Gatto.Rosablog rowerowy

informacje

baton rowerowy bikestats.pl
Statystyki zbiorcze na stronę

Znajomi

wszyscy znajomi(100)
Kalendarz na stronę

wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy Kot.bikestats.pl

linki

Wpisy archiwalne w miesiącu

Czerwiec, 2014

Dystans całkowity:2897.05 km (w terenie 0.00 km; 0.00%)
Czas w ruchu:b.d.
Średnia prędkość:b.d.
Suma podjazdów:13993 m
Liczba aktywności:32
Średnio na aktywność:90.53 km
Więcej statystyk

Praca i kółko

Poniedziałek, 30 czerwca 2014 Kategoria do 100
Km: 71.31 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: m Sprzęt: Hardtail Aktywność: Jazda na rowerze
Jestem dziś jak baletnica, która lekko stawia każdy krok. I tak jak ona uśmiechem maskuję ból.

Z Dólska pod Świeciem (solo)

Niedziela, 29 czerwca 2014 Kategoria do 300, Kocia czytelnia
Km: 253.97 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: m Sprzęt: Przełajówka Aktywność: Jazda na rowerze
W niedzielę odsypiam imprezę (śpię 4 godziny) – wstaję dla odmiany o 6:00. Na śniadanie nie ma nawet herbaty. Do wyboru soczek lub kranówa. Wybieram soczek. Dzięki temu, że śniadaniowych fajerwerków zdecydowanie brak, dość szybko zbieram się w drogę. Dzień wg prognoz ma być marny pogodowo – deszczowy i wietrzny. Będzie to odmiana po wczorajszej miłej wycieczce, gdzie pogoda w sumie dopisała i mogłam, poza jazdą na rowerze, pobawić się również w fotografa.

Na rezerwie

Pogoda bywa jednak litościwa – zaczyna się to wszystko delikatnie – od mżawki. Po zarwanej nocce jedzie mi się bardzo średnio, tymczasem mżawka przechodzi w regularny deszcz. W Borach Tucholskich, gdzieś pod wiatą turystyczną, robię pierwszą przerwę. Jem przedostatnią kanapkę. Batoniki też się kończą. Muszę zrobić zakupy. Cały odcinek prawie aż do Sępólna Krajeńskiego (to około 70km) mam z wiatrem bocznym i z przelotnymi opadami. Przed miastem przestaje padać i wychodzi nawet słońce. Za to wykręcam na południe i południowy wiatr wiejący mi centralnie w twarz pokazuje całą swoją moc. Kawę planowałam w Więcborku, ale jadę cieniutko. Zatem zarówno zakupy jak i picie kawy następuje już w Sępólnie. Wiadro kawy – 400ml stawia mnie na nogi. Jadę od teraz przyzwoicie.

Proszę, wróć!

Przed Więcborkiem mijam się z jakimś szosowcem. Gapi się na mnie aż za mocno. Uśmiecham się lekko, na co on obracając się wyjeżdża prawie na sam środek drogi. Przez jedną szaloną chwilę myślę, że może zawróci i pociągnie mnie trochę pod ten paskudny wiatr. No ale aż tak dobrze to nie ma ;). Tym razem w Więcborku świeci słońce. Bez deszczu miasteczko jest znacznie bardziej atrakcyjne. Mimo wiatru w twarz jakoś się jedzie, do czasu gdy coś wpada mi do oka. No to stop! Jestem akurat gdzieś między miejscowościami. Ręce mam brudne, lusterka brak. Oko jednak szczypie, boli i łzawi. Brudnymi rękami biorę się do roboty. Ale poza dodatkowym bólem nie zyskuję nic.

Gabinet zabiegowy

Najbliższa miejscowość to Dziegciarnia. Zauważam tu stary, zrujnowany kościół tuż przy drodze. Jak to możliwe, że nie widziałam go wczoraj? Drzwi są otwarte na oścież. Wchodzę do środka i delektuję się specyficznym klimatem. Kawałek dalej atakuję sklep. Potrzebuję umyć ręce i przy lusterku zająć się nieszczęsnym okiem. Sprzedawca wpuszcza mnie do swojego domu. Wywijam powiekę na wszystkie strony, podstawiam oko pod kran i udaje się. Jestem jeszcze załzawiona, ale mogę jechać dalej. Jeszcze tylko trochę dziur i docieram do DK10. Jest gorąco, świeci słońce. W takich warunkach Samostrzel wygląda jeszcze ładniej niż wczoraj.

