Gatto.Rosablog rowerowy

informacje

baton rowerowy bikestats.pl
Statystyki zbiorcze na stronę

Znajomi

wszyscy znajomi(97)
Kalendarz na stronę

wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy Kot.bikestats.pl

linki

Rewal - maraton szosowy

Sobota, 20 września 2014 Kategoria do 250, Kocia czytelnia
Km: 216.44 Km teren: 0.00 Czas: 07:47 km/h: 27.81
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 731m Sprzęt: Kolarzówka Aktywność: Jazda na rowerze
Tegoroczny cykl Pucharu Polski w Szosowych Maratonach Rowerowych wieńczył maraton w Rewalu. W tym sezonie zupełnie odpuściłam udział w maratonach. Zaczęło brakować mi świeżości. Potrzebowałam czegoś innego. Z długich tras oczywiście nie zrezygnowałam – zaczęłam je organizować na własną rękę. Jednak w Rewalu musiałam się pojawić – raz, że wypada na choćby jednym maratonie w roku być, dwa – podczas zakończenia cyklu rozdawane były stroje rowerowe dla tych co w sierpniu ukończyli BBT. Byłam jedną z tych osób.

Plan
Skoro już zapisałam się na maraton (tradycyjnie – jak dawniej - na giga), to postanowiłam pojechać go… mocno. Tym razem było zupełnie inaczej niż dawniej. Kiedyś zawsze w duecie z Krzysztofem, teraz… osobno. Każde z nas na swój wynik. Plan miałam bardzo prosty – jadąc czy to z kimś, czy to sama (nigdy się nie wie jak podpasuje grupa, ew. z kim się zjedzie na trasie) – utrzymywać tętno w granicach 155 – 165 i kadencję 80-95. Pamiętając swoje najmocniejsze jazdy w maratonach na trasach długich wiedziałam, że jadąc w tym zakresie tętna i kadencji mogę osiągnąć dobry wynik. Wiedziałam też, że taka jazda praktycznie non stop nie będzie zbyt przyjemna…. no może będzie – ale to dość osobliwa przyjemność, którą nie każdy lubi ;). Trzymając się tego planu, przy jeździe na kole powinnam wyciągnąć średnią brutto 30-31km/h, przy jeździe samotnej – niższą, ale też niezłą. O planie nie mówiłam nikomu (byłoby głupio świecić oczami, gdyby nie wypaliło). W ogóle, jakoś specjalnie nie rozgłaszałam tego, że startuję.


Mężczyzna z moich marzeń
Do Rewala jadę z Krzysztofem autem zaraz po pracy w piątek. Nocujemy na miejscu, pod namiotem, na kempingu. Słoneczny i ciepły sobotni poranek zaczynam od przedstartowej sraczki. To nawet cieszy – będę lżejsza ;). Pojadę dzięki temu szybciej? Grupy startowe ustawiane są metodą losowania. Trafiam do pierwszej grupy, która rusza o 8:00. Nie lubię być w pierwszej grupie, nigdy nie lubiłam. Wszyscy gonią. Wolę jednak gonić, niż być łapaną. Trasa giga to 216km, czyli trzykrotne pokonanie pętli mini. Nie mam problemów z motywacją przy jeździe po rundach. Jakoś nigdy mnie nie kusiło, by przy przejeździe przez metę zakończyć jazdę. Wszystko jest kwestią motywacji i nastawienia. Moja grupa od razu się rwie. Na początku są ronda. Szybka jazda po rondzie idzie mi średnio. Dwóch czy trzech chłopaków ucieka, jeden zostaje, gdzieś za mną jest Ania Kruczkowska i chyba ktoś jeszcze. Gonię tego, który odpadł od początkowej dwójki. Udaje mi się go na chwilę dopaść, ale wjeżdżamy na kolejne rondo i tam się urywam, bo on wchodzi w zakręt ostro. No trudno. Od początku trzymam się planu, a nawet jadę trochę mocniej, bo przekraczam tętno 170. Czuję się jednak zupełnie dobrze, więc nie zwalniam. Jadąc pierwszą pętlę często się za siebie obracam. W moich marzeniach jest... mężczyzna. Ten idealny nie musi być jakiś specjalny. Nie mam wielkich wymagań – może być brzydki, a nawet niesympatyczny i gburowaty. Pożądane są natomiast takie cechy jak wysoki wzrost, szerokie plecy i umiejętność ciągnięcia mnie na kole. Prawda, że to niewiele? ;)

