MP2016
Sobota, 4 czerwca 2016 Kategoria do 550, Kocia czytelnia
Uczestnicy
| Km: | 533.70 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 23:01 | km/h: | 23.19 |
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 4459m | Sprzęt: Kolarzówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Na maraton ruszamy w piątek około południa. Samochód z Wielkopolskimi Pyrami prowadzi Elizium, a w środku siedzą CRL, Rapsik, Starszapani i Kot. Dojazd mija niepostrzeżenie, po drodze zjadamy też obiad oraz (już w Kielcach) robimy zakupy. Gdy samochód skręca w dróżkę (to trasa maratonu) do bazy, czujemy respekt. Co za straszny podjazd! Po pięćsetce pewnie będzie się tu rower na metę wpychać...
W bazie rozpakowywanie bagaży, zdejmowanie rowerów z dachu i bagażnika. Potem ustawianie namiotu i krótka posiadówka przy stole, gdzie jest już chyba większość maratończyków. Jest mile i wesoło, ale przecież trzeba się wyspać.
Namiot. Zamykam oczy. Zasypiam niemal natychmiast.
Rano odpalam kuchenkę i gotuję wodę na kawę 3w1. Kuchenka była zbędna, bo obok przecież jest ośrodek, a tam czajniki i możliwość zagotowania wody. Śniadanie jem w dużej jadalni. W sumie jestem średnio głodna. Wciskam 2 kanapki i jogurt. Tyle na początek wystarczy. Czas ucieka jak zwykle za szybko i oczywiście do końca się miotam. Czy na pewno wszystko jest? O niczym nie zapomniałam? Prawie całość moich rzeczy ma w dużej podsiodłówce Wilk, jadę tylko z torebką na kierownicy - na lekko. Zdecydowaliśmy się na wspólną jazdę od startu do mety. Jeszcze licznik, GPS, pulsometr, smarowanie kremem z filtrem przeciwsłonecznym.
Trochę się boję, bo nie jestem pewna, czy moja kolarzówka działa jak należy. Ostatnio jechałam nią w grudniu 2015. Wtedy działała. Ruszamy i po pięciu kilometrach jazdy zauważam, że nie zresetowałam licznika w GPS. Resetuję więc teraz. Jedzie się świetnie. Lekki rower jednak robi swoje. Na pierwszych 100 km było mi tak leciutko, że w zasadzie nie zauważyłam, że były tam jakiekolwiek podjazdy (a ponoć w pionie było jakieś 500m). Grupa trochę się poszatkowała. Jedzie nas około 5 osób. Prowadzi Michał, ja na kole, jest też Wąski. Wąski pyta nawet, czy czasem nie jedziemy za szybko. Za szybko? Przecież jest tak przyjemnie!
Na pierwszym punkcie kontrolnym, skąd wysyłamy smsy, po przejechaniu stówy, mamy średnią 31 km/h. Czad! Nastroje mamy szampańskie wprost. Uzupełniamy płyny i jedzenie ekspresowo i już gnamy dalej. Następne 50 km również upływa pod znakiem dzidy. Łykamy gdzieś po drodze Olka, co wydaje mi się dziwne, bo nie sądziłam, że go dojdziemy. Nie siada na koło. Po 150 km zaczynają się górki. Trochę zwalniamy, ale cały czas idzie dobrze, zerkam na pulsometr. To dobry dzień, serce reaguje adekwatnie do wysiłku. Jedziemy we trójkę, na dość długim odcinku towarzyszy też nam Lunatyk. Dzieje się też rzecz mega zaskakująca - doganiamy Hipka. Okazuje się, że niestety jedzie chory. Mimo to ostatecznie i tak jedzie szybciej.
Podjazd przed punktem z makaronem (Zamek Kamieniec) robię z papcia. Licznik wykazuje tu 23%. To zdecydowanie za dużo jak na moje siły. Nie próbuję nawet walczyć, bo to i tak bez sensu. Mój rower ma co prawda korbę kompaktową, ale największa zębatka kasety to 29T. To za twarde przełożenie, by spróbować wyzwania. Wilk wjeżdża, Kot wpycha, wpychają również Wąski oraz Memorek, który jedzie cały czas swoim tempem i z którym trochę się tasujemy w połowie maratonu. Poza nami wędruje tu przypadkowy rowerzysta spoza maratonu.
