Wpisy archiwalne w miesiącu
Maj, 2014
| Dystans całkowity: | 2625.98 km (w terenie 0.00 km; 0.00%) |
| Czas w ruchu: | b.d. |
| Średnia prędkość: | b.d. |
| Suma podjazdów: | 9759 m |
| Liczba aktywności: | 32 |
| Średnio na aktywność: | 82.06 km |
| Więcej statystyk | |
Praca
Środa, 21 maja 2014 Kategoria do 50
| Km: | 39.89 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 197m | Sprzęt: Hardtail | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Wieczór z CWC
Wtorek, 20 maja 2014 Kategoria do 50
| Km: | 13.48 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 51m | Sprzęt: Przełajówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Praca
Wtorek, 20 maja 2014 Kategoria do 50
| Km: | 35.38 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 165m | Sprzęt: Hardtail | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Praca
Poniedziałek, 19 maja 2014 Kategoria do 50
| Km: | 30.99 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 147m | Sprzęt: Hardtail | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
W miłym towarzystwie
Niedziela, 18 maja 2014 Kategoria do 150
| Km: | 138.08 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 529m | Sprzęt: Przełajówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Solówka na 330 km
Piątek, 16 maja 2014 Kategoria do 350, Kocia czytelnia
| Km: | 330.30 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 1200m | Sprzęt: Przełajówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Zaprojektowałam trasę bocznymi drogami z domu pod granicę
czeską. Wyszło tego niewiele ponad 300km. Wykonalne w jeden dzień. Stabilnie
złe prognozy (zimno, deszcz) i lekka niepewność, czy na pewno wszędzie będzie
pod kołami szosa skłoniły mnie, by nie jechać szosówką, a przełajówką. Jak się
okazało – mogę sobie tylko pogratulować tej decyzji. Rower spisał się na medal
i dzięki niemu nie położyłam tej trasy.
Na poważnie
Budzik w piątek dzwoni o 3 w nocy. Herbata, śniadanie, kawa, radio, gazeta, Internet, ciasteczko i mogę ruszać. Jestem załadowana tak mocno jak to tylko możliwe. Zamki w podsiodłówce i torbie biodrowej niemal pękają i dopinam je z trudem. Mam ze sobą wszystko to co może mnie uratować przed hipotermią. Tym razem nie bagatelizuję prognoz i podchodzę do sprawy poważnie. W końcu jadę sama, nie będzie nikogo do pomocy. Moje pierwsze samotne trzysta. Po trasie liniowej. Żadnych wahadeł, pętli. A jeśli coś pójdzie nie tak, a będę daleko od domu? ..... Wyrzucam wszystkie wredne myśli z głowy. 5.03 – ruszam. Dwie osoby wierzą we mnie. To całkiem sporo.
Wieczór
Początek mam świetny. Prognoza się sprawdza. Wieje przyjemnie w plecy. Jest chłodno, ale wobec braku deszczu, zupełnie mi to nie przeszkadza. Jadę szybko. Po około 15km mogę podziwiać piękny wschód słońca. Po lewej słońce, po prawej jeszcze księżyc. Dzień walczy z nocą, a ostatecznie.... wygrywa wieczór. Dzień będzie jednym, wielkim szarym wieczorem. Robię fotkę słońcu wiedząc, że to pierwsze i ostatnie chwile gdy widzę je dziś na niebie. Ze zdjęciami tym razem jest słabo – torba biodrowa blokuje dostęp do kieszeni, do każdego zdjęcia muszę się zatrzymać.

Na przełaj
Pierwszy przystanek robię w Środzie Wlkp. Ogarnia mnie małpi rozum - zamiast biec w krzaki, postanawiam wejść do toalety na stacji. A tam kolejka, bo weszła wycieczka emerytów. Jak ta idiotka grzecznie stoję, czekam i marnuję czas. Wyjeżdżając ze stacji trochę się motam i na chwilę wylatuję na DK11. Po raz pierwszy jadę z GPSem - dzięki niemu szybko zawracam i jadę już zgodnie z wytyczoną trasą. Pierwszy odcinek gruntowy pojawia się tuż przed 50km. Na początku jest ok., potem pojawia się głęboka tarka (wytrzepało nieźle), a w końcu głęboki piach. Tu już niestety nie da się jechać. Jest zimno, więc biegnę z rowerem.

