Szkolenie
Poniedziałek, 2 lutego 2015 Kategoria do 50
| Km: | 44.12 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 177m | Sprzęt: Hardtail | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
To był wspaniały dzień! ;)
Pranie ręczne?
W sali szkoleniowej wieje chłodem. Niezbyt ciepła jest też kawa. Mocno średnie pierwsze odczucia poprawiają jednak ciasteczka. Spoglądam na szkolącą, która siedzi nad materiałami. Nie wygląd świadczy o wiedzy, ale ona... nie wygląda profesjonalnie. Włosy ma roztargane, na sobie zielony sweter... modny ładnych parę lat temu, jego rękawy podciągnięte po łokcie - jak do prania ręcznego. Besztam się wewnętrznie za tę surową ocenę i czekam aż zacznie mówić. Tu niestety fajerwerków też nie ma. Mówi o rzeczach zupełnie podstawowych. Porusza zagadnienia znane mi jeszcze ze studiów, spraw skomplikowanych w ogóle nie tyka. Cóż... miałabym do niej kilka pytań, ale nie zadaję ich, bo boję się, że nie będzie mi potrafiła udzielić odpowiedzi. A to by dla niej była przecież niezręczna sytuacja...
Odpływ i odlot
Siedzę tak sobie. Minuty mijają. Słucham i nie słucham. Myślami odpływam i odlatuję bardzo daleko.... Naprzeciwko mnie siedzi facet, który ma olbrzymią wiedzę w temacie (znam). Patrzę na niego raz po raz i widzę, że jest wściekły (po przerwie na szkolenie już nie wrócił).
Przerwa obiadowa. W sali jadalnej jest jeszcze zimniej niż w szkoleniowej. Staram się ukryć to, że drżę z zimna. Przy stoliku ze mną siedzą dość tęga dziewczyna i facet od organizacji szkolenia. Podają obiad. Mała patera z miksem surówek. Widzę, że w części jest cebula, której jeść nie mogę. Biorę więc paterę pierwsza i nakładam sobie marchewkę z mocnym postanowieniem, że jeśli oni nie wezmą reszty marchewki, to rzucę się na nią ja ;). Obiad jest mikroskopijny. To kilka ziemniaków i mały kawałek mięsa. Nie najadam się. Dziewczyna siedząca obok zjada tylko surówkę i mięso. Ziemniaki zostawia. Chętnie bym się na nie połakomiła, ale przecież nie wypada ;).
My - doradcy
Głodna wracam do sali szkoleniowej. Na pociechę robię sobie herbatę i biorę ciastka. Co z tą herbatą? Dlaczego napar jest tak blady? Popijam i już wiem - woda jest ledwie letnia! Od słabej lurowatej herbaty gorsza jest tylko lurowata zimna herbata!
Druga cześć szkolenia jest zupełnie nie na temat. Przeglądam program szkolenia i stwierdzam, że praktycznie nic nie zostało zrealizowane. Babka naraz przechodzi do opowiadania o swojej pracy i sytuacji życiowej. Okazuje się, że ma dużo obowiązków, płacą jej mało, żyje się ciężko. Wszystkim nam robi się jej żal. Udzielamy jej nawet porad.... A potem dostajemy do wypełnienia karty oceny szkolenia. Po ludzku jest mi szkoda tej pani, więc nie mam sumienia wpisać surowej oceny, na jaką zasługuje (to było najbardziej beznadziejne szkolenie na jakim byłam, sama bym je poprowadziła dużo lepiej, nie dowiedziałam się ni-cze-go nowego). Zamiast negatywnej oceny, w pustych liniach robię długie krechy. Tak na wszelki wypadek, by ktoś w puste miejsca nie wpisał w moim imieniu oceny entuzjastycznej ;).
Wychodzę ze szkolenia sfrustrowana i zła. Wsiadam zatem na rower i jadę się rozerwać do galerii handlowej. Może kupię sobie coś fajnego ;). Niestety jednak w takim nastroju wszystko oceniam bardzo krytycznie. Nie podoba mi się nic. Idę więc na pizzę. Jedząc ją czuję, że chyba jest zbyt słona.
Dość!
Wracam do domu.
Pranie ręczne?
W sali szkoleniowej wieje chłodem. Niezbyt ciepła jest też kawa. Mocno średnie pierwsze odczucia poprawiają jednak ciasteczka. Spoglądam na szkolącą, która siedzi nad materiałami. Nie wygląd świadczy o wiedzy, ale ona... nie wygląda profesjonalnie. Włosy ma roztargane, na sobie zielony sweter... modny ładnych parę lat temu, jego rękawy podciągnięte po łokcie - jak do prania ręcznego. Besztam się wewnętrznie za tę surową ocenę i czekam aż zacznie mówić. Tu niestety fajerwerków też nie ma. Mówi o rzeczach zupełnie podstawowych. Porusza zagadnienia znane mi jeszcze ze studiów, spraw skomplikowanych w ogóle nie tyka. Cóż... miałabym do niej kilka pytań, ale nie zadaję ich, bo boję się, że nie będzie mi potrafiła udzielić odpowiedzi. A to by dla niej była przecież niezręczna sytuacja...