W bazie rozpakowywanie bagaży, zdejmowanie rowerów z dachu i bagażnika. Potem ustawianie namiotu i krótka posiadówka przy stole, gdzie jest już chyba większość maratończyków. Jest mile i wesoło, ale przecież trzeba się wyspać.
Namiot. Zamykam oczy. Zasypiam niemal natychmiast.
Rano odpalam kuchenkę i gotuję wodę na kawę 3w1. Kuchenka była zbędna, bo obok przecież jest ośrodek, a tam czajniki i możliwość zagotowania wody. Śniadanie jem w dużej jadalni. W sumie jestem średnio głodna. Wciskam 2 kanapki i jogurt. Tyle na początek wystarczy. Czas ucieka jak zwykle za szybko i oczywiście do końca się miotam. Czy na pewno wszystko jest? O niczym nie zapomniałam? Prawie całość moich rzeczy ma w dużej podsiodłówce Wilk, jadę tylko z torebką na kierownicy - na lekko. Zdecydowaliśmy się na wspólną jazdę od startu do mety. Jeszcze licznik, GPS, pulsometr, smarowanie kremem z filtrem przeciwsłonecznym.
Trochę się boję, bo nie jestem pewna, czy moja kolarzówka działa jak należy. Ostatnio jechałam nią w grudniu 2015. Wtedy działała. Ruszamy i po pięciu kilometrach jazdy zauważam, że nie zresetowałam licznika w GPS. Resetuję więc teraz. Jedzie się świetnie. Lekki rower jednak robi swoje. Na pierwszych 100 km było mi tak leciutko, że w zasadzie nie zauważyłam, że były tam jakiekolwiek podjazdy (a ponoć w pionie było jakieś 500m). Grupa trochę się poszatkowała. Jedzie nas około 5 osób. Prowadzi Michał, ja na kole, jest też Wąski. Wąski pyta nawet, czy czasem nie jedziemy za szybko. Za szybko? Przecież jest tak przyjemnie!
Na pierwszym punkcie kontrolnym, skąd wysyłamy smsy, po przejechaniu stówy, mamy średnią 31 km/h. Czad! Nastroje mamy szampańskie wprost. Uzupełniamy płyny i jedzenie ekspresowo i już gnamy dalej. Następne 50 km również upływa pod znakiem dzidy. Łykamy gdzieś po drodze Olka, co wydaje mi się dziwne, bo nie sądziłam, że go dojdziemy. Nie siada na koło. Po 150 km zaczynają się górki. Trochę zwalniamy, ale cały czas idzie dobrze, zerkam na pulsometr. To dobry dzień, serce reaguje adekwatnie do wysiłku. Jedziemy we trójkę, na dość długim odcinku towarzyszy też nam Lunatyk. Dzieje się też rzecz mega zaskakująca - doganiamy Hipka. Okazuje się, że niestety jedzie chory. Mimo to ostatecznie i tak jedzie szybciej.
Podjazd przed punktem z makaronem (Zamek Kamieniec) robię z papcia. Licznik wykazuje tu 23%. To zdecydowanie za dużo jak na moje siły. Nie próbuję nawet walczyć, bo to i tak bez sensu. Mój rower ma co prawda korbę kompaktową, ale największa zębatka kasety to 29T. To za twarde przełożenie, by spróbować wyzwania. Wilk wjeżdża, Kot wpycha, wpychają również Wąski oraz Memorek, który jedzie cały czas swoim tempem i z którym trochę się tasujemy w połowie maratonu. Poza nami wędruje tu przypadkowy rowerzysta spoza maratonu.
Na punkcie jest nie tylko makaron, ale też pyszne ciasto, soki, woda, materac do leżenia i... wspaniały widok na okolicę. Siedzimy tu trochę. W międzyczasie dociera Lunatyk (skarżył się na ból kolana i został trochę z tyłu) oraz Gustav. Po tym drugim w ogóle nie widać zmęczenia. Jest wesoły, rozmowny, bawi się kamerką. Siedzę przy stole, zajadam i... nawet nie wiem, że są to ostatnie chwile gdy czuję się dobrze.
