Twilight
Sobota, 24 lipca 2021 Kategoria do 350, Kocia czytelnia
| Km: | 323.36 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 12:44 | km/h: | 25.39 |
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 1039m | Sprzęt: Kolarzówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Ruszam z domu wcześnie rano. Pogoda jest dobra, słonecznie,
lekki wiatr, raczej ciepło. Ubrana jestem lekko, ale jednak na długo. Sobotni
poranek to pora, gdy można beztrosko lecieć rowerem po najgłówniejszych
arteriach Poznania. Tak więc jadę DK 92, ul. Solną, Nad Wierzbakiem, Wojska
Polskiego, Koszalińską. Jest pustawo. Jedzie się dobrze. Na 47 km zatrzymuję
się na chwilę. Robi się ciepło i jest to pora, by zdjąć wiatrówkę oraz nogawki
i wysmarować skórę kremem przeciwsłonecznym.
To nadal jest poranek, jednak przejazd przez Szamotuły tradycyjnie nie jest zbyt przyjemny. Przejazd przez Obrzycko z kolei jest tak szybki, że na dobrą sprawę dopiero na wyjeździe z miasta orientuję się, że to już!
Potem jazda przez Puszczę Notecką, następnie jej północnym skrajem. Po przejechaniu 110 km na średniej prędkości 24,49 km/h, jestem w Wieleniu. Jest tu stacja Orlenu. Zgodnie z planem, zatrzymuję się. Muszę uzupełnić picie, wypić kawę, zjeść zapiekankę. To również tu spotykam się z moim partnerem do jazdy. Mam już wszystko ogarnięte, chowam akurat krem przeciwsłoneczny, gdy podjeżdża on i wita mnie słowami: a ty co się opierd…? Śmieję się. No fakt, to może wyglądać jak totalne leserstwo. Ruszamy. Chwilę jedzie za mną, ale nie po to przecież, by się chować. Bo za mną, jadącą w dolnym chwycie, trudno jest uzyskać jakiekolwiek korzyści, tak niska i płaska jestem wtedy. Po kilku minutach wychodzi na prowadzenie i zaczyna się galop. Z licznika nie schodzi zakres 30-34 km/h. Szybko. Potem mam okazję obserwować normalną reakcję organizmu na użądlenie pszczoły. Pszczoła żądli go w okolice mostka i… nie dzieje się nic szczególnego. Poza tym, że na chwilę się zatrzymujemy, co troszkę wybija z rytmu. Niemniej szalony galop trwa aż do Drezdenka.
Na wyjeździe z Drezdenka znany mi dobrze odcinek z drobnego kamiennego bruku. Tu zostaję z tyłu. Potem na chwilę się rozdzielamy i podjazd przed Dobiegniewem w całości robię sama. W samym Dobiegniewie jest już po prostu gorąco. To dobry moment, by przyjąć pepsi i lody. Od razu robi się fajniej.
Z Dobiegniewa jedziemy do Choszczna. Wracają tu wspomnienia z maratonów szosowych i jazdy Zdzicha Kalinowskiego na dobowy rekord. Nawet trochę się rozglądam, może on tu akurat też się gdzieś dziś kręci. Nikogo znajomego jednak nie ma. Z jazdy w dobrej prędkości nie zostało wiele. Każde z nas jedzie swoje. On z przodu, ja z tyłu. Mimo to, przykładam się. Zależy mi, by ta jazda nie była w trybie wycieczkowym, lecz sportowym. Przystanki owszem są, np. w Choszcznie, gdzie jemy obiad. Ale jak już jedziemy, to staram się. W końcu ten dzień nad morzem nie poczeka. Jeśli mamy tam dotrzeć przed nocą, to trzeba zagęszczać ruchy.
Nieprzyjemny jest przejazd przez Stargard. Przed miastem też średnio. Wymyśliłam chyba najgorszą drogę w województwie. Jest ona bardzo dziurawa, a na jej końcu jest w dodatku zakaz jazdy. Wszystko rozkopane i remont. Trzeba z 400 m przejść pieszo. Głupio mi z tego powodu, tym bardziej, że on na swój ironiczny sposób docenia jakość tej drogi. Na liczniku 220 km ze średnią 25,5 km/h.
