzień od gotowania wody na kawę i zjedzenia śniadania. Potem zwijam graty i jadę. Płyty betonowe są lekko oszronione. Prawdziwe lodowisko zaczyna się jednak wraz z wyjazdem na asfalt. Na początku jest to droga przeznaczona wyłącznie dla rowerów, potem pojawia się zwykła ulica, a przy niej ścieżka. Jadę ścieżką, bo jest bliżej drzew i dostała ona nocą mniej zimna, dzięki czemu nie jest aż tak biała od szronu jak szosa. W ten sposób docieram do Jarosławca. Z naprzeciwka bardzo powoli jedzie samochód. Kierowca sprawdza stan drogi, naciskając mocniej hamulce i samochód efektownie ustawia się bokiem. Jadę pod latarnię morską i pomnik rybaka, a następnie do Przystani Rybackiej, zobaczyć kolorowe kutry.



Przystań tradycyjnie nie zawodzi oczekiwań.



Za Jarosławcem droga ucieka w głąb lądu. Znowu daje się odczuć wiatr.



Cały czas jest też ślisko. Jakoś nauczyłam się po tym jechać, nawet całkiem szybko.



Morze widzę ponownie dopiero u celu tego wyjazdu, tj. w Ustce. W miasteczku robię małe zakupy na podróż pociągiem, a potem jadę nad morze.



Jestem głodna i rozglądam się za jakąś czynną knajpką z rybami. Szczęśliwie udaje mi się taką znaleźć. Zamawiam dorsza z frytkami i surówką oraz herbatę. Właściciele widząc, że jestem zmarznięta i z rowerem, wyświadczają mi uprzejmość i pozwalają zjeść w środku, w miejscu nieco osłoniętym przed wzrokiem spacerowiczów. Miło!



Posilona idę na plażę. Wieje, że hej! Jak to zimą nad naszym morzem.



Spędzam tu jeszcze trochę czasu, kręcę się po promenadzie, po czym jadę na dworzec kolejowy. Okazuje się, że jest on w remoncie i trochę trzeba się przedzierać. Pociągiem docieram do Słupska, skąd przesiadam się na Poznań. To był udany, zimowy weekend z rowerem i namiotem. W dodatku wracam do domu wyspana, jak nigdy!

Nad morzem

Sobota, 19 grudnia 2020 Kategoria do 100, Kocia czytelnia
Km: 73.04 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: m Sprzęt: Przełajówka Aktywność: Jazda na rowerze
Wstanie na wschód słońca w drugiej połowie grudnia jest bardzo łatwe. Nie trzeba wysiłku. Słońce ociąga się z wyjściem nad horyzont. Noc dobiegła końca. Nadal jest zimno. Gotuję wodę na kawę, zjadam śniadanie. Kiedy zwijam namiot, jest już zupełnie jasno.



Po wczorajszym podjeździe, dziś czeka mnie w nagrodę, na samym początku dnia, długi zjazd. Pędzę więc zupełnie nieświadoma, że jest ślisko. Orientuję się dopiero, gdy już jestem na dole. Nagle ucieka tylne koło. Udaje mi się utrzymać rower. Nie ma gleby, ani nawet podpórki. Co, do licha? Jeszcze raz próbuję i ta sama sytuacja. Koło ucieka. To czarne i lekko błyszczące, to nie jest mokry asfalt, tylko cieniutka warstwa lodu. Ślisko, jak diabli!

Miało być tak pięknie! Słoneczny poranek, szybki dojazd do Mielna i jakaś godzinka beztroskiego siedzenia na plaży. Zamiast tego, mam lodową przeprawę. W końcu docieram do Mielna.



Świeci słońce, niebo jest błękitnie. Wygląda niemal wakacyjnie. Tylko dlaczego tak zimno i ślisko? Gdzie się podziali letnicy? A, tak – jasne, to przecież jest grudzień. Pusto, zimno, ślisko. Zamiast plażowiczów – morsy. Kilka odważnych osób kąpie się w lodowatych wodach Bałtyku. Na ich widok mocniej zaciągam zamek kurtki puchowej. Zupełnie, jakbym to ja marzła, nie oni. Promenada oblodzona. Idę więc spokojnie, raz po raz robiąc zdjęcia. Lubię pustkę nad morzem. Po to tu przyjechałam.