Prawdziwy przełaj! Gruntowy odcinek ma 2,3km i kończę go wylatując na biegnące tu razem DK11 i 15. Przede mną remontowany most na Warcie (ruch wahadłowy) mam tu sporo szczęścia. Ruch blokuje wielki, powolny ciągnik. Wciskam się przed niego i dzięki temu mam wygodny i bezpieczny przejazd. Za mostem uciekam z krajówek i bocznymi drogami jadę do Jarocina. Nawierzchnie nie są może perfekcyjne, ale drogi za to puste. Mogę się zatem do woli cieszyć szarością dnia i (nadal) brakiem deszczu. W Jarocinie GPS prowadzi mnie pod prąd. Na szczęście to jakaś osiedlowa droga.

Wyzwiska
Krótko za miastem trafiam na zamknięty przejazd kolejowy. Korzystam z przymusowej przerwy. Wysyłam pierwsze smsy z trasy i jem pierwszą kanapkę. Drugi i ostatni odcinek gruntowy przypada na 93 kilometrze (3km). Tym razem teren jest zupełnie jadalny i całość robię (niezbyt szybko, ale jednak) w siodle. Równolegle do DK15 jadę aż do Krotoszyna. Przelatuję przez centrum miasta (nie bardzo wiem na co patrzeć: na GPSa, czy przed siebie na drogę, ale jakoś to ogarniam i nie błądzę). Jest tu całkiem ładnie, robię nawet kilka fotek. Tuż za miastem jadę równą i prawie pustą szosą. Niestety pojawia się znak zakazu jazdy rowerem i obok ścieżka. Początkowo z kostki betonowej. Co za badziewie! Wjeżdżam na ścieżkę dopiero kawałek dalej, gdy pojawia się na niej asfalt. Choć i tak jest tu przeciętnie (szyszki, gałęzie itd.). Zupełnie nie rozumiem dlaczego tak bardzo starają się zepchnąć rowerzystów na boczny tor. Na tej trasie (już w dalszej części) generalnie będę raczej omijała ścieżki, które bardziej będą mnie wnerwiały i przeszkadzały niż pomagały (wyjątkiem będą ruchliwe odcinki w miastach, gdzie jednak dla własnego bezpieczeństwa będę się nimi tłukła). Wielu ludzi będzie mnie obrzucało wyzwiskami, że mam spadać na ścieżkę, parę razy zostanę strąbiona, raz nawet gość pogrozi mi pięścią.

Pani z parasolką
Tuż za Krotoszynem (119 km trasy) zaczyna padać. I tak nieźle. Spodziewałam się tego deszczu wcześniej. Nie mam żadnych złudzeń – od razu się zatrzymuję pod drzewami (las) i ubieram się przeciwdeszczowo. Od teraz aż do końca trasy będę sobie namakać :). Z wiatrem dzieje się coś dziwnego. Chwilami nie wieje wcale. Z naprzeciwka na rowerze jedzie pani z parasolką. Parasolka ani drgnie. Wiatru chwilowo brak.

Próba
Przed przejazdem przez most na Baryczy nawierzchnia dramatycznie się pogarsza: łaty, dziury, wyrwy, muldy, spękania, szczeliny. Ta szosa jest gorsza od terenu! Przekraczam Barycz i robię postój na przystanku autobusowym. Deszcz wali o niego ostro. Dziury w drodze są pełne wody. Kanapkę jem szybko, bo w tych warunkach postój mocno wychładza.

Ruszam dalej i czekam na koniec parszywej nawierzchni. Niestety kilometry mijają i nie zmienia się nic. Cały czas ta sama trzepaczka. Po 15 kilometrach zaczynają mnie boleć dłonie i nadgarstki. Jadę bardzo powoli, bo trzęsie nieludzko. Cały czas leje. Zimno mi przy takiej powolnej jeździe, ale szybciej niż te 17-21 km/h nie daję rady ciągnąć. Bardzo się cieszę, że jestem tu sama i nikt nie widzi tej strasznej żenady. Nerwy mi zupełnie puszczają i klnę w głos. Wredny odcinek ma aż 30 km!