Wieża do pilota

No ale dobra pogoda (w sensie brak deszczu, bo wieje cały czas) nie trwa wiecznie. Nad doliną Noteci wiszą już ciężkie, napompowane wodą chmury.
Wieża do pilota: „Strefa opadów jest szeroka, ale jak będzie mocno lać warto stanąć, bo intensywne są małe komórki jak rodzynki w cieście i ich nie wyjadaj”.
Pilot do wieży: „OK.”.
Deszczyk zaczyna się od razu po otrzymaniu komunikatu. Przecinam Noteć i robię tragicznie dziurawy odcinek do Ludwikowa. Pada i wieje niestety już do końca trasy (jakieś 100km). Wspaniałe wprost warunki do jazdy na rowerze: deszcz i wiatr w twarz. Cały ten syf swoje apogeum osiąga w Gołańczy. Ludzie w popłochu uciekają z ulic. Chowam się na chwilę w sklepie i ja. To pewnie jedna z tych małych komórek. Siedzę tu jednak długo i nie zmienia się nic, więc decyduję się jechać. No bo na co mam czekać? Na wieczór?

Każda udręka

To dobra decyzja, bo leje równo cały czas i nie poprawia się wcale. Świat tonie w szarości i nieustannym deszczu. Na sam koniec, na dobicie, dostaję jeszcze wstrętnie dziurawy odcinek w Tucznie. Masakra powoli dobiega końca. Od całej tej szarpaniny po dziurach, pod deszcz i wiatr czuję się nieźle skatowana (nie pamiętam kiedy ostatnio dostałam aż taki wycisk [fizyczny – chodzi o boleść fizyczną], to musiało być bardzo dawno temu). Nadgarstki aż rwą z bólu, w udach mam ogień i chodzenie sprawia mi pewien problem. Jednak każda udręka kiedyś się kończy :).

mapka:http://www.gpsies.com/map.do?fileId=wbclncsoqdxetc...

fotki: https://picasaweb.google.com/10265604329477346200...

Do Dólska pod Świeciem (solo)

Sobota, 28 czerwca 2014 Kategoria do 300, Kocia czytelnia
Km: 253.04 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: m Sprzęt: Przełajówka Aktywność: Jazda na rowerze
Plan na weekend miałam szeroki, ale pogoda (zapowiadane nocne opady i być może burze) kompletnie mnie zniechęciły. Wymyśliłam zatem coś zupełnie innego.

W sobotę budzik dzwoni o 4:00 rano. Śniadanie + gazeta + radio + kawa + ciasteczko. Można jechać. Trasa na dziś to dojazd okrężną drogą do Świecia. Pogoda jest niepewna: możliwe deszcze, ale wiatr w plecy. Od rana jednak nie wieje wcale, na szczęście też nie pada.

Pułapka
Aż do Jabłkowa trasę znam na pamięć. Przed Mieściskiem na chwilę wjeżdżam na dość ruchliwą szosę Gniezno – Wągrowiec, ale jadę nią krótko. Mam złe wspomnienia z tej szosy (gdy jechałam nią kiedyś do Szamocina, niewiele brakowało, a by mnie potrącił samochód). Za Mieściskiem trochę lasu, potem pola i niepewny odcinek Rąbczyn – Łekno. Z map wynikało, że może tu być nieciekawie (pełno dziur, a kto wie, czy nawet nie wyłażący spod asfaltu teren). Jednak nie jest tak źle i da się całkiem normalnie jechać. Jest tu jednak jedna pułapka – to paskudny (z tego co pamiętam - chyba nawet zupełnie bez oznaczenia) przejazd kolejowy. Prawie zaliczam glebę, a rower wydaje z siebie straszny dźwięk gdy przelatuję tu na normalnej prędkości. Od razu się zatrzymuję i sprawdzam, czy rama jest cała – na szczęście tak.

Cisza
W Łeknie (66 km trasy) zaczyna się porządnie chmurzyć. Wpadam do sklepu, kupuję ciastko francuskie, colę i w drogę! Do Gołańczy docieram jeszcze bez deszczu. Z daleka oglądam imponujący elewator oraz pole wiatraków. Musi tu często wiać. Szkoda tylko, że dziś zamiast zapowiadanego wiatru w plecy jest akurat cisza. W samym mieście uwagę zwraca kościół z drewnianą wieżą. Zatrzymuję się na fotkę i jadę dalej. Kolejny postój przypada już za chwilę – z szarego nieba zaczyna padać deszcz. Robię sprint na najbliższy przystanek autobusowy i ubieram kurtkę deszczową. Moja trasa trochę kręci – by uniknąć co główniejszych dróg, poprowadziłam ją lekkim zygzakiem.

