Gatto.Rosablog rowerowy

informacje

baton rowerowy bikestats.pl
Statystyki zbiorcze na stronę

Znajomi

wszyscy znajomi(100)
Kalendarz na stronę

wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy Kot.bikestats.pl

linki

Wpisy archiwalne w miesiącu

Październik, 2020

Dystans całkowity:1094.08 km (w terenie 0.00 km; 0.00%)
Czas w ruchu:64:59
Średnia prędkość:16.70 km/h
Maksymalna prędkość:53.50 km/h
Suma podjazdów:4944 m
Liczba aktywności:10
Średnio na aktywność:109.41 km i 7h 13m
Więcej statystyk

Miłakowo - Elbląg - Tczew

Niedziela, 25 października 2020 Kategoria do 150, Kocia czytelnia
Km: 137.47 Km teren: 0.00 Czas: 07:52 km/h: 17.47
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 614m Sprzęt: Przełajówka Aktywność: Jazda na rowerze
Tym razem noc była wyjątkowo cicha. Ani samochodów, ani zwierząt, ani deszczu. Wstaję jeszcze przed wschodem słońca. Świt oglądam z górki przed Miłakowem. Jakieś 12 km od noclegu. Do samego miasta, które okazuje się niezbyt ciekawe, jest w dół.



Niedziela jest słoneczna. Piękne kolory jesieni zachęcają do robienia zdjęć.



Jedyne co przeszkadza, to wiatr. Choć na początku wcale nie jest źle – górki, lasy – można się nieco schować. Młynary – to tu zaczyna się największy dziś podjazd. Wspinam się tak przez 13 km, aż do Milejewa. A potem jest bardzo przyjemny zjazd przez Park Krajobrazowy Wysoczyzny Elbląskiej, no i przez sam Elbląg.



Za Elblągiem wszystko się zmienia. Górki definitywnie się kończą. Jadę wzdłuż trasy S7, przejeżdżam przez most na Nogacie. Odwiedzam Nowy Dwór Gdański, zaliczam gminę Ostaszewo i coraz bardziej zbliżam się do Wisły. Wieje, że hej! Momentami mam wrażenie, że wręcz stoję w miejscu.

Do mostu w Tczewie docieram z bezpiecznym zapasem czasu. Czeka tu na mnie niemiła niespodzianka. Okazuje się, że wyłączony z użytku most drogowy został zamknięty również dla pieszych. Wejście na most jest okratowane i zabezpieczone łańcuchami oraz kłódkami. Aż tyle czasu, by szukać objazdu nie mam. Idę więc na most kolejowy. Na szczęście z boku biegnie techniczna kratownica, którą da się przejść. Uff… Spacer chwilę trwa, a idąc poznaję przyczynę zamknięcia mostu drogowego – ten most urywa się w połowie rzeki! Widok jest niesamowity.



Potem mam przedzieranie się przez tereny kolejowe i w końcu jestem na normalnej drodze. Na stację kolejową docieram z koniec końców niewielkim zapasem czasu.

Zaliczone gminy: Miłakowo, Ostaszewo.

Trasa:

Po drugiej stronie Wisły

Sobota, 24 października 2020 Kategoria do 200, Kocia muzyka
Km: 173.70 Km teren: 0.00 Czas: 09:36 km/h: 18.09
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 691m Sprzęt: Przełajówka Aktywność: Jazda na rowerze
Zdarzyło mi się spać pod namiotem podczas rykowiska jeleni. Tym razem, po raz pierwszy w życiu, trafiłam na bekowisko danieli. To była dziwna noc. Z jednej strony szum samochodów z krajówki, z drugiej bekowisko. No i padał deszcz.

Rano nie pada. Nieco odwlekam wstanie i czekam z wyjściem z namiotu, aż się rozwidni. Daniel cały czas się odzywa. Może będę miała trochę szczęścia i go zobaczę? Cierpliwość zostaje nagrodzona – udaje mi się nawet nakręcić krótki filmik przyrodniczy.
 
Kiedy ruszam, drogi są jeszcze mokre po nocnym deszczu. Początek dnia jest słoneczny, jednak szybko pojawiają się dziwne chmury i świat spowija szarość. Nie pada, ale mogłoby być ładniej. Pierwsza część trasy wiedzie wzdłuż Wisły. Raz po raz wchodzę na wały przeciwpowodziowe, żeby pooglądać widoki. W Białej Górze zatrzymuję się przy zabytkowej śluzie, a potem zagłębiam się w Las Mątawski. Droga jest coraz bardziej dziurawa i wyboista. W dodatku mocno dokucza wiatr.