Po posiłku i krótkiej przerwie, ruszamy. Idzie średnio. Czuję, że camelbak wbija mi się w plecy. No pięknie, zamiast soku i wody niegazowanej dostałam sok i wodę gazowaną. A szlag by to! Nie da się jechać z tak napęczniałym plecakiem, bo nieznośnie uwiera. Muszę się zatrzymać i wypuścić bąbelki. Poza tym czuję, że makaron zalega mi w żołądku. Zamiast zastrzyku energii, są narastające mdłości. Jadę tak i jest mniej lub bardziej źle. Wpadam na pomysł, by może spróbować przetkać się słynnym odrdzewiaczem, czyli colą. No ale tu jest tak pusto! Michał mówi, że w Brzozowie poszukamy sklepu. Gdy tam docieramy, jest już lekko szaro. Siadam na chodniku, oparta o murek. Michał idzie załatwić colę. Piję. Siedzimy tak, na naszych camelbakach migają lampki.
Przechodzi jakiś facet i krzyczy do nas: "ej, dupy wam się świecą".
Cola niestety nie uratowała sytuacji. Nie ma żadnej zmiany. Jest już ciemno gdy dogania nas Olek a wraz z nim Alamanka. Mimo szczerych chęci, nie potrafię depnąć za nimi. Michał próbuje mnie motywować, ale odpuszcza, bo widzi, że to bez sensu. Z tym żołądkiem i twardą kasetą cudów nie będzie.
Po posiłku i krótkiej przerwie, ruszamy. Idzie średnio. Czuję, że camelbak wbija mi się w plecy. No pięknie, zamiast soku i wody niegazowanej dostałam sok i wodę gazowaną. A szlag by to! Nie da się jechać z tak napęczniałym plecakiem, bo nieznośnie uwiera. Muszę się zatrzymać i wypuścić bąbelki. Poza tym czuję, że makaron zalega mi w żołądku. Zamiast zastrzyku energii, są narastające mdłości. Jadę tak i jest mniej lub bardziej źle. Wpadam na pomysł, by może spróbować przetkać się słynnym odrdzewiaczem, czyli colą. No ale tu jest tak pusto! Michał mówi, że w Brzozowie poszukamy sklepu. Gdy tam docieramy, jest już lekko szaro. Siadam na chodniku, oparta o murek. Michał idzie załatwić colę. Piję. Siedzimy tak, na naszych camelbakach migają lampki.
Przechodzi jakiś facet i krzyczy do nas: "ej, dupy wam się świecą".
Cola niestety nie uratowała sytuacji. Nie ma żadnej zmiany. Jest już ciemno gdy dogania nas Olek a wraz z nim Alamanka. Mimo szczerych chęci, nie potrafię depnąć za nimi. Michał próbuje mnie motywować, ale odpuszcza, bo widzi, że to bez sensu. Z tym żołądkiem i twardą kasetą cudów nie będzie.
Na odcinku nocnym tasujemy się z grupą Gustava. Niesamowicie wesoły jest Gustav, pełen pozytywnej energii. DK9, którą pamiętam z BBT2014 jako najgorszy koszmar chciałam przejechać nocą. Udaje się to. Gdy kończymy te 20 km po krajówce, zaczyna świtać.
Ale, ale! Nie ma Wąskiego. Czekamy więc na niego przy zjeździe z krajówki. Jesteśmy tu we trójkę. Michał, ja i jeszcze ktoś. To bardzo miły człowiek. Ma ze sobą paczkę ziaren słonecznika. Sypie nam całe garście. Zjadam z apetytem. Potem leżę na betonowej kostce. Nie czuję ani zimna, ani tego, że przecież leżę na twardym betonie. Jest mi wygodnie. Wąski w końcu się zjawia i jedziemy teraz we czwórkę w nowy dzień.
Ale, ale! Nie ma Wąskiego. Czekamy więc na niego przy zjeździe z krajówki. Jesteśmy tu we trójkę. Michał, ja i jeszcze ktoś. To bardzo miły człowiek. Ma ze sobą paczkę ziaren słonecznika. Sypie nam całe garście. Zjadam z apetytem. Potem leżę na betonowej kostce. Nie czuję ani zimna, ani tego, że przecież leżę na twardym betonie. Jest mi wygodnie. Wąski w końcu się zjawia i jedziemy teraz we czwórkę w nowy dzień.

I tak się dotaczamy do Sandomierza. Nie jedziemy jednak od razu na rynek, by zaliczyć PK6, tylko najpierw uderzamy na Orlen. Siedzi tu Gustav z ekipą. To dziwne. Myślałam, że są już daaaaleko. Siadam na podłodze, potem kładę się. Leżę tu jakąś godzinę łącznie. Niestety nie udało mi się zasnąć. Szkoda, bo to mogło mi dużo pomóc. Potem jedziemy na sandomierski rynek. Na rynku robimy fotki, zdejmujemy ciuchy po chłodnej nocy i zimnym poranku. Trzeba też zmienić baterie w moim GPS.