Na półmetku
Robię spory zygzak i docieram do Ludwikowa, gdzie nawierzchnia dramatycznie się pogarsza i aż do Samostrzela pozostanie fatalna (około 10km). Mam tu grysik drogowy, piach, dziury, łaty i szczeliny, z których radośnie wyrasta trawa. Noteć w tym miejscu rozwidla się, przejeżdżam więc przez dwa mosty na niej. Aż do Samostrzela jest płasko. Samostrzel to chyba najładniejsza miejscowość na trasie: równy, stary kamienny bruk, nieduży kościółek i sympatyczny podjazd wyprowadzający z doliny Noteci. Kawałek dalej z prawie zupełnej dziczy wjeżdżam na DK10. To połowa mojej trasy. Następny deszcz łapie mnie przed Więcborkiem i zjazd do miasta robię już w zupełnie załamanej pogodzie. Piję kawę i jadę do Sępólna Krajeńskiego, za którym odbijam na dobre na wschód.

Stoją i się gapią
W Wielkiej Kloni łapię kapcia. Mierzę czas – cała zabawa ze zmianą dętki zajmuje mi 16 minut. Do celu jeszcze ponad 60 km, w tym pełen uroku kawałek przez Bory Tucholskie. Nieprzyjemny kawałek Tuchola – Świecie pokonuję szybko. Przy drodze tej na całym moim odcinku stoi mnóstwo ludzi. Niczego nie sprzedają, nie łapią też stopa. Po prostu stoją i się gapią. Co za dziwactwo!

Czterokilometrowy podjazd
Po zjeździe z tej szosy zaczyna się moja 24 kilometrowa czasówka. „Meta” jest otwarta do określonej godziny, jeśli się spóźnię, przez cały festiwal będę musiała mieć rower przy sobie. Zależy mi więc by zdążyć. Smaczku dodaje też to, że nie do końca wiem gdzie mam dojechać. Otrzymuję instrukcję, że jednak nie do Świecia, a do Dólska pod Świeciem. Wiszę więc na telefonie, pytam ludzi o drogę. Jeden z miejscowych straszy, że za chwilę zacznie się 4-kilometrowy podjazd. Co za fantastyczna historia! Takie numery to tylko w górach! Ubawiona jadę na tę „rzeźnię”. Czasówkę w wykańczającym stylu „start-dzida-stop-start...” kończę mając 11 minut zapasu. Na kolację zjadam pół chleba, wypijam 2 herbaty. Potem jeszcze dokładam gofra i kawę, a koło północy rzucam się na pizzę. A na festiwalu i burza i ulewy. Mimo to bawię się świetnie do drugiej w nocy i nie myślę o jutrzejszym powrocie do domu.....

mapka: http://www.gpsies.com/map.do?fileId=wbclncsoqdxetc...

fotki: https://picasaweb.google.com/102656043294773462009...

Praca

Piątek, 27 czerwca 2014 Kategoria do 50
Km: 36.21 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 193m Sprzęt: Hardtail Aktywność: Jazda na rowerze

Praca

Czwartek, 26 czerwca 2014 Kategoria do 50
Km: 30.48 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 159m Sprzęt: Hardtail Aktywność: Jazda na rowerze

Praca

Środa, 25 czerwca 2014 Kategoria do 50
Km: 30.53 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 166m Sprzęt: Hardtail Aktywność: Jazda na rowerze

Praca

Wtorek, 24 czerwca 2014 Kategoria do 50
Km: 30.94 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 158m Sprzęt: Hardtail Aktywność: Jazda na rowerze
W drodze do pracy kapeć (przednie koło). Dało radę na tym dojechać. Zmiana dętki już w budynku.