Potem, za Stargardem, drogowo jest już lepiej. W Goleniowie Orlen. Czuję się dobrze i nawet wyglądam rześko, mimo przejechanych już niemal 260 km. Zamawiam bułkę na ciepło oraz pepsi. Ta bułka wchodzi ciężko…. On w tym czasie idzie na burgera i frytki. Zdążył tam dojechać, zjeść i wrócić, a ja… nadal nad tą bułką.
Dalsza droga miała być już na luzie, po technicznej drodze, wzdłuż S3. Miało to wejść łatwo i lekko. Tymczasem, nic bardziej mylnego! Gdzieś uciekła cała moc! Z trudem utrzymuję te 24-26 km/h. On się oddala i chyba myśli, że się obraziłam, bo przecież zupełnie nie wyglądam na zmęczoną.
Potem wjazd na wyspę Wolin, następnie Dargobądz, znany z BBT i DK nr 3. Ruch jest duży, na szczęście jest tu też pobocze. Sama końcówka nieco nerwowa. W Międzyzdrojach tłum ludzi, trudno się przebić nad morze. Jednak, co dziwne, na plaży ludzi jest znacznie mniej niż na mieście. Całości wyszło 323 km ze średnią 25,39 km/h. Szybkość na ostatnich 100 km trochę spadła. To chyba za sprawą dziurawej drogi przed Stargardem oraz niespodziewanego spadku sił za Goleniowem. Prawie całą trasę przejechałam w dolnym chwycie, bo wtedy mogę jechać z wyższą prędkością na mniejszym wydatku energetycznym. Na szczęście mój kręgosłup jest bardzo giętki i mogę sobie na coś takiego pozwolić.
Twilight. Zmierzch. Słońce jest tuż pod taflą morza. Zatopione. Ale niebo nie jest jeszcze ciemne. Czaruje nas pięknymi kolorami, które występują tylko o tej porze, która nie jest ani dniem, ani nocą. Te krótkie chwile są piękne. Zdejmujemy buty, idziemy plażą, robimy zdjęcia, wstawiam rower do wody, moczę stopy. Ale fajnie! No ale, żeby nie było zbyt dobrze, jest tu chyba milion komarów! A wszystkie one wściekle głodne.



„To ty jesteś specjalistką od miejscówek” – słyszę, więc pora pomyśleć o noclegu. Spakowani jesteśmy minimalistycznie, ale jesteśmy gotowi na noc w terenie. Proponuję 3 opcje: na zachód do lasu, na wschód na nielegalu do Parku Narodowego, albo zaraz za tory w ulicę Cmentarną, bo tam też jest las. Trzecia opcja wygrywa, bo to najbliżej. Jeszcze tylko małe zakupy i jedziemy w las.


To nadal jest poranek, jednak przejazd przez Szamotuły tradycyjnie nie jest zbyt przyjemny. Przejazd przez Obrzycko z kolei jest tak szybki, że na dobrą sprawę dopiero na wyjeździe z miasta orientuję się, że to już!
Potem jazda przez Puszczę Notecką, następnie jej północnym skrajem. Po przejechaniu 110 km na średniej prędkości 24,49 km/h, jestem w Wieleniu. Jest tu stacja Orlenu. Zgodnie z planem, zatrzymuję się. Muszę uzupełnić picie, wypić kawę, zjeść zapiekankę. To również tu spotykam się z moim partnerem do jazdy. Mam już wszystko ogarnięte, chowam akurat krem przeciwsłoneczny, gdy podjeżdża on i wita mnie słowami: a ty co się opierd…? Śmieję się. No fakt, to może wyglądać jak totalne leserstwo. Ruszamy. Chwilę jedzie za mną, ale nie po to przecież, by się chować. Bo za mną, jadącą w dolnym chwycie, trudno jest uzyskać jakiekolwiek korzyści, tak niska i płaska jestem wtedy. Po kilku minutach wychodzi na prowadzenie i zaczyna się galop. Z licznika nie schodzi zakres 30-34 km/h. Szybko. Potem mam okazję obserwować normalną reakcję organizmu na użądlenie pszczoły. Pszczoła żądli go w okolice mostka i… nie dzieje się nic szczególnego. Poza tym, że na chwilę się zatrzymujemy, co troszkę wybija z rytmu. Niemniej szalony galop trwa aż do Drezdenka.
