Gatto.Rosablog rowerowy

informacje

baton rowerowy bikestats.pl
Statystyki zbiorcze na stronę

Znajomi

wszyscy znajomi(100)
Kalendarz na stronę

wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy Kot.bikestats.pl

linki

Wpisy archiwalne w miesiącu

Marzec, 2018

Dystans całkowity:1226.57 km (w terenie 0.00 km; 0.00%)
Czas w ruchu:b.d.
Średnia prędkość:b.d.
Suma podjazdów:5849 m
Maks. tętno maksymalne:174 (91 %)
Maks. tętno średnie:143 (75 %)
Liczba aktywności:26
Średnio na aktywność:47.18 km
Więcej statystyk

Jak w złym śnie

Środa, 28 marca 2018 Kategoria do 50
Km: 20.90 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 138m Sprzęt: Hardtail Aktywność: Jazda na rowerze

Ciężki dzień po ciężkiej nocy

Wtorek, 27 marca 2018 Kategoria do 50
Km: 20.90 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 138m Sprzęt: Hardtail Aktywność: Jazda na rowerze

W nieświadomości

Poniedziałek, 26 marca 2018 Kategoria do 50
Km: 27.87 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 159m Sprzęt: Hardtail Aktywność: Jazda na rowerze

Kołobrzeg

Niedziela, 25 marca 2018 Kategoria Kocia czytelnia, do 50
Km: 28.52 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 88m Sprzęt: Kolarzówka Aktywność: Jazda na rowerze
Spałam słabo, bo było zimno. Nawet kilka łyków czegoś mocniejszego przed snem nie załatwiło sprawy. Rezultat był taki, że dygotałam przez większość czasu, gdy byłam na granicy jawy i snu. Kto wie? Może nawet przez sen też dygotałam? Ciekawe, czy tak się da. Obudziłam się przed budzikiem. Z zimna. Rower był oszroniony. Na szczęście rower nie ma szyb i nie trzeba go skrobać. Wystarczy przetrzeć siodełko rękawiczką i można jechać. Jednak przed wyjazdem gotowanie wody na kawę. W bidonie czeka na mnie woda z kryształkami lodu. Dobrze schłodzona! Gorąca kawa smakuje wybornie.

W drodze nad morze odwiedzam McD. By kupić 2 kanapki. Wyjątkowo syfiasty jest to McD. Tuż po 7, czyli dopiero co otwarte, a niektóre stoliki przypominają… chlew. Biorę co swoje. Jedną kanapkę zjadam od razu, druga na wynos i pryskam stąd.

Morze jest dziś spokojne. Dzień zapowiada się ładny, słoneczny. Zimno, choć już 3 stopnie na plusie. Odwiedzam znajome miejsca. Mogłabym być przewodnikiem po Kołobrzegu. Na molo dziś ślisko. Wszędzie pusto. Wczesnowiosenna pustka. Jest wspaniale. Uśmiecham się do siebie.

Zimna wiosna w Kołobrzegu

Sobota, 24 marca 2018 Kategoria Kocia czytelnia, do 350, Wielanowo
Km: 317.30 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 1243m Sprzęt: Kolarzówka Aktywność: Jazda na rowerze
Prognozy pogody, aż do piątkowego późnego wieczora, były złe. Na mojej trasie do Kołobrzegu miały się pojawić opady śniegu z deszczem. W tej sytuacji dałam sobie spokój. Poszłam spać, z postanowieniem, że w sobotę pokręcę się pod domem. Nudna to była perspektywa, ale cóż…

Rano obudziłam się w miarę wcześnie – jak na jazdę pod domem, natomiast dość późno – jak na większy wyjazd. Z ciekawości sprawdziłam prognozy – a by to szlag! Wycofali się z opadów. Teraz! Kiedy ja dopiero co się obudziłam, rower nie jest gotowy, nie jestem spakowana, nie mam wgranej trasy. Patrzę na zegarek – późno. Co za kanał – myślę i przewracam się na drugi bok. Sobota zmarnowana. Wiercę się trochę, aż w końcu wstaję. Robię śniadanie, czytam Internet. Gdzieś między kanapką a herbatą wymyślam, że jednak pojadę do Kołobrzegu. Nic, że późno! Ważne, że jest chęć. Szybko szykuję rower, muszę dopompować opony, spakować się, dużo tego! Wszystko robię w pośpiechu, automatycznie. W korytarzu, na kolanie odpalam jeszcze laptopa i naprędce zgrywam trasę do garmina. Kupuję również bilet powrotny z Kołobrzegu do Poznania na jutro. Wygląda na to, że jestem gotowa. Wychodzę z domu grubo po ósmej godzinie. Jak na tę porę roku i tak długą trasę, to bardzo późno. No tak, znowu przyjdzie mi kończyć w środku nocy…