Praca

Poniedziałek, 23 czerwca 2014 Kategoria do 50
Km: 32.98 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 199m Sprzęt: Hardtail Aktywność: Jazda na rowerze

G jak GRASSOR - moja długa lekcja pokory

Sobota, 21 czerwca 2014 Kategoria do 250, Kocia czytelnia
Km: 210.28 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 1128m Sprzęt: Terenówka Aktywność: Jazda na rowerze
Jeszcze w piątek na dojeździe do i z pracy nosiło mnie. Nogi kręciły się lekko i zupełnie nic nie wskazywało na nadciągającą katastrofę.
Na Grassora do Lubrzy ruszamy w sobotę rano. Pogoda od początku jest brzydka: pochmurno, wieje i jest zimno. Wg prognoz w ciągu nadchodzącej doby będzie też przelotnie padać. Doba i 300 km na orientację. W czymś takim jeszcze nie jechałam. W szkole – bazie zawodów odbieramy numery startowe i przygotowujemy się do jazdy. Spotykamy Turystę z synem Kubą, którzy jadą trasę TR150 (muszą się wyrobić do 3 w nocy). Przed startem krótka odprawa. Daniel opowiada o punktach, odcinku specjalnym w międzyrzeckich bunkrach i rozdaje mapy. Ale trasa to i tak niewiadoma. Na mapie zaznaczonych jest tylko kilka punktów w okolicy bazy. Cała reszta ujawni się na trasie i trzeba będzie sobie te punkty.... samemu dorysować na podstawie fragmentów mapek znajdujących się na punktach. Kto źle pomierzy odległości lub źle narysuje, ten będzie miał pecha ;). No to start!

Dlaczego?
Zupełnie nie wiem co się dzieje, ale jedzie mi się od początku fatalnie. Już od pierwszych metrów. W czym rzecz? Sama nie wiem. Może brak SPD? (SPD stosuję tylko na szosie, a jeżdżę głównie na szosie). Może za miękko mi? (Jeżdżę głównie na sztywnych i twardych rowerach – szosówka i przełajówka, a tu mam fulla). Może to nie mój dzień? No nieważne, głupio się tak nieudolnie tłumaczyć. Rzeczywistość jest brutalna – jadę beznadziejne słabo. Wszyscy uciekają. Krzysztof jest zły. Zaczyna się wprost wspaniale.

Na powierzchni

Na pierwszy ogień idzie odcinek specjalny, czyli bunkry. Gdy tam jedziemy (na liczniku nieco ponad 5 km pokonanej trasy) zaczyna padać (i tak będzie padało przelotnie aż do nocy, a od nocy przestanie). Przy wejściu do bunkrów trzeba nanieść na swoje mapy punkty, które są tu do zaliczenia. Mapa, z której się odrysowuje jest tylko jedna, trzeba więc swoje odczekać w kolejce. Jest 5 punktów na powierzchni i 5 pod ziemią. Ludzie rzucają się pod ziemię, więc by uniknąć tłoku lecimy najpierw część nadziemną. Jest to solidna przeprawa: najpierw przez krzaki i betonowe zęby przeciwczołgowe, potem przez pole kukurydzy. Te 2 punkty udaje się zdobyć. Trzech pozostałych niestety nie mamy.

Pod ziemią

No to teraz pod ziemię. Wejście do bunkrów to wyzwanie – jest ciasno. Potem wąski przecisk po schodach w dół (krótki) – Daniel osobiście pomaga mi znieść rower. Są tu jakieś drzwi, wyglądają jak giga wersja drzwi do pieca, żartuję nawet na ten temat. Potem już trzeba walczyć samemu – znosimy swoje rowery po schodach kilka poziomów pod ziemię. Korytarze są różne – od szerokich, po wąskie, od wysokich, po takie, w których trzeba się prawie czołgać. Jest odcinek z wodą, a także jeden odcinek kompletnie zalany (jeden chłopak wszedł do wody po tyłek prawie i zrobił wycof – my nie powtarzamy jego wyczynu). Zaliczamy wszystkie punkty podziemne i wyłazimy na powierzchnię. Jeśli patrzeć na odcinek specjalny strategicznie - pod kątem wyniku, to zupełnie nie opłacało się go robić – kosztował sporo czasu, a punktów wagowych dawał mało. Trudno było jednak odmówić sobie frajdy z jazdy rowerem w bunkrach :).

Serce nie sługa

Początek dalszej drogi to wredny, kamienny bruk i równie wredny deszcz oraz wiatr w twarz. Męczę się tu straszliwie. Wyprzedzają mnie wszyscy. Krzysztof minę ma na tę okoliczność odpowiednią. Patrzę na pulsometr i widzę, że tętno mam bardzo niskie – zupełnie nieadekwatne do wysiłku. A więc to tak! Moje serce przeciwko mnie! Nie potrafię go zmusić do porządnej pracy. Serce nie sługa – jak mawiają. Działa jak chce i niewiele można mu przepowiedzieć. No ale ja się staram. Nie chcę psuć Krzychowi zabawy i gdy tylko kończymy odcinek brukowy mówię mu, że lepiej ze mną już nie będzie, a raczej tylko gorzej i proponuję, by odstawił mnie do bazy. On jednak nie decyduje się na ten krok. No to masakruję się dalej!

