Wpisy archiwalne w miesiącu
Styczeń, 2015
| Dystans całkowity: | 1472.69 km (w terenie 0.00 km; 0.00%) |
| Czas w ruchu: | 19:07 |
| Średnia prędkość: | 24.93 km/h |
| Suma podjazdów: | 5556 m |
| Liczba aktywności: | 28 |
| Średnio na aktywność: | 52.60 km i 9h 33m |
| Więcej statystyk | |
Na kołach do Koła
Niedziela, 11 stycznia 2015 Kategoria do 200, Kocia czytelnia
| Km: | 162.16 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 06:42 | km/h: | 24.20 |
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 496m | Sprzęt: Przełajówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Mimo
porażająco wczesnej godziny, był to łagodny start w dzień. Budzik miałam
ustawiony na 4:45, jednak… obudziłam się sama o 4:25. Tak lubię najbardziej,
gdy budzę się sama, gdy nie wyrywa mnie ze snu jazgot budzika. Chyba każdą,
nawet ładną i łagodną, melodię można szybko znielubić, jeśli się ją ustawi jako
budzik ;). Śniadanie, a do śniadania szybki ogląd serwisów pogodowych. Prognozy
bez zmian: na mojej trasie wiatr w kolorze żółtym, a to oznacza, że średnio
będzie wiało z prędkością 10 m/s. Porywy mają przekraczać 20 m/s. Około 13:00
spodziewany spadek temperatury do około zera i deszczyko-śnieżek. No cóż -
dobrze, że wstałam tak wcześnie. Do 13:00 ta trasa musi być ukończona. Tak by nie załapać się na opad i spadek
temperatury. Po niedawnej przygodzie ze śnieżycą w Pobiedziskach mam lekką
traumę i jestem super ostrożna. Na wszelki wypadek trasa idzie blisko torów,
tak by w razie potrzeby przyciąć ją i … się z niej ewakuować. Mimo tych opcji,
średnio jestem przekonana do jazdy. Rozważam nawet, czy się nie trzepnąć z
powrotem do łóżka ;). Ostatecznie jednak wychodzę z domu. W razie czego będę
ciąć i tyle.

Z ręką na plecach
Jest ciemno i zimno (+3`C). Wieje. Gdy w Pobiedziskach zatrzymuję się by zrobić fotkę ryneczku, wiatr przewraca mój rower. Na drogach pełno jest połamanych gałęzi. W tych ciemnościach trzeba mocno uważać, aby się w coś nie władować. Bo leżą nie tylko małe gałązki, ale i duże, grube gałęzie. Jasnawo robi się przed Czerniejewem. Niebo przybiera lekko różowy (mój ulubiony) kolor. Jest ładnie i jedzie się super – wiatr elegancko mnie pcha. Jest zupełnie tak, jakby ktoś trzymał mi rękę na plecach. Ale do czasu.
Pod pretekstem
Wyjeżdżając z Czerniejewa skręcam na Wrześnię. Dostaję boczne podmuchy. Jest bardzo nieprzyjemnie. Wichura szarpie mną równo. Mogę jechać 18-20km/h i to z bólem. Szukam pretekstu do zatrzymania. Idę w krzaki, wycieram też nos, z którego przy takiej pogodzie leci mi jak z kranu. Następnie wyjmuję lidlowe ciastko z wiśnią (pyszne, polecam!). No i w końcu… kończą się preteksty by nie jechać. Pora zacisnąć zęby i… walczyć. Oj boli! Gdy droga znowu prowadzi z wiatrem, jest po stokroć lepiej. Od razu wraca dobry nastrój. Jestem na wysokości Wrześni. To pierwsze miejsce ewentualnego cięcia trasy. Jedzie się jednak dobrze. Parzę na niebo – na razie nie zanosi się na deszcz. No to jadę dalej :).
