Wpisy archiwalne w miesiącu
Maj, 2014
| Dystans całkowity: | 2625.98 km (w terenie 0.00 km; 0.00%) |
| Czas w ruchu: | b.d. |
| Średnia prędkość: | b.d. |
| Suma podjazdów: | 9759 m |
| Liczba aktywności: | 32 |
| Średnio na aktywność: | 82.06 km |
| Więcej statystyk | |
Niemiecka majówka 3
Piątek, 2 maja 2014 Kategoria do 100, Kocia czytelnia
| Km: | 94.98 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 206m | Sprzęt: Hardtail | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
W nocy padało. Pada i rano. Z tego co słychać po bębnieniu
w namiot – całkiem mocno. W namiocie ziąb, tylko 7 stopni. Ale za to obudziłam
się zdrowsza. Nie uśmiecha mi się jazda w takich warunkach, jednak gdy mąż pyta
„co z nas za podróżnicy?” biorę się w garść. Podtekst jest wyraźny: „co z ciebie
za podróżniczka?” Jemy śniadanie i w deszczu zwijamy się. Już podczas składania
namiotu rękawiczki mam mokre jak ściery. A ręce zgrabiałe z zimna.
Hipotermia
Ruszamy i jest coraz gorzej. 4 stopnie i deszcz. Jest mi coraz zimniej. Moje dłonie! Moje stopy! Moje kolana!
Bolą z zimna.
Jadę coraz wolniej. Coraz trudniej mi się poruszać. Krzychu daleko z przodu. Wołam by poczekał. Proponuję rozbicie namiotu. Gdziekolwiek, choćby tutaj, tuż przy szlaku. Byle tylko schować się przed przeszywającym zimnem i całym tym deszczowym syfem! Jedziemy dalej. Rozbicie namiotu też by trwało. Naraz chyba robi mi się lepiej. Moje dłonie, stopy i kolana zaczynają palić. Pieką. Gorąco? Chyba jednak nie. Wpadam w dreszcze, robi mi się słabo. Krzysztof z kimś rozmawia przez płot. Chwilę później jest supermarket Edeka. Ładujemy się do środka. Siadam na jakimś krześle. Cała mokra, zmarznięta, zapłakana i zasmarkana. Krzysztof prowadzi mnie do łazienki, wkłada moje dłonie pod ciepłą wodę (ja już nie mogę nimi ruszać). Ale boli!!! Skórę mam lekko fioletową. Wypijam gorącą czekoladę. Potem chodzimy po markecie.
Miss elegance
Nie widzę opcji by po takim wymarznięciu jechać dalej bez porządnego zabezpieczenia. Kupuję wielkie worki na śmieci, zwykłą białą gumę krawiecką i gumowane rękawice ogrodowe. Z worków robię nogawki (aż po biodra), mocuję to i ściskam gumą.

Można jechać dalej. Temperatura przez cały dzień nie przekracza 8 stopni. Pada równo do 14. Najładniejszy odcinek szlaku (część północna) pokonujemy w podłych warunkach. Szlak wprowadza nas do centrum miasta. Podjeżdżamy pod słynną bramę brandenburską.

Muszę wyglądać wspaniale. Jeden Niemiec pyta mnie nawet co mam na nogach. (hm..., nie widać?) Mówię, że „big waste bags”. Jestem prawdziwą miss elegance! Niejeden kloszard prezentuje się lepiej.

Ostatni odcinek szlaku to bardzo długa szosowa prosta biegnąca między kanałem a autostradą. Idealna na trzaskanie wahadeł. Do końca dnia nie dochodzę do siebie. Namiot rozbijamy już po ciemku, nad jeziorem. Nawet wieczorem w śpiworze mam dreszcze.