Pierwszym miejscem, w którym robię dłuższą przerwę jest Sztum. Piję kawę na Orlenie, a potem jadę zobaczyć słynny Zakład Karny oraz zamek. Odkąd odbiłam na wschód od Wisły, okolica zrobiła się pagórkowata. A to zapewnia miłe dla oka widoki. Od Żuławki Sztumskiej wracają płaskości – nazwa najwidoczniej zobowiązuje. Od razu jedzie się lżej.



Górki wracają przed Pasłękiem. Dziwne miasto. Centrum objechałam dwa razy i nie znalazłam w nim ani jednego czynnego sklepu. Sobota, przed godziną 18 i wszystko pozamykane. Powoli robi się ciemno. Opuszczam Pasłęk bez zapasu wody na noc.



I kiedy tak jadę, jest coraz mniej wesoło. Ciemno. Droga sukcesywnie pnie się w górę, jestem głównie w lesie. Brak miejscowości, a jeśli już jakąś mijam, to bez sklepów. Myślę sobie nawet, że jeśli nic nie znajdę, to będę musiała wziąć wodę od ludzi. Na szczęście w Bielicy znajduję czynny sklep. Po raz pierwszy w życiu cieszę się na widok grupki facetów pod sklepem. Gdyby nie oni, to bym nie zauważyła, że ten sklep tu jest.

Jadę jeszcze kawałek, przejeżdżam przez Godkowo i kawałek dalej, blisko końca całkiem sporego podjazdu, w lesie rozbijam namiot.

Zaliczone gminy: Ryjewo, Miłoradz, Stary Targ, Stare Pole, Gronowo Elbląskie, Pasłęk, Godkowo.

Mapa:


Smętowo Graniczne

Piątek, 23 października 2020 Kategoria Kocia czytelnia
Km: 8.65 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 36m Sprzęt: Przełajówka Aktywność: Jazda na rowerze
Niejednoznaczne prognozy pogody trochę odstraszały. Ostatnie wyjazdy, czy to turystyczne, czy sportowe to były jazdy przynajmniej po części deszczowe. Średnio mi się uśmiechało znowu moknąć, więc mapy pogodowe sprawdzałam codziennie, co kilka godzin. W czwartek wieczorem okazało się, że w okolicach Elbląga ma być czysto, a deszcz może pokropić jedynie w nocy z piątku na sobotę. Czy na pewno? Czy warto? Wątpliwości miałam do końca.

Ostatecznie bilet kolejowy kupiłam w czwartek wieczorem. Wtedy też opracowałam na szybko trasę, która miała uwzględniać wszystkie brakujące gminy w tym obszarze. Wyszła z tego tłusta trzysetka. Z namiotem, z sakwami, na ciężko. Bogato, jak na końcówkę października. A dzień już przecież taki krótki!

Jest piątkowy wieczór, po 19:00, gdy wysiadam na stacji kolejowej w Smętowie Granicznym. Co za dziwna nazwa! Celem jest szybkie znalezienie miejscówki noclegowej i udaje mi się to pierwszorzędnie. Przy drodze krajowej nr 91, zaledwie 5 km od stacji, wnikam w leśną ścieżkę. Zauważam wąski pas trawy między ogrodzonym siatką leśną polem kukurydzy a lasem. Las w sam raz. Ten trawiasty pas też. Widać, że nikt tu nie chodzi. Chwilę stoję i naraz słyszę dziwny dźwięk. To nie dziki, nie jelenie. Coś jeszcze innego. Brzmi ciekawie, zapowiada się nocne słuchowisko, zostaję tu.



Zaliczone gminy: Smętowo Graniczne.

PYRA Trail

Sobota, 17 października 2020 Kategoria do 300, Kocia czytelnia
Km: 270.90 Km teren: 0.00 Czas: 18:30 km/h: 14.64
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 1087m Sprzęt: Terenówka Aktywność: Jazda na rowerze
„Pyra” miała odbyć się wiosną, ale przez epidemię wszystko się skisiło i została przełożona na październik. Termin mało zachęcający, noce już długie, pogoda bardzo niepewna. Mocno się zastanawiałam, czy jechać, czy dać sobie spokój. Niełatwa to była decyzja dlatego, że poza tymi wszystkimi powodami, Pyra to maraton „gravelowy”, a ja słabo jeżdżę w terenie. W gravelowość, w polskich warunkach, nie wierzę. Tu, u nas, jest po prostu teren. Bardziej lub mniej przejezdny. Natomiast dróg, które można by faktycznie nazwać „gravelowymi” o każdej porze roku, jest tyle co kot napłakał.