Do kości
Drugi paskudny odcinek mam przed Słupcą. Niemile wspominam Słupcę. Kiedyś prawie potrącił mnie tu samochód. Znowu walczę z bocznym wiatrem. Znowu jest nieprzyjemnie. Mam wrażenie, że przewiewa mnie do kości. Zimno mi w zęby. Słupca to drugie „wyjście awaryjne” – tu, tak jak we Wrześni, mogę władować się do pociągu. Jednak przede mną długi odcinek do Kazimierza Biskupiego – równo z tym potężnym wiatrem. Niebo wygląda dobrze, nie zanosi się na deszcz. Żal by teraz było ciąć wycieczkę! No to jadę. Ależ to jest jazda! Wyśmienicie. Wybornie. Tak bym mogla cały czas. 30 km/h nie schodzi z licznika, a nawet jest odcinek, że ciągnę pod 40 km/h i to bez wysiłku. Bosssko! :)
Na pewno
W Kazimierzu wyjeżdżam na drogę nr 264 na Konin. Niezbyt przyjemna jest to droga. Ruchliwa. Jest dzień, ale na wszelki wypadek włączam tylną lampkę. Nie lubię tej drogi. Mam tu wiatr boczny, ale nie przeszkadza on mocno, bo droga na długim kawałku idzie lasem. Dużo powalonych drzew, połamanych gałęzi. Jak po jakiejś katastrofie. No i jest Konin. Mogę tu… ciąć. To ostatnie moje miejsce „awaryjne”. Ale nie tnę. Najgorsze już za mną. Teraz lekko zygzakowata droga do Koła. Po fajnych bocznych drogach. W dodatku przez ciemne chmury przebija słońce. Zjadam (jadąc) drugie ciacho z wiśnią (trzecie będzie jako nagroda w pociągu). Kilometry uciekają szybko i oto jestem w Kole. Niebo miejscami jest błękitne. Aż żal, że zaprojektowałam trasę tylko do Koła. W tych warunkach spokojnie by można lecieć dalej, do Kutna. Ale… czy na pewno? Nad Koło ciągną z oddali granatowe chmury… Na dziś wystarczy tego dobrego.
Mapa:
Zdjęcia: https://picasaweb.google.com/102656043294773462009...

Z ręką na plecach
Jest ciemno i zimno (+3`C). Wieje. Gdy w Pobiedziskach zatrzymuję się by zrobić fotkę ryneczku, wiatr przewraca mój rower. Na drogach pełno jest połamanych gałęzi. W tych ciemnościach trzeba mocno uważać, aby się w coś nie władować. Bo leżą nie tylko małe gałązki, ale i duże, grube gałęzie. Jasnawo robi się przed Czerniejewem. Niebo przybiera lekko różowy (mój ulubiony) kolor. Jest ładnie i jedzie się super – wiatr elegancko mnie pcha. Jest zupełnie tak, jakby ktoś trzymał mi rękę na plecach. Ale do czasu.
Pod pretekstem
Wyjeżdżając z Czerniejewa skręcam na Wrześnię. Dostaję boczne podmuchy. Jest bardzo nieprzyjemnie. Wichura szarpie mną równo. Mogę jechać 18-20km/h i to z bólem. Szukam pretekstu do zatrzymania. Idę w krzaki, wycieram też nos, z którego przy takiej pogodzie leci mi jak z kranu. Następnie wyjmuję lidlowe ciastko z wiśnią (pyszne, polecam!). No i w końcu… kończą się preteksty by nie jechać. Pora zacisnąć zęby i… walczyć. Oj boli! Gdy droga znowu prowadzi z wiatrem, jest po stokroć lepiej. Od razu wraca dobry nastrój. Jestem na wysokości Wrześni. To pierwsze miejsce ewentualnego cięcia trasy. Jedzie się jednak dobrze. Parzę na niebo – na razie nie zanosi się na deszcz. No to jadę dalej :).