Poranek jest bardzo szary, lekko mglisty i zimny. 2 stopnie powyżej zera. W Janowcu Wlkp. kawa. Rozmarzam. Przed Kcynią jadę nowym wariantem drogi. Omijam miasteczko, które do jazdy rowerem nie jest przyjemne. Im mniej kilometrów na szosie Wągrowiec – Kcynia, tym lepiej. Z objazdu jestem bardzo zadowolona. Trasa była jednak planowana jakiś czas temu i wybywając tak nagle,spontaniczne z domu, nie zdążyłam jej sprawdzić. Pierwszy błąd to przejazd przez dolinę Noteci. Poprowadziłam najgorszą możliwą drogą, tj. tą najbardziej dziurawą. Tak, tak, znam ja tę drogę. Jest tak dziurawa i spękana, że w asfaltowych szczelinach latem radośnie rośnie trawa. Ale trzęsie! Pomstuję pod nosem, jadąc slalomem. Dalej droga idzie przez Samostrzel, a to oznacza, że wyjazd z doliny Noteci jest po kamiennym bruku. Sympatycznie, jak na trasę projektowaną pod kolarzówkę, nie ma co!



Jadąc, oczekuję chwili gdy zawitam w Nakle. Ale do Nakła nie docieram. Z bardzo prostego powodu – trasa nie idzie przez Nakło, mijam je przecież od zachodu. Co za niefart! Miałam ochotę na jakąś ciepłą orlenową zapiekankę, a tu kiszka. W ogóle przez większość trasy jadę poirytowana. Raz po raz łapię się na tym, że żałuję, że w ogóle wyszłam z domu. W domu ciepełko, a tu, na trasie, zimnica. Stacja miała być w Łobżenicy. Wjeżdżając do miasta cieszę się na samą myśl o odpoczynku w cieple, a tu… zonk. Jeden zakręt, drugi, szybko i… nagle okazuje się, że miasto mam już za sobą. A stacji nie ma. Coraz bardziej jestem na siebie zła – za ten spontan i jazdę trasą, której nie zweryfikowałam po wstępnym zaplanowaniu. Modlę się tylko, by dalej nie trafiły się żadne gruntowe kawałki.



Największy podjazd trasy mam w Biernatce. Wdrapuję się tu aż na 195 m n.p.m. Orlen trafia mi się dopiero w Szczecinku, po przejechaniu 150 km od poprzedniego postoju. W międzyczasie raz stałam w lesie, by zjeść drożdżówkę. Drogi na ogół puste, często dziurawe. Stacja przed Szczecinkiem niewygodna. Nie ma gdzie usiąść, rozkładam więc swoje graty na parapecie i na stojąco, jak ten koń, piję herbatę. Do jedzenia nie ma na ciepło niczego, co bym lubiła. Biorę więc, na zimno, kanapkę. Wybór marny. Albo z szynką (nie lubię mięsa), albo z tuńczykiem i cebulą (nie mogę jeść cebuli). Z dwojga złego, wybieram szynkę. Przynajmniej nie będę miała objawów zatrucia. Kiedy kończę jeść, za oknem jest już prawie ciemno. Do przejechania jeszcze 115 km, a na zewnątrz 1 stopień powyżej zera. Wściekam się na siebie – mogłam zostać w domu, zamiast się tłuc taki kawał drogi po nocy. Wiadomo przecież jak będzie – NUDNO. Jazda nocą jest okropnie nudna. Gdyby tylko nie remonty kolejowe, przez które nie da się normalnie wrócić ze Szczecinka do Poznania z rowerem, to bym się tu wycofała. Lasy pod Szczecinkiem są super. Nic tylko spać w nich. Jednak rzeczywistość nie nastraja do snu – trzeba wziąć się w garść i jechać. Najbliższa okazja do wycofu to Białogard. Przed wyjściem kupuję jeszcze kamizelkę odblaskową. Zapomniałam z domu zabrać swojej, a przecież chcę być widoczna. Zmieniam też baterie w tylnej lampce. Upewniwszy się, że świecę jak choinka w dniu 24 grudnia, lecę w mrok.