Przez żołądek do serca

Zaliczamy PK1 na sporym wzniesieniu. Mam satysfakcję, bo to nie nachylenie zrzuca mnie z siodła (jest naście %), a śliskie korzenie drzew. Zaliczamy punkt i jedziemy w stronę Łagowa. To straszne, ale chce mi się spać. Serce odmawia dobrej współpracy. Cały czas się leniwie obija. Zatem traktuję je źle - w przydrożnej kafejce w Łagowie piję mocne capuccino i jem wspaniałego gofra (ten gofr jest taki super, że nawet na Bulwarze Szymańskiego w Kołobrzegu by „nie odstawał” – jestem pod wrażeniem). Kawa trochę stawia mnie na nogi. Kolejne kilometry nie są takie złe. No ale trasa i tak leży: poprawa nie trwa długo, a teren (bruki, piach i zarośla spod których zupełnie nie widać po czym się jedzie) dają mi do wiwatu. Słabo jeżdżę w terenie i tu ujawnia się to z całą jaskrawością. Bardzo dużo mam pchania roweru.

Dziewczyna z naparstkiem

Na PK3 jedziemy nieczynnym torowiskiem kolejowym. Tu Krzysztof mówi mi, że zgubił swoją kartę wyników do perforacji. No to od teraz jedziemy tylko na moją. We wszystkie miejsca wchodzimy solidarnie razem, a jako, że to moja karta, to każdorazowo perforuję ją ja. W pewnym momencie łamię paznokieć prawego kciuka. To nie jest złamanie kosmetyczne, a raczej urazowe – rozdzieram go w połowie aż do mięsa. Strasznie boli! Aby tego nie oglądać i nie rozpaprać dalej, biorę od Krzysztofa taśmę izolacyjną i zabezpieczam. Wygląda to trochę tak, jak bym miała założony naparstek. Na moje nieszczęście biegi w moim rowerze zmienia się wyłącznie kciukiem (SRAM XO). Gdy dłonie mam zgrabiałe z zimna jest fajnie, bo nie czuć bólu. Gdy się trochę rozgrzewają – to już gorzej, bo kłuje, pulsuje i jest nieprzyjemnie.

Taniec na rurze

Kolejne punkty i kilometry wchodzą jak po grudzie. Bruki, krzaki, piachy, deszcze, zimno, wysoka trawa. Na rowerze, obok roweru.... i mamy PK7. Jednym z ciekawszych punktów jest PK23 - stary jaz kominowy. Już sam opis intryguje: „stary jaz kominowy, po rurze do celu, w środku”. Docieramy tu o 22:20. Rzeczywistość jest.... trudna. Do punktu trzeba dojść po grubej, betonowej, oślizgłej rurze. Po jednej stronie rury strumień, po drugiej - mokradło. Nie ma tu innej drogi! Czuję, że to ponad moje siły, że nie dam rady na to wejść i dotrzeć do punktu. Krzysztof wścieka się na mnie. Chce nawet wziąć moją kartę i ją za mnie perforować. Nie zgadzam się. Pierwsza moja próba wejścia na rurę kończy się potężnym kurczem gdzieś w okolicy stawu biodrowego (chyba pora zacząć się gimnastykować!). Jestem już w połowie na tej cholernej rurze, ale przez kurcz nie mogę się ruszyć w żadną stronę! Krzysztof ściąga mnie na brzeg strumienia. Próbujemy inną drogą – przez krzaki, ale to okazuje się zupełnie niewykonalne. No to powrót do rury. On zły, ja zrozpaczona i wystraszona. Ostatecznie pokonuję siebie i włażę na rurę. Zadowolona z siebie jestem bardzo. Pełznę po rurze z uśmiechem (chodzić po tym się nie ośmielam) i pytam, czy jest ze mnie dumny. Nie jest. No ale punkt zaliczony.