Jest zatem dla mnie oczywiste, że jeśli pojadę, to jedynym słusznym wyborem będzie rower terenowy, z pełnym zawieszeniem. Prognozy na maraton są wątpliwe. Ma być chłodno i może padać deszcz. Po ostatniej wyrypie na Śląsku, gdy prognozy kompletnie się nie sprawdziły, wyrażenie „może padać” oznacza dla mnie, że „z pewnością będzie padać”. Dlatego do podsiodłówki pakuję kompletny strój przeciwdeszczowy, wierząc w to, że na bank się przyda. Jak się okaże podczas jazdy – miałam rację!

W związku z epidemią, jest biednie. Baza w Robakowie odmówiła gościny, Organizator przeniósł ją do Prusinowa. Poza tym odwołane zostało ognisko w piątkowy wieczór, a noclegi uczestnicy muszą załatwić sobie sami. Wkurzające są strasznie te ograniczenia, ale dobrze przynajmniej, że maraton się w ogóle odbędzie. Wobec takiej sytuacji, nie warto jechać do Prusinowa w piątek. To już lepiej wstać około 4 nad ranem i pojechać tam samochodem w sobotę.

Na starcie jest strasznie mało czasu na wszystko. Odbieram pakiet startowy, wypijam 1/3 kubeczka kawy, zjadam jednego banana i… to już! Już trzeba jechać! Na początku jest szosa. Szary poranek, dzień ledwo wstał. Trasa jest fajnie poprowadzona. Po szosowym wstępie, zaczyna się teren. Sporo ostatnio padało i są kałuże. Czy głębokie? Wolę nie sprawdzać. Głównie lasami jedziemy do Rogalinka. Potem jest dróżka wzdłuż Warty. W Puszczykowie, w okolicach Ośrodka Leśnego, robię błąd. Jadę źle. Jestem już za sławetnym przejazdem kolejowym, gdzie swego czasu pociąg starł na proch karetkę pogotowia, gdy stwierdzam: trzeba się cofnąć, żeby było w 100% zgodnie ze śladem. Wracam więc, spotykając po drodze całe tabuny naszych jadących z naprzeciwka.

Potem znowu są lasy i odcinek specjalny po Wielkopolskim Parku Narodowym. Jest wjazd na Osową Górę, jest wieża widokowa.
Pola przeplatają się z lasami. Szosa z terenem – choć tego drugiego jednak jest więcej. W terenie niepodzielnie króluje błoto. Różne jego odmiany: grząskie-piaszczyste, rzadkie-czarne, śliskie-gliniaste i cała gama ich kombinacji. Każdy może sobie znaleźć takie błoto, które lubi i takie, którego nie lubi.

Około godziny 13 zaczyna padać deszczyk. Zupełnie nie jestem zaskoczona. Na początku ledwo siąpi, dlatego nie zakładam stroju deszczowego. W lekkiej mżawce jadę przez prawie 2 godziny. Jadę akurat przez jakąś wioskę, kiedy deszcz zaczyna padać mocniej. Trafia się wiata przystankowa. Fajnie – przynajmniej można wygodnie oprzeć rower i ubrać się w strój deszczowy pod daszkiem. Torba podsiodłowa jest mocno zabłocona i mokra, chwilę muszę walczyć z klamrami zapinającymi. Kiedy kończę przebieranki, podjeżdża dwóch naszych. Jeden leci bez zatrzymania, drugi ląduje pod wiatą. Mówi, że jest wykończony błotem, chłodem i tym deszczem. Cóż, jest 6 stopni na plusie i pada deszcz – bywało lepiej. U mnie w sumie ok., więc widząc jego przygaszony nastrój, czym prędzej robię mu miejsce i rzucam kilka miłych słów. Jak wiadomo, wiata jest dobra na wszystko! Początek dalszej drogi to jazda po zasysającym błocie, polem pod górkę. Ależ to męczące!

W trasę wplecione są fragmenty po wałach przeciwpowodziowych Warty. Bardzo wygodne są to wały. Trawa krótka, bez wybojów. Czasem lekko przeszkadzają trawiaste kępki, jednak w porównaniu z tym co było na Wiśle1200, te wały są wręcz luksusowe. Raz po raz tasuję się z miłym chłopakiem, który niestety nie zabrał stroju na deszcz i teraz trochę cierpi z tego powodu.