W Szczecinku, na jednej z głównych dróg, policja kontroluje kierowców. A to pech! Normalnie bym leciała szosami, ale tu są ścieżki rowerowe... no i policja. Jeszcze mi tylko mandatu brakuje do szczęścia. Wpadam więc na pomysł, by pogadać z policjantem. Zatrzymuję się i mówię:
- dobry wieczór, czy mogę jechać normalnie, szosą?
Policjant patrzy na mnie z uśmiechem i wypowiada jedno zaskakujące słowo: oczywiście.
Takie rzeczy tylko w Szczecinku, w sobotni wieczór. Kamień z serca, bo dalej droga dla rowerów jest jeszcze gorsza, to już nawet nie okropna kostka, która wybija nadgarstki i trzepie kręgosłup, lecz grunt z kamieniami, po którym kolarzówką, po ciemku zupełnie nie da się jechać.

Przed Grzmiącą jest dużo w dół. Sama Grzmiąca to podjazd. I nagle, pośród ciemności widzę tabliczkę Nosibądy. To już? Tak szybko? Zaraz zatem po prawej zobaczę zabytkowy kościółek (albo nie zobaczę – ciemno jest). Opuszczony domek, który z całą pewnością mijam po lewej jest niewidoczny. Myślę o tych wszystkich rzeczach, które są. A, których nie widzę. Które zasłaniają różne, życiowe ciemności. A chwilę potem będzie Wielanowo.

Niski, gruntowy peron, stacja oświetlona jest zimnym światłem latarni. Piasek jest grząski. Moje buty się w nim zapadają, ciężko targać za sobą kolarzówkę, bo koła uciekają. Sprawdzam w jakim kolorze jest ławka. Wygląda tak samo jak w listopadzie. Jest brązowa. W kwietniku czeka ziemia. Czeka na wiosenne kwiaty. Czeka na…. Wielanowo. Wiele-na-nowo. Zacząć wszystko, lub wiele, na nowo. Jak tu pusto i cicho! Las nie szumi. Las stoi w miejscu zamarły. Czeka i słucha. A ja… nie mam nic do powiedzenia. A może mam wiele do powiedzenia, ale nie potrafię zacząć. Łapię kolarzówkę i czym prędzej się oddalam. Zaczynam czerpać radość z tej trasy. Dopiero teraz. 72 km przed Kołobrzegiem. Zabawne. Lepiej późno niż wcale. Lepiej było przyjechać tu, niż krążyć pod domem. Lepiej jest robić to co się czuje i do czego ma się pasję. Tylko wtedy może być wyjątkowo. Jeśli robisz coś na siłę, bez przekonania, może być co najwyżej dostatecznie. Być sobą zawsze i wszędzie, nawet jeśli to oznacza wizytę w Wielanowie o 21.00. I nawet jeśli ma się zacząć wiele-na-nowo.



Noc jest ładna, księżyc w pierwszej kwadrze i gwiazdy nade mną. Czyste niebo. Nic dziwnego, że tak zimno. W Tychowie jestem już mocno zmarznięta. Jest przejmujący chłód, odkąd wyjechałam ze Szczecinka jest to 0*C lub -1*C. Wchodzę na Orlen na herbatę. Mówią, że kawy już nie ma, bo wszystko czyszczą i niedługo zamykają, ale herbata – oczywiście, że tak. Doskonale. Ja potrzebuję herbaty. Płacę i po chwili nie pamiętam – jaką herbatę brałam: dużą, czy małą? Pani z rozbrajającym uśmiechem macha ręką i mówi, że to nieistotne jaką zamawiałam – mam wziąć taką, na jaką mam ochotę. Tak wspaniale może być tylko w Tychowie, chwilę przed 22.