Na wyjeździe z Drezdenka znany mi dobrze odcinek z drobnego kamiennego bruku. Tu zostaję z tyłu. Potem na chwilę się rozdzielamy i podjazd przed Dobiegniewem w całości robię sama. W samym Dobiegniewie jest już po prostu gorąco. To dobry moment, by przyjąć pepsi i lody. Od razu robi się fajniej.
Z Dobiegniewa jedziemy do Choszczna. Wracają tu wspomnienia z maratonów szosowych i jazdy Zdzicha Kalinowskiego na dobowy rekord. Nawet trochę się rozglądam, może on tu akurat też się gdzieś dziś kręci. Nikogo znajomego jednak nie ma. Z jazdy w dobrej prędkości nie zostało wiele. Każde z nas jedzie swoje. On z przodu, ja z tyłu. Mimo to, przykładam się. Zależy mi, by ta jazda nie była w trybie wycieczkowym, lecz sportowym. Przystanki owszem są, np. w Choszcznie, gdzie jemy obiad. Ale jak już jedziemy, to staram się. W końcu ten dzień nad morzem nie poczeka. Jeśli mamy tam dotrzeć przed nocą, to trzeba zagęszczać ruchy.
Nieprzyjemny jest przejazd przez Stargard. Przed miastem też średnio. Wymyśliłam chyba najgorszą drogę w województwie. Jest ona bardzo dziurawa, a na jej końcu jest w dodatku zakaz jazdy. Wszystko rozkopane i remont. Trzeba z 400 m przejść pieszo. Głupio mi z tego powodu, tym bardziej, że on na swój ironiczny sposób docenia jakość tej drogi. Na liczniku 220 km ze średnią 25,5 km/h.
Potem, za Stargardem, drogowo jest już lepiej. W Goleniowie Orlen. Czuję się dobrze i nawet wyglądam rześko, mimo przejechanych już niemal 260 km. Zamawiam bułkę na ciepło oraz pepsi. Ta bułka wchodzi ciężko…. On w tym czasie idzie na burgera i frytki. Zdążył tam dojechać, zjeść i wrócić, a ja… nadal nad tą bułką.
Dalsza droga miała być już na luzie, po technicznej drodze, wzdłuż S3. Miało to wejść łatwo i lekko. Tymczasem, nic bardziej mylnego! Gdzieś uciekła cała moc! Z trudem utrzymuję te 24-26 km/h. On się oddala i chyba myśli, że się obraziłam, bo przecież zupełnie nie wyglądam na zmęczoną.
Potem wjazd na wyspę Wolin, następnie Dargobądz, znany z BBT i DK nr 3. Ruch jest duży, na szczęście jest tu też pobocze. Sama końcówka nieco nerwowa. W Międzyzdrojach tłum ludzi, trudno się przebić nad morze. Jednak, co dziwne, na plaży ludzi jest znacznie mniej niż na mieście. Całości wyszło 323 km ze średnią 25,39 km/h. Szybkość na ostatnich 100 km trochę spadła. To chyba za sprawą dziurawej drogi przed Stargardem oraz niespodziewanego spadku sił za Goleniowem. Prawie całą trasę przejechałam w dolnym chwycie, bo wtedy mogę jechać z wyższą prędkością na mniejszym wydatku energetycznym. Na szczęście mój kręgosłup jest bardzo giętki i mogę sobie na coś takiego pozwolić.
Twilight. Zmierzch. Słońce jest tuż pod taflą morza. Zatopione. Ale niebo nie jest jeszcze ciemne. Czaruje nas pięknymi kolorami, które występują tylko o tej porze, która nie jest ani dniem, ani nocą. Te krótkie chwile są piękne. Zdejmujemy buty, idziemy plażą, robimy zdjęcia, wstawiam rower do wody, moczę stopy. Ale fajnie! No ale, żeby nie było zbyt dobrze, jest tu chyba milion komarów! A wszystkie one wściekle głodne.



„To ty jesteś specjalistką od miejscówek” – słyszę, więc pora pomyśleć o noclegu. Spakowani jesteśmy minimalistycznie, ale jesteśmy gotowi na noc w terenie. Proponuję 3 opcje: na zachód do lasu, na wschód na nielegalu do Parku Narodowego, albo zaraz za tory w ulicę Cmentarną, bo tam też jest las. Trzecia opcja wygrywa, bo to najbliżej. Jeszcze tylko małe zakupy i jedziemy w las.


Komentować mogą tylko zalogowani. Zaloguj się · Zarejestruj się!