Nowe Miasto nad Wartą osiągam, gdy dzień dobiega końca. Jest tu Orlen i widzę przy nim kilka rowerów. To wystarczający powód, by się nie zatrzymywać akurat tu, tylko jechać dalej. Na wyjeździe trafiam na sklep spożywczy. Kupuję picie oraz pączka z nadzieniem toffi. Jest bardzo słodki i smaczny. Jest coraz ciemniej. Ruszam już na lampkach, lekko obawiając się, jak to będzie w nocy. Od startu, który był o 7:15 aż do zachodu słońca, tj. w 11 godzin, przejechałam 170 km. Szło to całkiem dobrze. Mam przeczucie, że teraz będzie tylko gorzej. Znam swoje możliwości i ograniczenia.

No i rzeczywiście. Gdy tylko pojawia się błotnisty teren, moje oczy zaczynają się gubić. Nie jest zbyt dobrze, dlatego, gdy tylko zaczynam czuć się niepewnie, schodzę z roweru i idę. W ten sposób przemierzam krzaczaste i błotniste pagórki przed Żerkowem. Klnę w duchu: doprawdy – to JEST gravel? Przecież to jest soczysty teren! Potem sama się z siebie śmieję – przecież wiedziałam, że tak będzie. A wszystko to, ostatecznie jest fajną zabawą. Maszeruję więc wytrwale, a gdy jadę – to pomału i ostrożnie, żeby się nie zabić.

Chwilę grozy przeżywam, gdy prawie spadam z wału przeciwpowodziowego. To co wydawało się ścieżynką na wale, w rzeczywistości było już jego skrajem… Potem na szczęście są Pyzdry. Miasto pięknie wygląda nocą, z drugiego brzegu warty. Aż miło popatrzeć. Raz po raz lekko kropi, ale największy deszcz chyba za mną. W Pyzdrach nie zatrzymuję się. Trzeba jechać, bo ta nocna jazda idzie mi wyjątkowo miernie! Stąd już tylko 58 km do mety, ale wiem, że zanim dojadę, to sporo wody w Warcie upłynie. Jadę tak sobie i obserwuję kolejne grupki, które mnie wyprzedzają. Cała praca, jaką zrobiłam sprawną jazdą w dzień, teraz właśnie ulatuje.

W nocy są jeszcze pola i lasy. Czasem jadę trochę lepiej, czasem trochę gorzej. Dobrą robotę robią wodoodporne skarpetki, w których jadę od samego początku. Mimo deszczu i spacerów w błocie i kałużach, stopy mam suche i nie jest mi zimno. To dość niesamowite: 5 stopni, deszczyk i nie marznę.

Jedyne zdjęcie z trasy:


Ostatnie około 20 km trasy, to głównie szosy. Można odpocząć i trochę podciągnąć tempo, choć trudno o jakieś zawrotne prędkości, gdy ma się w nogach kilka kilometrów z buta i prawie dobę na nogach. Na metę docieram o 3:25 i akurat nie pada. Mimo tak trudnej godziny, czeka tu na mnie miłe powitanie. Patrząc na swój czas widzę, że ostatnie, tj. nocne, 100 km robiłam przez prawie 10 godzin. To oddaje w pewnym stopniu to jak słabo widzę w terenie w nocy.



Dostaję medal, mam możliwość obmycia swojego roweru, potem jest duża porcja makaronu, a na sam koniec coś pięknego: prawdziwa PYRA w mundurku z gzikiem!



Podsumowanie:
Na liście startowej: 175 zawodników
Wystartowało: 98 zawodników
Wycofało się: 17 zawodników
Ukończyło: 81 zawodników
Wśród kobiet byłam: 4
Mój czas brutto: 20 godzin i 10 minut.

Trasa:

Deszczowa niespodzianka

Niedziela, 11 października 2020 Kategoria do 50, Kocia czytelnia
Km: 42.55 Km teren: 0.00 Czas: 03:03 km/h: 13.95
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 316m Sprzęt: Przełajówka Aktywność: Jazda na rowerze
Prognozy nie sprawdziły się. Miało padać w nocy i to tylko w początkowej jej części. Kiedy wcześnie rano dzwoni budzik, nadal pada. Tracę chęć do jazdy. Przestawiam budzik i śpię dalej. Wstaję dopiero wtedy, gdy na dobre robi się widno. No nic, trzeba zmodyfikować plany. Kiedy jem śniadanie i piję kawę, pada nadal. Co za lipa!