Do kości
Drugi paskudny odcinek mam przed Słupcą. Niemile wspominam Słupcę. Kiedyś prawie potrącił mnie tu samochód. Znowu walczę z bocznym wiatrem. Znowu jest nieprzyjemnie. Mam wrażenie, że przewiewa mnie do kości. Zimno mi w zęby. Słupca to drugie „wyjście awaryjne” – tu, tak jak we Wrześni, mogę władować się do pociągu. Jednak przede mną długi odcinek do Kazimierza Biskupiego – równo z tym potężnym wiatrem. Niebo wygląda dobrze, nie zanosi się na deszcz. Żal by teraz było ciąć wycieczkę! No to jadę. Ależ to jest jazda! Wyśmienicie. Wybornie. Tak bym mogla cały czas. 30 km/h nie schodzi z licznika, a nawet jest odcinek, że ciągnę pod 40 km/h i to bez wysiłku. Bosssko! :)
Na pewno
W Kazimierzu wyjeżdżam na drogę nr 264 na Konin. Niezbyt przyjemna jest to droga. Ruchliwa. Jest dzień, ale na wszelki wypadek włączam tylną lampkę. Nie lubię tej drogi. Mam tu wiatr boczny, ale nie przeszkadza on mocno, bo droga na długim kawałku idzie lasem. Dużo powalonych drzew, połamanych gałęzi. Jak po jakiejś katastrofie. No i jest Konin. Mogę tu… ciąć. To ostatnie moje miejsce „awaryjne”. Ale nie tnę. Najgorsze już za mną. Teraz lekko zygzakowata droga do Koła. Po fajnych bocznych drogach. W dodatku przez ciemne chmury przebija słońce. Zjadam (jadąc) drugie ciacho z wiśnią (trzecie będzie jako nagroda w pociągu). Kilometry uciekają szybko i oto jestem w Kole. Niebo miejscami jest błękitne. Aż żal, że zaprojektowałam trasę tylko do Koła. W tych warunkach spokojnie by można lecieć dalej, do Kutna. Ale… czy na pewno? Nad Koło ciągną z oddali granatowe chmury… Na dziś wystarczy tego dobrego.
Mapa:
Zdjęcia: https://picasaweb.google.com/102656043294773462009...
Zakupy
Sobota, 10 stycznia 2015 Kategoria do 50
| Km: | 17.57 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 104m | Sprzęt: Hardtail | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
W bardzo silnym wietrze i w deszczyku. Jak wracałam, to mnie zrzuciło z roweru. Nienawidzę bocznych podmuchów.
Praca
Piątek, 9 stycznia 2015 Kategoria do 50
| Km: | 35.15 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | 4.0°C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 217m | Sprzęt: Hardtail | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
W dużym wietrze i w deszczu.
Uratować lampeczkę ;)
Wtorek, 6 stycznia 2015 Kategoria Kocia czytelnia, do 100
| Km: | 53.36 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 232m | Sprzęt: Hardtail | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Miniona niedziela: stoję na dworcu
kolejowym w Pobiedziskach. Zmarznięta i przemoczona. Czekam na pociąg. Peron
jest śliski jak cholera. Jakaś dziewczyna niemal fika orła. Łapie ją facet,
który stoi obok. Dzięki niemu nie poleciała na tory. No i w końcu jest pociąg.
Mój rower waży 15kg, a schodki do wagonu wysokie i strome. Uwielbiam. Nie dam
rady sama wrzucić roweru do środka. Jak zwykle w takiej sytuacji wybieram sobie
faceta, którego proszę o pomoc - jak zwykle bez problemu się udaje. Rower już
jest prawie w środku i wtedy właśnie… słyszę, że coś drobnego upada na ziemię.
Podczas ładowania roweru do wagonu ten miły chłopak zahaczył mi tylną lampkę,
która leży teraz niefortunnie na kamykach między krawędzią peronu a pociągiem.