Ciąg dalszy
Hipotermia
Ruszamy i jest coraz gorzej. 4 stopnie i deszcz. Jest mi coraz zimniej. Moje dłonie! Moje stopy! Moje kolana!
Bolą z zimna.
Jadę coraz wolniej. Coraz trudniej mi się poruszać. Krzychu daleko z przodu. Wołam by poczekał. Proponuję rozbicie namiotu. Gdziekolwiek, choćby tutaj, tuż przy szlaku. Byle tylko schować się przed przeszywającym zimnem i całym tym deszczowym syfem! Jedziemy dalej. Rozbicie namiotu też by trwało. Naraz chyba robi mi się lepiej. Moje dłonie, stopy i kolana zaczynają palić. Pieką. Gorąco? Chyba jednak nie. Wpadam w dreszcze, robi mi się słabo. Krzysztof z kimś rozmawia przez płot. Chwilę później jest supermarket Edeka. Ładujemy się do środka. Siadam na jakimś krześle. Cała mokra, zmarznięta, zapłakana i zasmarkana. Krzysztof prowadzi mnie do łazienki, wkłada moje dłonie pod ciepłą wodę (ja już nie mogę nimi ruszać). Ale boli!!! Skórę mam lekko fioletową. Wypijam gorącą czekoladę. Potem chodzimy po markecie.
Miss elegance
Nie widzę opcji by po takim wymarznięciu jechać dalej bez porządnego zabezpieczenia. Kupuję wielkie worki na śmieci, zwykłą białą gumę krawiecką i gumowane rękawice ogrodowe. Z worków robię nogawki (aż po biodra), mocuję to i ściskam gumą.

Można jechać dalej. Temperatura przez cały dzień nie przekracza 8 stopni. Pada równo do 14. Najładniejszy odcinek szlaku (część północna) pokonujemy w podłych warunkach. Szlak wprowadza nas do centrum miasta. Podjeżdżamy pod słynną bramę brandenburską.

Muszę wyglądać wspaniale. Jeden Niemiec pyta mnie nawet co mam na nogach. (hm..., nie widać?) Mówię, że „big waste bags”. Jestem prawdziwą miss elegance! Niejeden kloszard prezentuje się lepiej.

Ostatni odcinek szlaku to bardzo długa szosowa prosta biegnąca między kanałem a autostradą. Idealna na trzaskanie wahadeł. Do końca dnia nie dochodzę do siebie. Namiot rozbijamy już po ciemku, nad jeziorem. Nawet wieczorem w śpiworze mam dreszcze.

Ciąg dalszy
Niemiecka majówka 2
Czwartek, 1 maja 2014 Kategoria do 150, Kocia czytelnia
| Km: | 135.64 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 349m | Sprzęt: Hardtail | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Rano w namiocie jest mała powódź. Cieknący camelbak
podtopił śpiwór. Pogoda lekko się psuje, jest ponuro i przez chwilę kropi.
Przejeżdżamy 2-3 kilometry i trafiamy na czynną stację paliw. Ale radość! Można
umyć ręce i zęby, kupić coś do zjedzenia i wypić kawę (pyszna!). Nadal jedziemy
R1, do Berlina mamy około 20 kilometrów.

Naiwna
R1 jest wygodny i jadąc myślę, że w sumie taki wypad można by zrobić w bardzo lekkim stylu, na rowerze przełajowym.
O ja naiwna! Nie wiem jeszcze co będzie dalej.
Jedziemy przez Berlin do szlaku Berliner Mauerweg. Szlak oznakowany jest szarymi tabliczkami na bardzo wysokich metalowych słupkach, pozwala on zobaczyć jak przebiegał słynny Mur Berliński.

Podobnie jak na przebytym przez nas odcinku R1 – tu też jest płasko. Pogoda poprawia się, na szlaku jest dość tłoczno. Zaskoczeniem natomiast są nawierzchnie. Nic trudnego, a jednak pojawia się bruk (już bez udogodnień) oraz teren. Szlak w większości wiedzie przez lasy. W wielu miejscach mija się pomarańczowe słupy. Na każdym z nich można poczytać o losach ludzi, którzy próbę przedostania się przez Mur przypłacili życiem.

Chicken mit salat
Podobnie jak na R1, tu też nie ma możliwości zrobienia zakupów. Zapasy z Polski niedługo się skończą. Będziemy tu głodowali? Chyba nie, bo oto jest duży zajazd. Mimo święta – czynny. Parking rowerowy pęka w szwach! Tu z pewnością dobrze karmią. Niestety menu jest tylko po niemiecku. Trudno się zorientować. Zamawiam „chicken mit salat”. Jak się okazuje - jest to głównie „salat”. Cały talerz zwykłej sałaty z ułożonymi dookoła po obwodzie talerza wąskimi paskami kurczaka. To moja najdroższa sałata! Zjadam cały talerz i pozostaję głodna. Krzysztof bierze bułkę i kiełbasę. Kiełbasy to chyba niemieckie dobro narodowe. Można je kupić wszędzie. Sęk w tym, że ja akurat nie lubię....