Jeszcze tylko fotka przy pomniku zakotwiczonego nieba i w drogę. Ruszam przed Michałem, który siedzi tu jeszcze chwilę.
Ostatni odcinek około 70 km przed metą jadę fatalnie powoli. Gustav, Wąski i jeszcze kilku chłopaków trochę na mnie czekają. Gustaw zadaje mi nawet filozoficzne pytanie: czy kiedyś w twoim życiu było gorzej?
To bardzo trudne pytanie. Więc nie głowię się, tylko rzucam: nie! W pamięć zapadł mi też widok wąskiej asfaltowej nitki. Gustav stał z boku drogi w ręce trzymając wielkiego czerwonego maka polnego. Wyciągał go w moją stronę. Nie wzięłam, bo bałam się, że się wywalę, jeśli puszczę kierownicę choćby na sekundę. Potem spotykamy się jeszcze pod sklepem i daje mi i Michałowi banany - mówi, że na pamiątkę :)).
Ostatecznie chłopaki jadą swoim tempem i zostajemy z Michałem sami. Jedziemy powoli, ale co dziwne nikt nas nie dogania. Kilometry ciągną się w nieskończoność. Chyba też wieje. Na pewno świeci słońce. Jest dość ciepło. Dużo gadamy (nie pamiętam o czym, zarejestrowałam tylko fakt gadania). To świetnie, bo gadanie odwraca uwagę od fatalnego samopoczucia. Przed metą zatrzymujemy się jeszcze kilka razy.
Jeszcze tylko fotka przy pomniku zakotwiczonego nieba i w drogę. Ruszam przed Michałem, który siedzi tu jeszcze chwilę.
Ostatni odcinek około 70 km przed metą jadę fatalnie powoli. Gustav, Wąski i jeszcze kilku chłopaków trochę na mnie czekają. Gustaw zadaje mi nawet filozoficzne pytanie: czy kiedyś w twoim życiu było gorzej?
To bardzo trudne pytanie. Więc nie głowię się, tylko rzucam: nie! W pamięć zapadł mi też widok wąskiej asfaltowej nitki. Gustav stał z boku drogi w ręce trzymając wielkiego czerwonego maka polnego. Wyciągał go w moją stronę. Nie wzięłam, bo bałam się, że się wywalę, jeśli puszczę kierownicę choćby na sekundę. Potem spotykamy się jeszcze pod sklepem i daje mi i Michałowi banany - mówi, że na pamiątkę :)).
Ostatecznie chłopaki jadą swoim tempem i zostajemy z Michałem sami. Jedziemy powoli, ale co dziwne nikt nas nie dogania. Kilometry ciągną się w nieskończoność. Chyba też wieje. Na pewno świeci słońce. Jest dość ciepło. Dużo gadamy (nie pamiętam o czym, zarejestrowałam tylko fakt gadania). To świetnie, bo gadanie odwraca uwagę od fatalnego samopoczucia. Przed metą zatrzymujemy się jeszcze kilka razy.
I tak oto świetnie zaczęty wyścig posypał się jak domek z kart. Zamiast fajnego wyniku, były ponure myśli o rezygnacji i człapanie emeryckim tempem do mety. Na metę docieramy o 10:57, z czasem 26 godzin i 52 minuty. Wśród dziewczyn jestem trzecia (na 8 startujących). Open na 64 osoby, które ukończyły maraton jestem 31. Podziękowania dla Michała za wspólną jazdę. Podziękowania też dla Wąskiego, z którym zawsze jest wesoło. Dla Lunatyka, który pojawiał się i znikał, dla Gustava tryskającego energią nawet w środku nocy i dla wszystkich, z którymi miałam przyjemność jechać, a których z racji kłopotów żołądkowych nie zdołałam odwirtualnić :). Wielkie dzięki także dla Elizium, z którym zabrałam się samochodem na maraton i z maratonu, momentami aż miałam ciary na plecach :D.