Klan
Gdy dogania mnie Krzysztof Czubiniak przez chwilę myślę, że to może być TEN facet. Ale nie jest. Zaprasza mnie co prawda na koło, ale jedzie szaleńczym tempem, którym by mnie raczej zabił niż dociągnął na metę. Łapię zatem koło na jakieś 200 metrów, po czym upewniwszy się, że nie ma między nami rowerowej chemii, puszczam. Znowu jadę sama i znowu obracam się za siebie. Za Gryficami dochodzi mnie trójka. Wśród nich jest Krzysztof „Klan” Łańcucki. Wiem, że oni z pewnością jadą tempem dla mnie za szybkim, ale Krzysia bardzo lubię, więc na całe 3km podczepiam się pod koło. Mówię mu przy tym, że ja tylko tak – na chwilę. Oni kręcą ostro cały czas. Czy to płasko, czy pod górkę, czy z górki. Puszczam koło na zjeździe. Znowu zostaję sama. Na pierwszym bufecie (Świerzno) nie zatrzymuję się. Planuję na całej 216km trasie zatrzymać się tylko 2 razy – na 72 i 144km. Jadąc swoim tempem (jest zupełnie przyzwoicie jak na samotną jazdę) kończę pierwsze kółko.

Wyrocznia
Na bufecie przy mecie (72 km) dolewam wody i jem słodką bułkę z kremem. Stoi tu między innymi Robert Janik. Mówię mu, że jadę sama, co on kwituje ze śmiechem stwierdzeniem, że to zupełnie normalne. Uwijam się szybko i po chwili znowu jestem na trasie. Moje marzenia o mężczyźnie pryskają jak bańka mydlana. Pora zejść na ziemię! Dochodzę do wniosku, że już raczej nikogo nie uda mi się trafić na tej trasie. Daję sobie spokój z patrzeniem za siebie. Jest tylko trasa przede mną, muzyka na mp3 i… pulsometr. Patrzę w niego jak w wyrocznię. Gdy tylko widzę, że tętno wynosi 150 lub poniżej, zmuszam się do większego wysiłku. To nie zawsze jest przyjemne, ale to jest maraton, a nie wycieczka. Sport, a nie rekreacja. Poza tym – to tylko 216 km. Nie ma mowy o obijaniu się! Druga runda to jazda solo. Dogania mnie co prawda grupa, w której wiozą się Sławka Glapiak i Ula Hałupka, ale zrywają mnie szybciutko. Jednak to nic nie szkodzi. Potrafię przecież jeździć sama. Co jakiś czas na odcinku Rewal – Cerkwica (taka rączka lassa doprowadzająca do pętli) widzę jadących z naprzeciwka maratończyków. To dobra okazja, by zobaczyć gdzie kto jest ;). Wiatr nie jest mocny, ale jest perfidny. Między Świerznem a Cerkwicą (jest tam nieciekawa nawierzchnia) myślę tylko o tym, by wreszcie dojechać do ronda i odbić na Rewal – tam na pierwszym kółku było z wiatrem. Niestety wiatr zmienia kierunek i teraz na dojeździe do Rewala trzeba z nim walczyć. Tę walkę umilam sobie (w końcowym odcinku) patrzeniem w dal, na latarnię morską w Niechorzu.

Taka jak ja
Gdy stoję na bufecie (słodka bułka, banan w rękę, dolewka wody), na metę dociera po skończonej jeździe na dystansie mega (144km), Krzysztof. Uzyskuje ładną średnią 34,74 km/h. Szybko się uwijam i ruszam na ostatnie kółeczko. No i wtedy na horyzoncie pojawia się ON. Mężczyzna. Czyżby ten, o którym marzyłam na pierwszym okrążeniu i na którego pojawienie się straciłam nadzieję na drugim kółku? Być może....
Jedzie sam.
Doganiam go.
Biorę na koło.
Niechże chłop odpocznie – myślę sobie. Nabierze świeżości, to mi pomoże utrzymać dobre tempo aż do mety. Tak mija czas, uciekają kilometry, a on…. odpoczywa. Chyba trochę za długo. Początkowo jestem cierpliwa, a gdy ta cierpliwość zaczyna się kończyć, on wychodzi na zmianę. Od razu jedzie tempem sporo szybszym od mojego i mnie urywa. Potem znowu się zjeżdżamy. Siada na koło. Daje krótką zmianę. Znowu odpoczywa. Dużo odpoczywa. Za dużo! Obija się? Eeee…. to zdecydowanie nie jest mężczyzna z moich marzeń, choć…. niewykluczone, że jemu brakowało takiej właśnie kobiety jak ja… ;-).