Potem przelotnie pada już do końca. Dzień zaczynam od sprawdzenia, co to za zakład słyszałam przez całą noc. Jadę tam, skąd dobiegają dźwięki. Okazuje się, że to słynna Huta Katowice!



Potem jeżdżę sobie jeszcze po Dąbrowie Górniczej, a następnie dokładniej zwiedzam Będzin.



Nie ma tu co prawda rynku, ale jest całkiem sympatyczny deptak, a przy głównej ulicy ładne kamieniczki. Zaliczam jeszcze Czeladź, która ma miły dla oka rynek z kwiatami i fontanną oraz Siemianowice Śląskie, po czym gramoląc się pod górę, docieram do Katowic.




Zaliczone gminy: Czeladź, Siemianowice Śląskie.

Śląski, gminny, zygzak

Sobota, 10 października 2020 Kategoria do 200, Kocia czytelnia
Km: 154.30 Km teren: 0.00 Czas: 09:17 km/h: 16.62
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 838m Sprzęt: Przełajówka Aktywność: Jazda na rowerze
Lubię spać w lesie iglastym. Na ziemi zwykle jest mało gałęzi, nie ma krzewów z kolcami, a często można spotkać mech, dzięki któremu jest miękko. Tu mchu nie ma, ale i tak jest dobrze. Rano budzę się wypoczęta. Gotuję wodę na kawę, jem śniadanie i zwijam się.



Początek trasy jest bardzo leśny. Lasy, grzyby, jesień. Wjazdy do lasów obstawione są samochodami widać, że ludzie ruszyli na grzyby. Chwilami aż nie chce się wierzyć, że to jest Śląsk.



Jak bardzo to wszystko odbiega od stereotypowych wyobrażeń! W miejscowości o miłej mi nazwie Koty, idę do sklepu. Kupuję wodę oraz trochę domowego placka owocowego. Zjadam go później w jednej z leśnych wiat.



Śląsk to kontrasty. Z jednej stronie lasy i puste drogi, z drugiej jednak przemysł. Miasteczko Śląskie wita mnie wysokimi kominami. Jadę sprawdzić co to jest. Okazuje się, że Huta Cynku. Zdarza się też spotkać tu podwójne kościoły. W Miasteczku Śląskim jest drewniany i zaraz obok ceglany.



Tarnowskie Góry mogłyby być symbolem tego jak pełen kontrastów jest Śląsk. Jest tu przyjemny rynek z brukiem i kamieniczkami oraz starym kościołem, ale i jakiś nowoczesny architektoniczny potworek. Uwieczniam go na jednym ze zdjęć, ale pozostałe zdjęcia rynku robię tak, by nie zakłócał kadru.



Piekary Śląskie z kolei są rozległe. Jadę i jadę. Ruch znaczny, ale kierowcy spokojni. Jadę pod urząd gminy, a potem pod bardzo ciekawy budynek szpitala. Ciepło, jak na październik! Wyjeżdżając z miasta, mijam kopalnię węgla, a kawałek dalej jeden z niezbyt licznych budynków z okopconą, czarną elewacją.



Śląsk to też górki. Tym razem nie jestem zaskoczona. Gdy w miniony weekend jeździłam po Śląsku, to zaskoczenie było. Dużo jest też dobrej jakości dróg i do tego bardzo łatwo jest się przyzwyczaić.



Jedną z dzisiejszych atrakcji jest Międzynarodowy Port Lotniczy w Pyrzowicach. Ciekawy obiekt. Przed Będzinem mijam nieczynną Kopalnię Węgla Kamiennego Grodziec. Działała w latach 1899-1998. Teraz jej budynki wyglądają nieco strasznie.



Dalej, po pokonaniu górki, jest Będzin zamek. Zamek jest udostępniony dla turystów. Wchodzę więc na mury i robię zdjęcia. Biję się z myślami, czy wjeżdżać głębiej w miasto. Obok trwa akurat komunijna sesja zdjęciowa. Pytam panią z aparatem, czy może jest tutejsza i czy wie, co warto zwiedzić w Będzinie. Okazuje się, że jest z pobliskiego Sosnowca i nie kojarzy, by był tu jakiś rynek.