UNESCO
Trochę czasu spędzamy w Poczdamie. Niespiesznie kręcimy po pięknym zespole parkowo - pałacowym wpisanym na listę UNESCO... Zaraz, zaraz, czy to na pewno ten park? Nie! Ale wtopa.... ten park jest piękny i są tu zabytki, ale to nie jest TEN park.

Po 120 kilometrach trasy wreszcie możemy zobaczyć kawałek słynnego Muru Berlińskiego. Robimy kilka fotek na tą okoliczność.

Przed wieczorem udaje się zahaczyć o kemping. Wpadam tam po wodę. Zonk polega na tym, że toalety są pozamykane. Mam jednak szczęście, bo wchodzi akurat jakaś pani i ładuję się za nią. Dzień kończymy o szarówce. Jesteśmy na zachodniej części szlaku (jedziemy na północ) i trudno znaleźć miejsce pod namiot. Niby są lasy, ale też jest tu sporo domków. W końcu jednak udaje się znaleźć polanę. Gdy Krzysztof gotuje kolację, słyszę dziwne dźwięki. Jakieś pomruki, porykiwanie. To stado dzików. Jakieś 20 metrów od namiotu. Na szczęście nie są nami mocno zainteresowane i idą dalej.
Uff!
Na dobranoc znowu krople z kwasem solnym.
CIąg dalszy

Naiwna
R1 jest wygodny i jadąc myślę, że w sumie taki wypad można by zrobić w bardzo lekkim stylu, na rowerze przełajowym.
O ja naiwna! Nie wiem jeszcze co będzie dalej.
Jedziemy przez Berlin do szlaku Berliner Mauerweg. Szlak oznakowany jest szarymi tabliczkami na bardzo wysokich metalowych słupkach, pozwala on zobaczyć jak przebiegał słynny Mur Berliński.

Podobnie jak na przebytym przez nas odcinku R1 – tu też jest płasko. Pogoda poprawia się, na szlaku jest dość tłoczno. Zaskoczeniem natomiast są nawierzchnie. Nic trudnego, a jednak pojawia się bruk (już bez udogodnień) oraz teren. Szlak w większości wiedzie przez lasy. W wielu miejscach mija się pomarańczowe słupy. Na każdym z nich można poczytać o losach ludzi, którzy próbę przedostania się przez Mur przypłacili życiem.

Chicken mit salat
Podobnie jak na R1, tu też nie ma możliwości zrobienia zakupów. Zapasy z Polski niedługo się skończą. Będziemy tu głodowali? Chyba nie, bo oto jest duży zajazd. Mimo święta – czynny. Parking rowerowy pęka w szwach! Tu z pewnością dobrze karmią. Niestety menu jest tylko po niemiecku. Trudno się zorientować. Zamawiam „chicken mit salat”. Jak się okazuje - jest to głównie „salat”. Cały talerz zwykłej sałaty z ułożonymi dookoła po obwodzie talerza wąskimi paskami kurczaka. To moja najdroższa sałata! Zjadam cały talerz i pozostaję głodna. Krzysztof bierze bułkę i kiełbasę. Kiełbasy to chyba niemieckie dobro narodowe. Można je kupić wszędzie. Sęk w tym, że ja akurat nie lubię....

UNESCO
Trochę czasu spędzamy w Poczdamie. Niespiesznie kręcimy po pięknym zespole parkowo - pałacowym wpisanym na listę UNESCO... Zaraz, zaraz, czy to na pewno ten park? Nie! Ale wtopa.... ten park jest piękny i są tu zabytki, ale to nie jest TEN park.

Po 120 kilometrach trasy wreszcie możemy zobaczyć kawałek słynnego Muru Berlińskiego. Robimy kilka fotek na tą okoliczność.

Przed wieczorem udaje się zahaczyć o kemping. Wpadam tam po wodę. Zonk polega na tym, że toalety są pozamykane. Mam jednak szczęście, bo wchodzi akurat jakaś pani i ładuję się za nią. Dzień kończymy o szarówce. Jesteśmy na zachodniej części szlaku (jedziemy na północ) i trudno znaleźć miejsce pod namiot. Niby są lasy, ale też jest tu sporo domków. W końcu jednak udaje się znaleźć polanę. Gdy Krzysztof gotuje kolację, słyszę dziwne dźwięki. Jakieś pomruki, porykiwanie. To stado dzików. Jakieś 20 metrów od namiotu. Na szczęście nie są nami mocno zainteresowane i idą dalej.
Uff!
Na dobranoc znowu krople z kwasem solnym.
CIąg dalszy