To pech! Przez jedną szaloną chwilę myślę, by wsadzić tam łapkę i sięgnąć
lampkę. Na szczęście szybko wraca mi normalne
myślenie. Ryzykować nieszczęście dla lampki! Niedorzeczne. Konduktor patrzy na
mnie i na leżącą w torowisku lampkę i mówi:
„Nikt tu jej nie znajdzie, niech się pani nie przejmuje. Przyjedzie sobie pani po nią któregoś dnia”.
Ponure myśli uciekają, tak jak uciekła śnieżyca, która mnie zmusiła do awaryjnego powrotu do domu. Rzucam mu promienny uśmiech i stwierdzam:
„Ma pan rację!”
Któregoś dnia, czyli dziś: wsiadam na rower i jadę do Pobiedzisk po moją lampkę. Mam nadzieję, że ona wciąż tam jest. Na torowisku. Średnio chce mi się jechać, gdybym nie musiała, to pewnie bym pojechała w zupełnie inne miejsce. No ale cóż, tę lampkę mam od kilku lat. Lubię ją. Chcę ją z powrotem!! Na całym odcinku leśnym szosa pokryta jest czarnym lodem. Jedzie się okropnie. W końcu docieram do Pobiedzisk. Idę wzdłuż torowiska aż 3 razy. Idę i gapię się w tory. Ludzie zerkają na mnie jak na wariatkę. Może myślą, że chcę popełnić samobójstwo ;). Zbyt spostrzegawcza to ja nie jestem – dopiero za trzecim przejściem udaje mi się wypatrzyć lampkę. Jest!!! Moja wytrwałość zostaje nagrodzona. Lampka cała jest zaszroniona, ale działa. Rozradowana jadę jeszcze na ryneczek (w ulubionej cukierni – kawiarni tłok taki, że się nie wbijam) i wracam do domu.
Akcja ratowania lampki zakończona pełnym sukcesem :)).
Foteczki lampeczki: https://picasaweb.google.com/102656043294773462009...
„Nikt tu jej nie znajdzie, niech się pani nie przejmuje. Przyjedzie sobie pani po nią któregoś dnia”.
Ponure myśli uciekają, tak jak uciekła śnieżyca, która mnie zmusiła do awaryjnego powrotu do domu. Rzucam mu promienny uśmiech i stwierdzam:
„Ma pan rację!”
Któregoś dnia, czyli dziś: wsiadam na rower i jadę do Pobiedzisk po moją lampkę. Mam nadzieję, że ona wciąż tam jest. Na torowisku. Średnio chce mi się jechać, gdybym nie musiała, to pewnie bym pojechała w zupełnie inne miejsce. No ale cóż, tę lampkę mam od kilku lat. Lubię ją. Chcę ją z powrotem!! Na całym odcinku leśnym szosa pokryta jest czarnym lodem. Jedzie się okropnie. W końcu docieram do Pobiedzisk. Idę wzdłuż torowiska aż 3 razy. Idę i gapię się w tory. Ludzie zerkają na mnie jak na wariatkę. Może myślą, że chcę popełnić samobójstwo ;). Zbyt spostrzegawcza to ja nie jestem – dopiero za trzecim przejściem udaje mi się wypatrzyć lampkę. Jest!!! Moja wytrwałość zostaje nagrodzona. Lampka cała jest zaszroniona, ale działa. Rozradowana jadę jeszcze na ryneczek (w ulubionej cukierni – kawiarni tłok taki, że się nie wbijam) i wracam do domu.
Akcja ratowania lampki zakończona pełnym sukcesem :)).
Foteczki lampeczki: https://picasaweb.google.com/102656043294773462009...
Do domu!
Niedziela, 4 stycznia 2015 Kategoria Kocia czytelnia, do 50
| Km: | 29.85 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 144m | Sprzęt: Hardtail | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Trasę na dziś niby mam zaplanowaną, ale… zostawiam ją na
kiedy indziej. Wczoraj wieczorem popadał śnieg z deszczem, temperatura cały
czas jest bliska zeru. Nie mam gwarancji, że na drogach jakieś 50-100 km od
domu nie będzie gołoledzi. Nie ryzykuję więc liniówki. Planuję zrobić pętelkę
blisko domu zakończoną zakupami.