Na trasie dwa razy (gdy już jest ciemno) gonią mnie psy. Szczerze nie znoszę tych wrednych kundli, a jeszcze bardziej ich głupich właścicieli, którzy puszczają je luzem. Raz spotykam dzika. Nie widzę go, ale słyszę pochrząkiwanie z boku drogi. Kilka saren, kotów, żurawie, jeden zając. Najbardziej niesamowite są jednak gęsi nocujące na polu. Słyszę jak się odzywają, ale nie mogę ich zobaczyć.

Droga do Białogardu jest płaska i równa. Jedzie się idealnie. Jest tak fajnie, że autentycznie cieszę się, że mogę tu być. Potem jest Karlino. Znowu nie mogę uwierzyć w projekt trasy – jednak to prawda – zaplanowała kawałek po DK6! Przeklikuję to w garminie, pora jest późna, ruch żaden. Nie kombinuję, lecę. Prawdziwa zabawa zaczyna się przed Dygowem. Dzieje się to gdy jestem przekonana, że na bank poprowadziłam przez Gościno. Właśnie wtedy okazuje się, że trasa ucieka w prawo, wymyśliłam przejazd jakąś podrzędną drogą. Ale nic to, chętnie ją sprawdzę. Ciemno, że hej! Na początku jest super. Wąski dywanik. Jednak dalej pojawiają się straszne dziury, wyrwy, piach. W dodatku jest mgła. Mało widzę. Kurde! Pozabijać się tu można. Przejeżdżam przez mostek na Parsęcie. Jest to dość osobliwe uczucie – być w środku lasu, na kompletnie pustej, dziurawej dróżce w nocy, zupełnie samej. Nie, to nie jest strach. Jest to zwalczanie w sobie ochoty, by wejść w ten las głębiej i położyć się spać. Odliczam kilometry. To już tak blisko! Trzeba dojechać. Tak więc jest godz. 00.50, gdy dobijam do tabliczki „Kołobrzeg”. Ale fajnie! Teraz tylko trzeba poszukać miłych krzaków do spania.



Podejścia robię trzy. Mało atrakcyjnie. W końcu znajduję krzaki. Brzydkie. Nie musi być jasno, bym wiedziała, że jest tu brzydko. Mając tyle doświadczeń w nocowaniu na dziko, brzydotę rozpoznaje się od razu. No ale jestem już zmęczona, nie chce mi się szukać czegoś lepszego. -2*C. Rozbijam namiot i idę spać.


Trasa

Zdjęcia

Ciąg dalszy

Śnieg z deszczem

Piątek, 23 marca 2018 Kategoria do 50
Km: 27.73 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: 0.0°C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 150m Sprzęt: Hardtail Aktywność: Jazda na rowerze

Śnieżek

Czwartek, 22 marca 2018 Kategoria do 50
Km: 25.56 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: 0.0°C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 134m Sprzęt: Hardtail Aktywność: Jazda na rowerze

Zimna wiosna

Środa, 21 marca 2018 Kategoria do 50
Km: 25.38 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: -5.0°C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 149m Sprzęt: Hardtail Aktywność: Jazda na rowerze
Zimowo. Dziś od rana -5 i miejscami bardzo ślisko. Ślisko, bo w nocy popadał śnieg.

Pierwszy dzień wiosny :)

Wtorek, 20 marca 2018 Kategoria do 50
Km: 29.32 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: -9.0°C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 191m Sprzęt: Hardtail Aktywność: Jazda na rowerze
Pierwszy dzień wiosny zaczął się od lodowatego poranka, -9*C. Musiałam znowu wyjąć puchowe rękawice i grube buty.
Jednak zimno w końcu minie i przyjdą ciepłe dni.

Iluzje

Poniedziałek, 19 marca 2018 Kategoria do 50
Km: 30.74 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: -3.0°C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 195m Sprzęt: Hardtail Aktywność: Jazda na rowerze
Patrząc przez okno na słońce chowające się za drzewami pomyślałam, że nadchodząca noc to tylko złudzenie.
Życie pełne jest iluzji.
To nie noc, lecz dzień się zaczyna, właśnie wyszło słońce.

kategorie bloga

Moje rowery

Hardtail
Przełajówka
Terenówka
Kolarzówka

szukaj

archiwum