Dalej jadę pełną uroku Mierzeją Jeziora Jamno. Ponad 10 kilometrów wspaniałej drogi. Kiedyś jechałam już tędy, zaliczając gminy. Kiedy Mierzeja kończy się, muszę odbić w głąb lądu, bo dalszej drogi asfaltowej wzdłuż wybrzeża niestety nie ma. We znaki daje się silny wiatr. Przy niskiej temperaturze jest on wyjątkowo nieprzyjemny.

Nad samo morze wracam dopiero w Darłówku. Krótki zimowy dzień powoli dobiega końca. Pora zrobić małe zakupy na nocleg i posiedzieć na plaży. Zaraz za miejscowością zaczyna się Mierzeja Kopańska. Byłam już tu wcześniej, dlatego wiem, że nawierzchnia to będą ażurowe betonowe płyty. Miejsce jednak jest wybitnie piękne. Posiedzieć tam na plaży, a potem spokojnie rozbić namiot, by celebrować jedną z najdłuższych nocy roku.

Tymczasem kręcę się jeszcze chwilę po Darłówku. Jest tu ujście Wieprzy do morza i nieduży port z latarnią morską.



Na Mierzeję wjeżdżam mając bezpieczny zapas czasu do zachodu słońca. Jadę zatem solidny kawałek po płytach, nim znajduję idealne miejsce do oglądania zachodu.



Wciągam rower na plażę, wyjmuję matę, siadam wygodnie i patrzę, jak słońce wędruje coraz niżej.



Jest niesamowicie pięknie.



Kiedy na niebie zostają już tylko odcienie purpury, po dniu, który właśnie się zakończył, ruszam w dalszą drogę.



Nie jadę nigdzie daleko. Wnikam w pierwsze napotkane zadrzewienie i rozbijam namiot. Jestem na niewysokiej skarpie, tuż nad plażą. Wystarczy, że wychylę głowę i widzę morze. Słyszę je idealnie. Niebo ciemnieje i pojawiają się gwiazdy. Jasne i czyste. To będzie piękna i zimna noc.

Grudniowa noc pod Koszalinem

Piątek, 18 grudnia 2020 Kategoria do 50, Kocia czytelnia
Km: 25.71 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 321m Sprzęt: Przełajówka Aktywność: Jazda na rowerze
Ciemno, a jednak świetliście. Zimno i wilgotno. Taki jest późny, grudniowy wieczór w Koszalinie. Iluminacje świąteczne są bardzo ładne, robię kilka zdjęć. W międzyczasie dłonie grabieją z zimna. Wciągam rękawiczki i ruszam w drogę. Jest tak późno i ciemno, że nie jest warto jechać nigdzie daleko. Ot, kawałek się oddalić, znaleźć las, rozbić namiot. I iść spać.



Podjazd ciągnie się w nieskończoność. Tak jak noc, o tej porze roku. Droga jest oświetlona zimnym światłem latarni. Kawałek za wieżą telewizyjną odbijam w prawo. Las jest pagórkowaty, ale jego dno niemal pozbawione krzewów. Idealnie, by zanocować. Kończę rozbijanie namiotu, gdy dostrzegam w oddali lampkę rowerową. Ktoś jedzie ulicą. A potem staje się coś bardzo dziwnego. Ów cyklista zaczyna się rozglądać. Świeci lampką w najróżniejszych kierunkach. Tak, jakby też szukał miejsca do snu.
Czy to możliwe?
Teraz?
TU?
Chowam się w przedsionku. Nie ruszam się, by najmniejszy szelest nie zdradził mojej obecności.

Czy może być większa ironia losu, jak sąsiad w namiocie kilka drzew dalej? W sytuacji gdy właśnie chciałam mieć święty spokój…

Poświecił i pojechał dalej. Chyba mu się nie spodobały te górki.

kategorie bloga

Moje rowery

Hardtail
Przełajówka
Terenówka
Kolarzówka

szukaj

archiwum