Gdy docieram do Twardogóry, zjeżdżam na stację się ogrzać. Mam dość. No bo ileż można się tak tłuc?! Tu by się przydał porządny full zamiast twardej do bólu aluminiowej przełajki. Wchodząc na stację widzę, że za nią jest kamienny bruk. No po prostu świetnie! Jak tak dalej pójdzie, to pod granicę dojadę jutro.

Wiara
Zamawiam bardzo dużą kawę. Mają nawet miód, więc słodzę miodem. Ale pyszna! Wysyłam przepełnione rozpaczą smsy. Jedna z osób chyba straciła we mnie wiarę - dostaję namiar na ratunkowy pociąg i informację, że idzie mi na tyle słabo, że jeśli pojadę dalej rowerem, to na miejscu będę koło 21.00. Została jeszcze druga osoba. Chyba nadal we mnie wierzy. Czy na pewno?... Nie wiem, ale trzymam się tego i postanawiam wziąć się w garść. Tak na wszelki wypadek. Aby nie zawieść. Od wyjścia ze stacji w Twardogórze aż do miasta, z którego jest pociąg, jadę mocno. Dochodzę do przekonania, że pociąg nie będzie dla mnie kuszącą alternatywą tylko wtedy, jeśli będę na stacji kolejowej na tyle wcześnie, że musiałabym długo czekać. Mam trochę szczęścia, bo odcinek brukowy w Twardogórze kończy parszywą trzydziestkę. Od teraz nawierzchnie są już lepsze. Wytrzęsiona mam lekki problem by wkręcić się od nowa na wysokie obroty, no ale rozkręcam się i nadrabiam stracony czas.

Fontanna
Z Oleśnicy jadę drogą nr 451 do Bierutowa. To 15 kilometrów w bardzo dużym ruchu samochodowym. Jest nieprzyjemnie, bo pogoda akurat jeszcze bardziej się załamała i zamiast siąpienia mam ulewę. Modlę się o szczęśliwy przejazd. Raz po raz lecą na mnie fontanny wody i wtedy zupełnie nic nie widzę. Gdy w Bierutowie odbijam z tej drogi czuję się autentycznie szczęśliwa. Jedzie mi się od teraz bardzo dobrze i odczuwam nawet osobliwą przyjemność z tej jazdy i stargania się. W mieście jestem z porządnym zapasem czasu do pociągu. Nie kusi by czekać. Lekko motam się w Grodkowie. GPS pokazuje, że mam jechać prosto, a tu drogi na wprost brak. Robię więc zawijasa i po chwili wracam na wytyczoną trasę.
Ostatnia kawa
Z Piątkowic (287km trasy) wysyłam (tym razem radosne) smsy, że jedzie mi się świetnie. Mam miłą świadomość, że do końca zostało już niewiele – jakieś 40 km (czuję nosem „metę” i jadę szybko). Jest zimno – ta chwila na smsy wystarczyła, bym wpadła w lekki dygot. Czym prędzej ruszam. W międzyczasie zatapia mi się mp3. Wielki żal! Teraz muzykę mogę odtwarzać jedynie w myślach. Zaczynają się lekkie górki, ale to tym lepiej – rozgrzewam się. Ostatni przystanek stacyjny robię kilkanaście km przed granicą. To tu odkrywam, że moje starannie zrobione dzień wcześniej paznokcie wyglądają żałośnie – od tej wielogodzinnej ulewy wszystko poodłaziło. Było nie malować ;). Na stacji kawę robi mi bardzo miły chłopak. Cały czas mnie zagaduje. Tak mocno, że aż mam problem z jedzeniem :). Sprawdza w necie ile dokładnie mi jeszcze zostało do przejechania i szczegółowo opowiada, jak będzie wyglądać ten ostatni odcinek. Jeszcze nie wiem jak bardzo mi w tym momencie pomaga....