Nieco zmęczona dniem, nie szukam innych zabytków, ani rynku, tylko jadę dalej, w stronę Dąbrowy Górniczej. Według mapy, są tu lasy. Gdzieś tu trzeba będzie znaleźć nocleg. Początek szukania miejscówki jest bardzo nieciekawy. Albo gęsty las, albo jeżyny, albo wyjątkowo kępkowato i nierówno, albo zarośla wysokie po pas, czy teren lekko podmokły. Dalej jest cmentarz. Jadę więc jeszcze kawałek i wtedy zauważam wąską nitkę asfaltu uciekającą w las. To jest to! Wnikam. Droga kończy się niby ślepo, ale w las idą dalej gruntówki. Wchodzę w jedną z nich. Struktura lasu jest wyjątkowo mało biwakowa. Kolce i krzaki! Dlatego rozbijam się na jednej ze ścieżek. Nie wygląda na uczęszczaną. Leży tu przewrócone drzewko i jest zarośnięta. Środek równy, po bokach błotniste koleiny. No ale nic lepszego tutaj nie znajdę. Rozbijam namiot. Noc jest umiarkowanie spokojna. Cały czas słychać zgrzyty i metaliczne dźwięki. Gdzieś tu musi być jakiś duży zakład przemysłowy. Poza tym mocno wieje.

Zaliczone gminy: Krupski Młyn, Tworóg, Koszęcin, Kalety, Miasteczko Śląskie, Świerklaniec, Tarnowskie Góry, Piekary Śląskie, Bobrowniki, Ożarowice, Mierzęcice, Psary, Wojkowice, Będzin.

Mapka:


Lubliniec

Piątek, 9 października 2020 Kategoria do 50, Kocia czytelnia
Km: 9.52 Km teren: 0.00 Czas: 00:35 km/h: 16.32
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 46m Sprzęt: Przełajówka Aktywność: Jazda na rowerze
Po pierwszym, bardzo udanym, objeździe gmin na Śląsku, wybrałam się tam po raz kolejny. Tak się akurat złożyło, że prognozy były raczej sprzyjające, tzn. miało nie padać za dnia.

W piątkowe popołudnie czas spędzam na dworcu kolejowym w Poznaniu. Coś musiało się zadziać, bo na świetlnej tablicy prawie wszystkie pociągi mają wpisane opóźnienia. I to duże. Mój też, a to oznacza, że do Lublińca (gdzie tym razem zaczynam gminną wyrypę) dojadę bardzo późno.



Po długim oczekiwaniu na pociąg, a potem długiej podróży, docieram do Lublińca. Jest ciemno i późno. Na rynku pustawo. Poza jednym ogródkiem z młodzieżą i dwoma porządnie podpitymi panami w średnim wieku, jest tu pusto.



Robię kilka zdjęć i zmywam się. Do lasu, spać.



Zaliczone gminy: Lubliniec, Pawonków.

W strugach deszczu

Niedziela, 4 października 2020 Kategoria Kocia czytelnia
Km: 98.98 Km teren: 0.00 Czas: 05:14 km/h: 18.91
Pr. maks.: 34.90 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 307m Sprzęt: Przełajówka Aktywność: Jazda na rowerze
Noc nie należy do przyjemnych. Cały czas strasznie wieje. Drzewa skrzypią złowrogo. Trudno o spokojny sen w takich warunkach. Mając dość bezsensownego przewracania się z boku na bok, wstaję o godzinie… 2:15. Gotuję wodę na kawę, zwijam obozowisko i ruszam w drogę.



Noc jest bardzo wietrzna. Wiatr ten na szczęście pomaga. Raz po raz mijam leżące na drodze połamane mniejsze i większe gałęzie.



Jeszcze nim noc się kończy, zaczyna padać. Najpierw delikatnie. Potem coraz mocniej. Kurtka przeciwdeszczowa jest stara i po jakimś czasie puszcza wodę. Spodenki, nogawki – wszystko można dosłownie wykręcać. No ale jadę uparcie dalej. Kolejne gminy zaliczam w strugach deszczu. Zdjęć robię mało, z obawy o telefon.



Kiedy docieram do Kępna, skąd mam pociąg powrotny, przestaje padać. Dosłownie 300 metrów przed stacją. Niestety droga do dworca jest w remoncie. Idąc nią brudzę i tak mocno już sponiewierany dzisiejszą pogodą rower. Kiedy wsiadam do pociągu, natychmiast w miejscu gdzie stoję z rowerem robi się błotna kałuża. Czym prędzej wieszam więc rower i… biorę się za sprzątanie pociągu. Źle się czuję z tym okropnym bałaganem, który się narobił. Potem idę się przebrać w suche ubranie i delektuję się jazdą w cieple. Wreszcie na mnie nie pada i nie wieje.

Zaliczone gminy: Lasowice Wielkie, Wołczyn, Trzcinica, Bolesławiec, Łęka Opatowska.