Mapka:
Zdjęcia
Zaliczone gminy: Masłów, Bodzentyn, Pawłów, Nowa Słupia, Waśniów, Wojciechowice, Wilczyce, Obrazów, Sandomierz, Gorzyce, Grębów, Sędziszów Małopolski, Iwierzyce, Strzyżów, Nozdrzec, Haczów, Korczyna, Wojaszówka, Frysztak, Brzostek, Jodłowa, Ryglice, Szerzyny, Skrzyszów, Pilzno, Czarna (pow. Dębicki), Radomyśl Wielki, Radgoszcz, Szczucin, Pacanów, Oleśnica, Rytwiany, Staszów, Szydłów, Raków, Daleszyce, Górno (37 gmin).
Relacja sms z trasy
» 2016.06.05 - 10:58
Meta
» 2016.06.05 - 06:25
Pk6
» 2016.06.05 - 01:24
Jak lezalam na ulicy i patrzylam na gwiazdy, to krecilo mi sie w glowie. pije kawe teraz.
» 2016.06.05 - 01:13
Pk5
» 2016.06.04 - 21:35
Pk4
» 2016.06.04 - 20:45
Brzozow, bedziemy mnie leczyc cola.
» 2016.06.04 - 20:17
Rzeznia, zaszkodzil mi makaron. siedzimy. 284km zrobione.
» 2016.06.04 - 18:50
Z Waskim i Wilkiem. 23% mialam spacer. kazdy ale nie Wilk :-) cieplo.
» 2016.06.04 - 18:48
Pk3
» 2016.06.04 - 15:36
Pk2
» 2016.06.04 - 14:22
179 km. aaaa! Morduja Kota!
» 2016.06.04 - 11:23
Czyli dzida z Michalem.
» 2016.06.04 - 11:22
Pk1
» 2016.06.03 - 12:50
Worek pyrek spod Poznania jedzie na maraton :-)
» 2016.06.02 - 13:50
Marzena Szymanska MP500km
komentarze
> wszystkie napotkane po drodze toalety były moje
Czyli taki Orlen powinien Ci dniówkę odpalić za weryfikację czystości na stacjach.
Gratuluję ukończenia w takich warunkach. No i dzięki za relację, fajnie się czytało! Hipek - 15:08 wtorek, 14 czerwca 2016 | linkuj
Czyli taki Orlen powinien Ci dniówkę odpalić za weryfikację czystości na stacjach.
Gratuluję ukończenia w takich warunkach. No i dzięki za relację, fajnie się czytało! Hipek - 15:08 wtorek, 14 czerwca 2016 | linkuj
Masakra jakaś :)))) Dobrze że przeżyłaś. Polecam książkę "Historia wewnętrzna. Jelita - najbardziej fascynujący organ naszego ciała" - następnym razem będziesz miała świadomość co tak naprawdę się w brzuchu dzieje jak boli :) - przynajmniej będzie czym myśli zająć :D. No i gratuluję :)
Katana1978 - 20:52 niedziela, 12 czerwca 2016 | linkuj
Gratulacje,piękna walka.Wyjątkowo dużo na forum twardzieli.Chylę czoło.
Niekoniecznie makaron,to może być woda gazowana.Bąbelki poszły,ale trochę kwasu ta woda ma.
To mogło podrażnić żołądek. GoralNizinny - 15:31 niedziela, 12 czerwca 2016 | linkuj
Niekoniecznie makaron,to może być woda gazowana.Bąbelki poszły,ale trochę kwasu ta woda ma.
To mogło podrażnić żołądek. GoralNizinny - 15:31 niedziela, 12 czerwca 2016 | linkuj
Jest takie powiedzenie żołnierzy legionu cudzoziemskiego które mi tu pasuje do Kota !
" MASZERUJ ALBO GIŃ " !!! Jurek57 - 18:10 środa, 8 czerwca 2016 | linkuj
" MASZERUJ ALBO GIŃ " !!! Jurek57 - 18:10 środa, 8 czerwca 2016 | linkuj
"Ból jest chwilowy, może trwać minutę, godzinę, dzień... ale przemija. Potem następuje sukces".
To był zaszczyt z Tobą jechać na tym maratonie, masz niebywale silny charakter. Piękna relacja :) gustav - 23:22 wtorek, 7 czerwca 2016 | linkuj
To był zaszczyt z Tobą jechać na tym maratonie, masz niebywale silny charakter. Piękna relacja :) gustav - 23:22 wtorek, 7 czerwca 2016 | linkuj
Jak będziesz tak opisywać maratony to namówisz mnie na taki hardcore :) Gratulacje.
Bitels - 21:19 wtorek, 7 czerwca 2016 | linkuj
Komentować mogą tylko zalogowani. Zaloguj się · Zarejestruj się!