Harpagan
Gdy opuszczam stację, jest już trochę szaro. GPS prowadzi mnie jeszcze przez chwilę, a potem.... zaczyna się coś w rodzaju Harpagana. Nagle urządzenie wariuje – mapa kończy się. Powyżej jest czarna pozioma krecha, a nad nią biała pustka. Jadę powtarzając sobie w myślach bogaty opis drogi, który usłyszałam na stacji: droga w remoncie, ruch wahadłowy, podjazd. Wszystko to jest. Czyli jadę dobrze? Potem docieram do rozjazdu. Którędy dalej? Nie mam pojęcia gdzie jechać. Jest zimno, prawie ciemno i pada. Molestuję (już po raz ostatni) GPSa, ale nic to nie daje. W tej sytuacji pozostaje telefon do przyjaciela. Udaje się dodzwonić, ale i tak jadę źle. Szosa (lekki podjazd) kończy się gruntem. Stoi tu jakiś duży dom, w oknie pali się światło. Idę tam. Miły pan wychyla się z okna. Dość długo gadamy i w końcu wiem jak jechać dalej. Zawracam. Jeszcze tylko kilka kilometrów. Tak, to już naprawdę blisko! W końcu jest. Moja meta! :)
Na poważnie
Budzik w piątek dzwoni o 3 w nocy. Herbata, śniadanie, kawa, radio, gazeta, Internet, ciasteczko i mogę ruszać. Jestem załadowana tak mocno jak to tylko możliwe. Zamki w podsiodłówce i torbie biodrowej niemal pękają i dopinam je z trudem. Mam ze sobą wszystko to co może mnie uratować przed hipotermią. Tym razem nie bagatelizuję prognoz i podchodzę do sprawy poważnie. W końcu jadę sama, nie będzie nikogo do pomocy. Moje pierwsze samotne trzysta. Po trasie liniowej. Żadnych wahadeł, pętli. A jeśli coś pójdzie nie tak, a będę daleko od domu? ..... Wyrzucam wszystkie wredne myśli z głowy. 5.03 – ruszam. Dwie osoby wierzą we mnie. To całkiem sporo.
Wieczór
Początek mam świetny. Prognoza się sprawdza. Wieje przyjemnie w plecy. Jest chłodno, ale wobec braku deszczu, zupełnie mi to nie przeszkadza. Jadę szybko. Po około 15km mogę podziwiać piękny wschód słońca. Po lewej słońce, po prawej jeszcze księżyc. Dzień walczy z nocą, a ostatecznie.... wygrywa wieczór. Dzień będzie jednym, wielkim szarym wieczorem. Robię fotkę słońcu wiedząc, że to pierwsze i ostatnie chwile gdy widzę je dziś na niebie. Ze zdjęciami tym razem jest słabo – torba biodrowa blokuje dostęp do kieszeni, do każdego zdjęcia muszę się zatrzymać.

Na przełaj
Pierwszy przystanek robię w Środzie Wlkp. Ogarnia mnie małpi rozum - zamiast biec w krzaki, postanawiam wejść do toalety na stacji. A tam kolejka, bo weszła wycieczka emerytów. Jak ta idiotka grzecznie stoję, czekam i marnuję czas. Wyjeżdżając ze stacji trochę się motam i na chwilę wylatuję na DK11. Po raz pierwszy jadę z GPSem - dzięki niemu szybko zawracam i jadę już zgodnie z wytyczoną trasą. Pierwszy odcinek gruntowy pojawia się tuż przed 50km. Na początku jest ok., potem pojawia się głęboka tarka (wytrzepało nieźle), a w końcu głęboki piach. Tu już niestety nie da się jechać. Jest zimno, więc biegnę z rowerem.

Prawdziwy przełaj! Gruntowy odcinek ma 2,3km i kończę go wylatując na biegnące tu razem DK11 i 15. Przede mną remontowany most na Warcie (ruch wahadłowy) mam tu sporo szczęścia. Ruch blokuje wielki, powolny ciągnik. Wciskam się przed niego i dzięki temu mam wygodny i bezpieczny przejazd. Za mostem uciekam z krajówek i bocznymi drogami jadę do Jarocina. Nawierzchnie nie są może perfekcyjne, ale drogi za to puste. Mogę się zatem do woli cieszyć szarością dnia i (nadal) brakiem deszczu. W Jarocinie GPS prowadzi mnie pod prąd. Na szczęście to jakaś osiedlowa droga.