Śląsk

Sobota, 3 października 2020 Kategoria Kocia czytelnia
Km: 188.00 Km teren: 0.00 Czas: 10:05 km/h: 18.64
Pr. maks.: 53.50 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 910m Sprzęt: Przełajówka Aktywność: Jazda na rowerze
W nocy, nie wiedzieć dlaczego, spałam słabo. Może to ten księżyc w pełni? A może niecierpliwość, by w końcu wstać i jechać? Kiedy budzę się, jest jasno. Otwieram namiot i z zaskoczeniem zauważam, że to wcale nie jest dzień. Księżyc świeci niezwykle mocno. Do wschodu słońca jeszcze jakaś godzina, ale skoro już wstałam, odpalam kuchenkę i gotuję wodę na kawę. Jak wiadomo, nowy dzień bez kawy się nie liczy.



Katowice w sobotni poranek są pustawe. Trzeba uważać na tory tramwajowe. Wąskie opony mojej przełajówki mogą z łatwością się w nich zaklinować i spowodować niemiłą wywrotkę. Tuż za Katowicami zaczyna się Sosnowiec. Miasto robi na mnie dobre wrażenie, ma wygodne drogi dla rowerów. Podobne są w Dąbrowie Górniczej. Dąbrowa jest bardzo rozległa, kilka chwil spędzam nad zbiornikiem Pogoria 3. Jest to zbiornik poeksploatacyjny. Mieszkańcy korzystają z jego walorów, spacerują, łowią ryby. Korzystam i ja, ciesząc oczy widokiem zarówno ładnym, jak i niecodziennym. Po drugiej stronie, w oddali, widać kominy. To Elektrownia Łagisza.



Na wyjeździe z Dąbrowy Górniczej odwiedzam sklep. Gdy wychodzę z zakupami, zaczepia mnie mężczyzna w średnim wieku. Pyta dokąd jadę. Zajadając jogurt, opowiadam mu pokrótce o trasie. Pokazuję nawet mapkę w telefonie, bo przecież nie wszyscy wiedzą jak to jest zaliczać gminy. Kiedy kończę jeść, szukam kosza, ale nigdzie go nie widzę. Wtedy mój miły rozmówca zabiera pudełeczko po jogurcie i wesoło stwierdza, że wyrzuci u siebie w domu. Sympatyczny i kompletnie niespodziewany gest.

Siewierz. Znowu robię się lekko głodna. Trafiam akurat na rynek. Stoi tu jakiś cyklista. Opieram rower, wyjmuję kanapkę i chwilę gadamy. Cyklista ma na imię Robert, mieszka w Sosnowcu (oczywiście chwalę się, że byłam tam dziś rano!) i przyjechał tu na sobotnią wycieczkę. Rozmawiamy o podróżach, a głównym tematem jest urokliwy szlak Green Velo. Z rynku jadę zobaczyć ruiny zamku. Obiekt nie jest duży, ale za to wygląda naprawdę fajnie. Warto zobaczyć.



W miarę upływu czasu, robi się ciepło. Jest październik, a słońce grzeje tak mocno, jak latem.



Jadę na krótki rękaw i w krótkich spodenkach. W ruch idzie też krem przeciwsłoneczny. I tak oto, w letnich okolicznościach przyrody, docieram do miejscowości Koziegłowy. Nie jest to jednak Wielkopolska i dobrze mi znane Koziegłowy. Tu jest zupełnie inaczej. Rynek zdobi fontanna z trzema kozimi głowami. Okolica jest nieco pagórkowata, a same Koziegłowy i ich okolice to zagłębie… ozdób świątecznych, stroików, sztucznych choinek. Jeśli będziecie kiedyś kupować ozdoby lub sztuczne choinki, zwróćcie koniecznie uwagę – może one są właśnie ze Śląska.



Drogi, którymi jadę, są często drogami zupełnie bocznymi. Co jednak ciekawe mimo, że są to wąskie nitki asfaltu, to ich nawierzchnia na ogół jest w doskonałym stanie. Zdecydowanie też nie mogę narzekać na kierowców. Mijają z zachowaniem odstępu, nie jeżdżą nerwowo, nie trąbią. Kultura jazdy jest wysoka.

Rezerwat Cisy nad Liswartą to prawdziwa perełka przyrodnicza. Wyjątkowo ładne miejsce. Trudno jest tu tak po prostu przejechać i pomknąć dalej. Odstawiam rower i robię całą serię zdjęć. Dużo tu lasów. Zielono, cicho, spokojnie. Tak, tak – cały czas jestem na Śląsku!