No to jadę. Znowu rowerem codziennym. Na początku nawet jest przyjemnie - przez chmury prześwieca słońce. Ale to trwa tylko chwilę. Szybko nachodzą chmury. Cały czas też wieje i jest mocno zimno. Niezbyt fajnie.
Jestem w lesie, gdy robi się prawie ciemno. Lekko zaczyna prószyć śnieg. Ładnie to nawet wygląda, więc próbuję robić zdjęcia. Niestety pada coraz mocniej i robi się z tego mała śnieżyca. Wiatr pędzi płatki śniegu, które jak szpileczki kłują w twarz. Tego śniegu miało nie być. W prognozach go nie było!! Nie mam ze sobą deszczówki. Mój strój jest ciepły, ale jak najbardziej przemakalny. Przemaka dość szybko. Szybko też spada temperatura. Z +4`C do 0`C. Dzieje się to w kilkanaście minut. Robi mi się zimno. Na drodze nieprzyjemnie – jakoś tak gołoledziowo.
Decyzja w tej sytuacji jest błyskawiczna i jedyna słuszna: pociągiem do domu! Nie ma najmniejszego sensu dalsza jazda po śliskich drogach, w silnym wietrze i w stanie przemoczenia oraz zmarznięcia. Najbliższa stacja to Pobiedziska. Zmarznięta i mokra kupuję bilet. Czekając na stacji sama z siebie się śmieję – nigdy w życiu nie robiłam awaryjnego wycofu będąc tak blisko domu. Cóż, kiedyś musi być ten pierwszy raz :)).
Galeryjka: https://picasaweb.google.com/102656043294773462009...
No to jadę. Znowu rowerem codziennym. Na początku nawet jest przyjemnie - przez chmury prześwieca słońce. Ale to trwa tylko chwilę. Szybko nachodzą chmury. Cały czas też wieje i jest mocno zimno. Niezbyt fajnie.
Jestem w lesie, gdy robi się prawie ciemno. Lekko zaczyna prószyć śnieg. Ładnie to nawet wygląda, więc próbuję robić zdjęcia. Niestety pada coraz mocniej i robi się z tego mała śnieżyca. Wiatr pędzi płatki śniegu, które jak szpileczki kłują w twarz. Tego śniegu miało nie być. W prognozach go nie było!! Nie mam ze sobą deszczówki. Mój strój jest ciepły, ale jak najbardziej przemakalny. Przemaka dość szybko. Szybko też spada temperatura. Z +4`C do 0`C. Dzieje się to w kilkanaście minut. Robi mi się zimno. Na drodze nieprzyjemnie – jakoś tak gołoledziowo.
Decyzja w tej sytuacji jest błyskawiczna i jedyna słuszna: pociągiem do domu! Nie ma najmniejszego sensu dalsza jazda po śliskich drogach, w silnym wietrze i w stanie przemoczenia oraz zmarznięcia. Najbliższa stacja to Pobiedziska. Zmarznięta i mokra kupuję bilet. Czekając na stacji sama z siebie się śmieję – nigdy w życiu nie robiłam awaryjnego wycofu będąc tak blisko domu. Cóż, kiedyś musi być ten pierwszy raz :)).
Galeryjka: https://picasaweb.google.com/102656043294773462009...
Janikowo
Sobota, 3 stycznia 2015 Kategoria Kocia czytelnia, do 150
| Km: | 116.28 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | 4.0°C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 470m | Sprzęt: Hardtail | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
[Kot wychodzi z domu. Nikt nie wie gdzie pójdzie... Nikt nie
wie na jak długo… Kogo to obchodzi?... Kiedyś wróci.]