Wyzwiska
Krótko za miastem trafiam na zamknięty przejazd kolejowy. Korzystam z przymusowej przerwy. Wysyłam pierwsze smsy z trasy i jem pierwszą kanapkę. Drugi i ostatni odcinek gruntowy przypada na 93 kilometrze (3km). Tym razem teren jest zupełnie jadalny i całość robię (niezbyt szybko, ale jednak) w siodle. Równolegle do DK15 jadę aż do Krotoszyna. Przelatuję przez centrum miasta (nie bardzo wiem na co patrzeć: na GPSa, czy przed siebie na drogę, ale jakoś to ogarniam i nie błądzę). Jest tu całkiem ładnie, robię nawet kilka fotek. Tuż za miastem jadę równą i prawie pustą szosą. Niestety pojawia się znak zakazu jazdy rowerem i obok ścieżka. Początkowo z kostki betonowej. Co za badziewie! Wjeżdżam na ścieżkę dopiero kawałek dalej, gdy pojawia się na niej asfalt. Choć i tak jest tu przeciętnie (szyszki, gałęzie itd.). Zupełnie nie rozumiem dlaczego tak bardzo starają się zepchnąć rowerzystów na boczny tor. Na tej trasie (już w dalszej części) generalnie będę raczej omijała ścieżki, które bardziej będą mnie wnerwiały i przeszkadzały niż pomagały (wyjątkiem będą ruchliwe odcinki w miastach, gdzie jednak dla własnego bezpieczeństwa będę się nimi tłukła). Wielu ludzi będzie mnie obrzucało wyzwiskami, że mam spadać na ścieżkę, parę razy zostanę strąbiona, raz nawet gość pogrozi mi pięścią.

Pani z parasolką
Tuż za Krotoszynem (119 km trasy) zaczyna padać. I tak nieźle. Spodziewałam się tego deszczu wcześniej. Nie mam żadnych złudzeń – od razu się zatrzymuję pod drzewami (las) i ubieram się przeciwdeszczowo. Od teraz aż do końca trasy będę sobie namakać :). Z wiatrem dzieje się coś dziwnego. Chwilami nie wieje wcale. Z naprzeciwka na rowerze jedzie pani z parasolką. Parasolka ani drgnie. Wiatru chwilowo brak.

Próba
Przed przejazdem przez most na Baryczy nawierzchnia dramatycznie się pogarsza: łaty, dziury, wyrwy, muldy, spękania, szczeliny. Ta szosa jest gorsza od terenu! Przekraczam Barycz i robię postój na przystanku autobusowym. Deszcz wali o niego ostro. Dziury w drodze są pełne wody. Kanapkę jem szybko, bo w tych warunkach postój mocno wychładza.

Ruszam dalej i czekam na koniec parszywej nawierzchni. Niestety kilometry mijają i nie zmienia się nic. Cały czas ta sama trzepaczka. Po 15 kilometrach zaczynają mnie boleć dłonie i nadgarstki. Jadę bardzo powoli, bo trzęsie nieludzko. Cały czas leje. Zimno mi przy takiej powolnej jeździe, ale szybciej niż te 17-21 km/h nie daję rady ciągnąć. Bardzo się cieszę, że jestem tu sama i nikt nie widzi tej strasznej żenady. Nerwy mi zupełnie puszczają i klnę w głos. Wredny odcinek ma aż 30 km!

Gdy docieram do Twardogóry, zjeżdżam na stację się ogrzać. Mam dość. No bo ileż można się tak tłuc?! Tu by się przydał porządny full zamiast twardej do bólu aluminiowej przełajki. Wchodząc na stację widzę, że za nią jest kamienny bruk. No po prostu świetnie! Jak tak dalej pójdzie, to pod granicę dojadę jutro.

Wiara
Zamawiam bardzo dużą kawę. Mają nawet miód, więc słodzę miodem. Ale pyszna! Wysyłam przepełnione rozpaczą smsy. Jedna z osób chyba straciła we mnie wiarę - dostaję namiar na ratunkowy pociąg i informację, że idzie mi na tyle słabo, że jeśli pojadę dalej rowerem, to na miejscu będę koło 21.00. Została jeszcze druga osoba. Chyba nadal we mnie wierzy. Czy na pewno?... Nie wiem, ale trzymam się tego i postanawiam wziąć się w garść. Tak na wszelki wypadek. Aby nie zawieść. Od wyjścia ze stacji w Twardogórze aż do miasta, z którego jest pociąg, jadę mocno. Dochodzę do przekonania, że pociąg nie będzie dla mnie kuszącą alternatywą tylko wtedy, jeśli będę na stacji kolejowej na tyle wcześnie, że musiałabym długo czekać. Mam trochę szczęścia, bo odcinek brukowy w Twardogórze kończy parszywą trzydziestkę. Od teraz nawierzchnie są już lepsze. Wytrzęsiona mam lekki problem by wkręcić się od nowa na wysokie obroty, no ale rozkręcam się i nadrabiam stracony czas.