Opolskie witam wjeżdżając na teren gminy Olesno. Jest późne popołudnie i czuję, że trzeba się pospieszyć, żeby zdążyć zobaczyć Olesno jeszcze za jasności.



Miasteczko czaruje kolorowymi fontannami. Pierwszą widzę prawie zaraz po przejeździe pod wiaduktem kolejowym.



Druga jest na rynku. Robi się coraz ciemniej. Jadę więc dalej.



Już praktycznie po ciemku zaliczam gminę Radłów, która słynie z tego, że w 2007 roku wprowadziła język niemiecki, jako pomocniczy, a nazwy niektórych miejscowości są wypisane na tabliczkach w języku polskim i niemieckim. Wyjeżdżając z terenu tej gminy i kierując się ponownie w stronę Olesna, szukam miejscówki noclegowej. Po obu stronach drogi są lasy. Teoretycznie nie powinno być problemu. A jednak, problem jest. Roślinność jest bardzo gęsta. Trudno tu będzie się wbić z namiotem. W tej sytuacji powinnam po prostu pojechać dalej, ale zamiast tego – próbuję. Schodzę z rowerem z wysokiego nasypu, którym biegnie droga. Od razu widzę, że nic z tego. Zarośla, jeżyny. Trzeba wracać na drogę. Trudne to zadanie, bo nasyp stromy, a rower z sakwami ciężki. Nie mam siły go wypchnąć tak ostro pod górę… idę więc rowem dobre 100 metrów, złorzecząc, ale też ciesząc się, że w rowie tym nie ma wody. Nadzieja na to, że skarpa będzie w końcu mniej nachylona ucieka. Trzeba zdjąć sakwy, wyrzucić je na górę, a potem jakoś wyciągnąć na drogę rower. I siebie.

Ostatecznie miejscówkę znajduję w lesie, po odbiciu z drogi 487. Gdzieś niedaleko jest leśniczówka. Raz po raz słychać szczekanie psa. Jest spokojnie. Gdyby tylko nie ten wiatr. Wiało mocno cały dzień. Teraz, w nocy, też bardzo wieje…

Zaliczone gminy: Sosnowiec, Dąbrowa Górnicza, Siewierz, Poręba, Koziegłowy, Woźniki, Starcza, Boronów, Herby, Kochanowice, Ciasna, Olesno, Radłów.

Katowice

Piątek, 2 października 2020 Kategoria Kocia czytelnia
Km: 10.01 Km teren: 0.00 Czas: 00:47 km/h: 12.78
Pr. maks.: 38.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 99m Aktywność: Jazda na rowerze
Jest 23:00, gdy wysiadam z pociągu na dworcu w Katowicach. Jestem tu po raz pierwszy. Nigdy nie czułam potrzeby, by jeździć rowerem po Śląsku. Przyjechałam tu, by pozaliczać gminy i jest we mnie trochę obaw. Czy da się tu czerpać radość z jazdy rowerem? Czy będzie bardzo szaro i brzydko? No nic, trzeba wyjść z dworca!



Wychodzę i od razu ogromne zaskoczenie – obok nie ma ruchliwej ulicy, tylko ładny plac, przechodzący w deptak. Jasno, czysto, świetliście. Trochę idę, trochę jadę, chłonąc atmosferę nocnego centrum Katowic.
Tu nocami jeden za drugim jeżdżą tramwaje, chodzą roześmiani ludzie, unosi się zapach świeżo pieczonych bułeczek. Budynki są podświetlone. Jest przestrzennie. Jest… ładnie!
Takie Katowice zapamiętam.



Zauroczona miastem, chwilę siedzę w centrum. Choć powinnam przecież już jechać, szukać miejsca do spania. Jest tu jednak tak ładnie i mile, że warto spędzić nieco czasu.



Zieleń jest bardziej zielona.



Przed wyjazdem z centrum, jadę jeszcze zobaczyć słynny Spodek. Budowla wygląda niesamowicie!



Znalezienie miejsca do spania nie jest trudne. Od południa z Katowicami sąsiadują lasy. Kiedy rozbijam namiot, jest już po północy i jest… jasno. Noc jest piękna, księżycowa. Gdzieś nieopodal namiotu chodzą dziki. Takie miasto!

Zaliczone gminy: Katowice

kategorie bloga

Moje rowery

Hardtail
Przełajówka
Terenówka
Kolarzówka

szukaj

archiwum