Na styk
Śniadanie zjadam w pośpiechu. Wstałam nieco za późno. Nie do końca byłam zdecydowana na tę trasę, ale skoro już się obudziłam i to sama z siebie (bez budzika), to pojadę. Czasu jest na styk. Będzie trzeba obejść się bez kawy i większego odpoczynku. Wiatr. To on mnie skłonił do jazdy. Silny, zachodni. W drugiej części dnia odkręcający lekko na północ. Trasę wytyczyłam więc do Janikowa pod Inowrocławiem. Wychodzę z domu. Tak się niecodziennie składa, że nikt nie wie gdzie jadę. Ani na jak długo…
Jedzie góral
Na tę trasę zabrałam rower codzienny. Same szosy, a tu zamiast szosówki, czy przełajówki jedzie góral. Trochę mi szkoda tamtych rowerów na posolone i być może mokre szosy. Mogę przecież jechać na MTB, choć to będzie wymagało trochę więcej wysiłku.
Paragraf
Odcinek do Czerniejewa jadę na pamięć. Spory kawałek za miasteczkiem, po przekroczeniu DK15, odbijam na północ. Ten fragment to ledwie nieco ponad 1 km, ale boczny wiatr nieźle daje mi w kość. Tak szarpie rowerem, że na wszelki wypadek jedną stopę wypinam z SPD, by w razie czego móc się szybko podeprzeć. Jadę wygięta jak paragraf. Ależ wieje! Gdy trasa na powrót odbija na wschód, oddycham z ulgą. Porywisty wiatr elegancko pcha mnie przez kolejne wioski, aż do ponownego skrętu na północ, w stronę Trzemeszna. Na tym odcinku na szczęście jest sporo lasów, więc nie jest aż tak źle. W Trzemszenie kilka fotek, tym razem za dnia. (Sebekfireman – o miejscówce z grochówką pamiętałam, ale dziś zupełnie nie miałam czasu na zatrzymywanie się!).
Sztuka wyboru
Przed Wydartowem podjazd dnia na Wał Wydartowski. Ciągnęło się to w nieskończoność ;). Z prognoz wynikało, że mój wiatr w porywach osiągał ponad 70km/h. Opierałam się z całych sił, ale jeden z silnych podmuchów zepchnął mnie na grząskie, błotniste pobocze. Był to ten moment, gdy cieszyłam się, że wybrałam jednak rower MTB. Na szosowych oponkach tu mogła być soczysta gleba.
Na grobli
Od Mogilna jadę z zegarkiem w ręku. Przeliczam pozostały do odjazdu pociągu czas i kilometry do Janikowa. Wszystko wskazuje na to, że zdążę. Ale to pod warunkiem równej jazdy i braku jakichkolwiek awarii. Trasa ładnie się udaje. Do Janikowa wjeżdżam drogą poprowadzoną na grobli dzielącej jezioro Pakoskie na część północną i południową (jezioro ma aż 14,5km długości). Samej miejscowości nie zwiedzam. Chyba nie ma tu niczego ciekawego. Celem jest stacja kolejowa ;). A ta okazuje się mało atrakcyjna, w dodatku jest zamknięta. Jakieś 15 minut przed odjazdem pociągu stoję na wąskim peronie i kuląc się przed zimnym wiatrem czekam na pociąg do domu – moją nagrodę za dzisiejszą trasę.
Mapa:Na styk
Śniadanie zjadam w pośpiechu. Wstałam nieco za późno. Nie do końca byłam zdecydowana na tę trasę, ale skoro już się obudziłam i to sama z siebie (bez budzika), to pojadę. Czasu jest na styk. Będzie trzeba obejść się bez kawy i większego odpoczynku. Wiatr. To on mnie skłonił do jazdy. Silny, zachodni. W drugiej części dnia odkręcający lekko na północ. Trasę wytyczyłam więc do Janikowa pod Inowrocławiem. Wychodzę z domu. Tak się niecodziennie składa, że nikt nie wie gdzie jadę. Ani na jak długo…
Jedzie góral
Na tę trasę zabrałam rower codzienny. Same szosy, a tu zamiast szosówki, czy przełajówki jedzie góral. Trochę mi szkoda tamtych rowerów na posolone i być może mokre szosy. Mogę przecież jechać na MTB, choć to będzie wymagało trochę więcej wysiłku.