Fontanna
Z Oleśnicy jadę drogą nr 451 do Bierutowa. To 15 kilometrów w bardzo dużym ruchu samochodowym. Jest nieprzyjemnie, bo pogoda akurat jeszcze bardziej się załamała i zamiast siąpienia mam ulewę. Modlę się o szczęśliwy przejazd. Raz po raz lecą na mnie fontanny wody i wtedy zupełnie nic nie widzę. Gdy w Bierutowie odbijam z tej drogi czuję się autentycznie szczęśliwa. Jedzie mi się od teraz bardzo dobrze i odczuwam nawet osobliwą przyjemność z tej jazdy i stargania się. W mieście jestem z porządnym zapasem czasu do pociągu. Nie kusi by czekać. Lekko motam się w Grodkowie. GPS pokazuje, że mam jechać prosto, a tu drogi na wprost brak. Robię więc zawijasa i po chwili wracam na wytyczoną trasę.
Ostatnia kawa
Z Piątkowic (287km trasy) wysyłam (tym razem radosne) smsy, że jedzie mi się świetnie. Mam miłą świadomość, że do końca zostało już niewiele – jakieś 40 km (czuję nosem „metę” i jadę szybko). Jest zimno – ta chwila na smsy wystarczyła, bym wpadła w lekki dygot. Czym prędzej ruszam. W międzyczasie zatapia mi się mp3. Wielki żal! Teraz muzykę mogę odtwarzać jedynie w myślach. Zaczynają się lekkie górki, ale to tym lepiej – rozgrzewam się. Ostatni przystanek stacyjny robię kilkanaście km przed granicą. To tu odkrywam, że moje starannie zrobione dzień wcześniej paznokcie wyglądają żałośnie – od tej wielogodzinnej ulewy wszystko poodłaziło. Było nie malować ;). Na stacji kawę robi mi bardzo miły chłopak. Cały czas mnie zagaduje. Tak mocno, że aż mam problem z jedzeniem :). Sprawdza w necie ile dokładnie mi jeszcze zostało do przejechania i szczegółowo opowiada, jak będzie wyglądać ten ostatni odcinek. Jeszcze nie wiem jak bardzo mi w tym momencie pomaga....

Harpagan
Gdy opuszczam stację, jest już trochę szaro. GPS prowadzi mnie jeszcze przez chwilę, a potem.... zaczyna się coś w rodzaju Harpagana. Nagle urządzenie wariuje – mapa kończy się. Powyżej jest czarna pozioma krecha, a nad nią biała pustka. Jadę powtarzając sobie w myślach bogaty opis drogi, który usłyszałam na stacji: droga w remoncie, ruch wahadłowy, podjazd. Wszystko to jest. Czyli jadę dobrze? Potem docieram do rozjazdu. Którędy dalej? Nie mam pojęcia gdzie jechać. Jest zimno, prawie ciemno i pada. Molestuję (już po raz ostatni) GPSa, ale nic to nie daje. W tej sytuacji pozostaje telefon do przyjaciela. Udaje się dodzwonić, ale i tak jadę źle. Szosa (lekki podjazd) kończy się gruntem. Stoi tu jakiś duży dom, w oknie pali się światło. Idę tam. Miły pan wychyla się z okna. Dość długo gadamy i w końcu wiem jak jechać dalej. Zawracam. Jeszcze tylko kilka kilometrów. Tak, to już naprawdę blisko! W końcu jest. Moja meta! :)
Praca
Czwartek, 15 maja 2014 Kategoria do 50
| Km: | 26.09 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 156m | Sprzęt: Hardtail | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Praca
Środa, 14 maja 2014 Kategoria do 50
| Km: | 46.10 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 214m | Sprzęt: Hardtail | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Praca
Wtorek, 13 maja 2014 Kategoria do 100
| Km: | 54.94 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 226m | Sprzęt: Hardtail | Aktywność: Jazda na rowerze | ||