Odpływ i odlot
Siedzę tak sobie. Minuty mijają. Słucham i nie słucham. Myślami odpływam i odlatuję bardzo daleko.... Naprzeciwko mnie siedzi facet, który ma olbrzymią wiedzę w temacie (znam). Patrzę na niego raz po raz i widzę, że jest wściekły (po przerwie na szkolenie już nie wrócił).
Przerwa obiadowa. W sali jadalnej jest jeszcze zimniej niż w szkoleniowej. Staram się ukryć to, że drżę z zimna. Przy stoliku ze mną siedzą dość tęga dziewczyna i facet od organizacji szkolenia. Podają obiad. Mała patera z miksem surówek. Widzę, że w części jest cebula, której jeść nie mogę. Biorę więc paterę pierwsza i nakładam sobie marchewkę z mocnym postanowieniem, że jeśli oni nie wezmą reszty marchewki, to rzucę się na nią ja ;). Obiad jest mikroskopijny. To kilka ziemniaków i mały kawałek mięsa. Nie najadam się. Dziewczyna siedząca obok zjada tylko surówkę i mięso. Ziemniaki zostawia. Chętnie bym się na nie połakomiła, ale przecież nie wypada ;).
My - doradcy
Głodna wracam do sali szkoleniowej. Na pociechę robię sobie herbatę i biorę ciastka. Co z tą herbatą? Dlaczego napar jest tak blady? Popijam i już wiem - woda jest ledwie letnia! Od słabej lurowatej herbaty gorsza jest tylko lurowata zimna herbata!
Druga cześć szkolenia jest zupełnie nie na temat. Przeglądam program szkolenia i stwierdzam, że praktycznie nic nie zostało zrealizowane. Babka naraz przechodzi do opowiadania o swojej pracy i sytuacji życiowej. Okazuje się, że ma dużo obowiązków, płacą jej mało, żyje się ciężko. Wszystkim nam robi się jej żal. Udzielamy jej nawet porad.... A potem dostajemy do wypełnienia karty oceny szkolenia. Po ludzku jest mi szkoda tej pani, więc nie mam sumienia wpisać surowej oceny, na jaką zasługuje (to było najbardziej beznadziejne szkolenie na jakim byłam, sama bym je poprowadziła dużo lepiej, nie dowiedziałam się ni-cze-go nowego). Zamiast negatywnej oceny, w pustych liniach robię długie krechy. Tak na wszelki wypadek, by ktoś w puste miejsca nie wpisał w moim imieniu oceny entuzjastycznej ;).
Wychodzę ze szkolenia sfrustrowana i zła. Wsiadam zatem na rower i jadę się rozerwać do galerii handlowej. Może kupię sobie coś fajnego ;). Niestety jednak w takim nastroju wszystko oceniam bardzo krytycznie. Nie podoba mi się nic. Idę więc na pizzę. Jedząc ją czuję, że chyba jest zbyt słona.
Dość!
Wracam do domu.
komentarze
Świetna relacja Kocie (Kotko) :)
Ubawiłem się setnie... zwłaszcza ten fragment o chęci spałaszowania Czyjegoś obiadu... a kwintesencja, to shopping po... i znowu skucha ;) sierra - 22:30 środa, 11 lutego 2015 | linkuj
Ubawiłem się setnie... zwłaszcza ten fragment o chęci spałaszowania Czyjegoś obiadu... a kwintesencja, to shopping po... i znowu skucha ;) sierra - 22:30 środa, 11 lutego 2015 | linkuj
Szkolenie jak szkolenie, ale bardziej martwi fakt, że nic sobie nie kupiłaś :P nie znoszę uczucia, kiedy chce coś kupić a wychodzę z pusta ręką :/
anetkas - 15:22 niedziela, 8 lutego 2015 | linkuj
Raczej próbowała brać ludzi na litość przed ocenianiem. ;)
mors - 20:38 sobota, 7 lutego 2015 | linkuj
Dobra relacja, najlepsza ta druga część szkolenia. Pani chyba miała wielką potrzebę wygadania się ;)
starszapani - 20:15 sobota, 7 lutego 2015 | linkuj
Ileż to razy na obiadach "okołoszkoleniowych" z zazdrością spoglądałem na pozostawiane ziemniaki czy, o zgrozo!, kotlety... ;)))
michuss - 19:29 sobota, 7 lutego 2015 | linkuj
Albo gdyby płacili nam za blogowanie... ;)
No to jeszcze czekamy na zdjęcie. ;) mors - 15:32 sobota, 7 lutego 2015 | linkuj
No to jeszcze czekamy na zdjęcie. ;) mors - 15:32 sobota, 7 lutego 2015 | linkuj
Opis tak obszerny, że byś zdążyła za ten czas zrobić i wrzucić tutaj stosowne zdjęcie. :) ;))
mors - 19:57 piątek, 6 lutego 2015 | linkuj
Komentować mogą tylko zalogowani. Zaloguj się · Zarejestruj się!