Paragraf
Odcinek do Czerniejewa jadę na pamięć. Spory kawałek za miasteczkiem, po przekroczeniu DK15, odbijam na północ. Ten fragment to ledwie nieco ponad 1 km, ale boczny wiatr nieźle daje mi w kość. Tak szarpie rowerem, że na wszelki wypadek jedną stopę wypinam z SPD, by w razie czego móc się szybko podeprzeć. Jadę wygięta jak paragraf. Ależ wieje! Gdy trasa na powrót odbija na wschód, oddycham z ulgą. Porywisty wiatr elegancko pcha mnie przez kolejne wioski, aż do ponownego skrętu na północ, w stronę Trzemeszna. Na tym odcinku na szczęście jest sporo lasów, więc nie jest aż tak źle. W Trzemszenie kilka fotek, tym razem za dnia. (Sebekfireman – o miejscówce z grochówką pamiętałam, ale dziś zupełnie nie miałam czasu na zatrzymywanie się!).
Sztuka wyboru
Przed Wydartowem podjazd dnia na Wał Wydartowski. Ciągnęło się to w nieskończoność ;). Z prognoz wynikało, że mój wiatr w porywach osiągał ponad 70km/h. Opierałam się z całych sił, ale jeden z silnych podmuchów zepchnął mnie na grząskie, błotniste pobocze. Był to ten moment, gdy cieszyłam się, że wybrałam jednak rower MTB. Na szosowych oponkach tu mogła być soczysta gleba.
Na grobli
Od Mogilna jadę z zegarkiem w ręku. Przeliczam pozostały do odjazdu pociągu czas i kilometry do Janikowa. Wszystko wskazuje na to, że zdążę. Ale to pod warunkiem równej jazdy i braku jakichkolwiek awarii. Trasa ładnie się udaje. Do Janikowa wjeżdżam drogą poprowadzoną na grobli dzielącej jezioro Pakoskie na część północną i południową (jezioro ma aż 14,5km długości). Samej miejscowości nie zwiedzam. Chyba nie ma tu niczego ciekawego. Celem jest stacja kolejowa ;). A ta okazuje się mało atrakcyjna, w dodatku jest zamknięta. Jakieś 15 minut przed odjazdem pociągu stoję na wąskim peronie i kuląc się przed zimnym wiatrem czekam na pociąg do domu – moją nagrodę za dzisiejszą trasę.
Zdjęcia: https://picasaweb.google.com/102656043294773462009...
Praca
Piątek, 2 stycznia 2015 Kategoria do 50
| Km: | 43.18 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 193m | Sprzęt: Hardtail | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
W drodze do pracy, mimo dodatniej temperatury (+3`C), drogi miejscami były mocno oszronione. W drodze z pracy trochę deszczu. Wiało. Kategoria "Choinka Pracowa" 45 sztuk.
Noworocznie
Czwartek, 1 stycznia 2015 Kategoria do 50
| Km: | 37.87 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 127m | Sprzęt: Hardtail | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
[Tyk, tyk, tyk, tyk..... mijają kolejne
godziny i minuty nowego… 2015 roku. To już prawie wieczór. Siedzę przed
komputerem w kuchni. Przeglądam Internet. Nie dzieje się nic. Cóż może się
dziać późnym popołudniem w Nowy Rok?]
Dziś na rowerze: powitanie Nowego Roku z poznańskimi cyklistami nad jeziorem Rusałka.
Kilka fotek:
https://picasaweb.google.com/102656043294773462009...
Dziś na rowerze: powitanie Nowego Roku z poznańskimi cyklistami nad jeziorem Rusałka.
Kilka fotek:
https://picasaweb.google.com/102656043294773462009...