W międzynarodowym towarzystwie
W drodze na PK13 na chwilę wjeżdżamy na DK92. Jest koło północy, droga jest więc spokojna. Jak to cudownie wjechać na szosę choć na chwilę! (Odcinki szosowe na całym maratonie to max 10%).Korzystamy z okazji i odwiedzamy dużą stację paliw. Czego tu nie ma! Jest nawet restauracja. Bierzemy po kawie, idę też do toalety. Śmierdzi dymem, ale to nie papierosy..., a towarzystwo dookoła międzynarodowe i trochę zaczepne…. Za chwilę na poważnie wjedziemy w noc… do jasności jeszcze jakieś 4 godziny. Morze czasu…

Ofelia

Jazda na PK13 to czesanie terenu po ciemku. To też brodzenie w głębokiej trawie i mokre już od kilku godzin buty, zamienione w dwie małe wanny. PK znajdujemy na przepuście nad zarośniętym stawem. Pierwszy nocny sukces. Opis PK15 jest ciekawy – „most kolejowy, północny przyczółek, pod małym łukiem”. Docieramy do toru kolejowego. Od dawna nieczynnego. Idziemy, zgodnie z mapą, po starych podkładach, pośród kamieni i wybujałej roślinności. Idziemy tak dobre kilkaset metrów. W końcu jest most. Nie ma tu żadnych barierek, jeśli kto nieostrożny, może polecieć wprost do rzeki. Chwilę tego punktu szukamy i już prawie odpuszczamy, gdy Krzysztofowi udaje się wypatrzeć zejście. To karkołomne zejście po sypkim piachu i luźnych kamieniach. Nie bardzo jest się czego przytrzymać. Zjeżdżam na tyłku i modlę się by nie skończyć jak Ofelia, która żywot swój zakończyła marnie topiąc się w rzece. Udaje się dostać na PK i „15” jest zaliczona.

Ile to wycieczek?

Na chwilę wyjeżdżamy na szosę i wtedy zaczynam zasypiać na dobre. Jadę, ale oczy mi się zamykają. Są chwile gdy tracę kontrolę nad rowerem i łapię pobocze, to budzi. Tak jest kilka razy. Można powiedzieć, że zasnęłam kilka razy. Czy w rozumieniu BS zrobiłam kilka wycieczek? Spałam – fakt, ale jednocześnie jechałam. To takie dziwne! Bardzo powoli dzień zaczyna przełamywać noc i gdy docieramy na PK22 (godzina 3:30) jest szarówka. Gdy wychodzimy z krzaków na ścieżkę nadjeżdża jakaś para. Pytają nas którędy na punkt. Chyba oczekują zbyt wiele! Czy ona myśli, że może chwycę ją za rękę i poprowadzę? Nie mówię nic, a Krzysztof pochylony nad mapą wypowiada jedno słowo: „prosto”. To „prosto” może być wszędzie :).

Ostre pikowanie

W drodze na PK16 odżywam, bo ta para tasuje się z nami kilka razy. Na PK jesteśmy przed nimi. Mojego „odżycia” wystarcza jeszcze na dotarcie przed nimi na PK21 (zakole rzeki, sosna na skarpie), a potem zaczyna się ostre pikowanie w dół. To bardzo głęboki dół. Zasypiam jadąc, źle widzę, mój żołądek nie chce już niczego przyjmować. Krzysztof złości się (i ja mu się nie dziwię!), ale to już jest dla mnie niestety po zawodach. Najprostszą drogą jedziemy do mety zaliczając jeszcze po drodze PK4. Drogę usiłujemy sobie skrócić zielonym szlakiem. Niestety mostu na rzeczce nie ma, a nurt jest bardzo wartki. Trzeba się cofać. Droga do mety to mordęga. A tuż przed Lubrzą ładujemy się jeszcze w gruntówkę przy kurnikach. Niemiłą niespodzianką są tu trzy wielkie psy, które biegają luzem, szczekają i nieźle nas straszą. No i w końcu jest – meta! Wreszcie kończy się ta długa lekcja pokory. Spośród dziewczyn na TR300 zajmuję haniebne ostatnie miejsce. W całej stawce ostatnia nie jestem, ale za mną są już chyba tylko 3 osoby. Chowam się przed światem w śpiworze.

FOTKI: https://picasaweb.google.com/10265604329477346200...
 

Praca

Piątek, 20 czerwca 2014 Kategoria do 50
Km: 45.03 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 179m Sprzęt: Hardtail Aktywność: Jazda na rowerze

kategorie bloga

Moje rowery

Hardtail
Przełajówka
Terenówka
Kolarzówka

szukaj

archiwum