Do roboty!
To niestety wredna pijawka, co to nieustannie szuka ofiary z krwią gęstszą i cieplejszą. Wychodzi to na jaw, gdy wyprzedza nas jakiś chłopak. „Mój facet” nagle znajduje w sobie siłę i energię by za nim skoczyć. Jadą razem, ale on nie utrzymuje się. Zostaje sam i ogląda się. No nie! Pewnie znowu będzie chciał się przyssać! Jadę tak by go nie dogonić, ale szybko dochodzę do wniosku, że to bez sensu, bo w ten sposób mogę położyć swój plan jazdy. Ostatecznie doganiam go, wyprzedzam (nie czepił się na koło, ufff!) i uciekam. Po dłuższym czasie jednak dogania. Znowu siedzi na kole. Siedzi tak przez wiele kilometrów…. kilometr prawie dwusetny – nie wytrzymuję - to ten wredny odcinek po kiepskim asfalcie do Cerkwicy. Warczę do niego, że ma dać wreszcie zmianę. Udaje, że nie słyszy - warczę więc głośniej: „DO ROBOTY!” Gdy wychodzi do przodu niezbyt uprzejmym tonem pytam, czy siedząc mi na ogonie planuje się wieźć aż do samej mety. Odpowiedzi nawet nie chcę słyszeć i w związku z tym nie wyjmuję słuchawek z uszu. Jestem wściekła i nie mam ochoty z gościem dyskutować. Wychodzi do przodu i daje… żałosną zmianę. Trzyma prędkość 24 km/h. Płakać mi się chce. Jeśli to tak będzie wyglądało, to kaplica! Powoli zaczynam mieć wyrzuty sumienia – może niepotrzebnie byłam taka niemiła, może on po prostu nie ma siły na więcej? W końcu jest pod wiatr. Może mimo, że się nie znamy, a on się jedynie wozi i nie daje z siebie nic, powinnam być dobrą koleżanką i jednak go pociągnąć?

Pijaweczka
I wtedy, gdy już zaczynam mięknąć, dogania nas dwóch chłopaków. Moja pijaweczka szybciutko siada im na kole. Jadą tempem szybszym od mojego. A zatem to faktycznie wstrętny leń! Pijawka ucieka siedząc chłopakom na ogonie. Nawet dobrze – w końcu mam spokój. Przed metą mam jedną stresującą sytuację – jedzie akurat jakieś wesele – auta włączają się do ruchu z parkingu. Moim pasem jedzie autobus i widząc te samochody zatrzymuje się, by je puścić (blokuje cały pas). A orszak weselny oczywiście się nie spieszy. Wbiegam więc na chodnik omijam autobus (który podobnie jak orszak najwidoczniej ma mnóstwo czasu) i wpycham się na drogę. Na metę docieram sama, po w zasadzie w całości samotnie pokonanej trasie.

Czas brutto: 07:47:52
Średnia brutto: 27,7 km/h

Miejsce na dystansie giga open: 33/56
wyniki: http://live.ultimasport.pl/317/index.php?site=results&dys=GIGA&gen=O

Miejsce wśród kobiet open na giga: 3/11
wyniki: http://live.ultimasport.pl/317/index.php?site=results&dys=GIGA&gen=K

Miejsce w kategorii wiekowej na giga: 1/2
wyniki: http://live.ultimasport.pl/317/index.php?site=resu...

Szosy: nawierzchnie dobre. Wyjątkiem był odcinek Świerzno – Cerkwica. W Gryficach długie progi zwalniające z kostki, na trasie kilka przejazdów kolejowych.

Bufety: po dwa na pętlę. Zatrzymywałam się tylko na bufecie przy mecie, były tam: woda, banany i słodkie bułki z kremem. Nie wiem co było na drugim bufecie, ale słyszałam, że ponoć samoobsługa i brak wody!

Postoje: dwa, straciłam na nie łącznie około pięć minut.

Sobotni wieczór
Na mecie siedzimy sobie z Klanem i Krzychem. Dojeżdżają kolejne osoby: Irenka, Ania Kruczkowska, Ania Zakens, Teresa, Basia Kwaśniewska (to od niej dowiaduję się, że na bufecie w Świerznie zabrakło…. wody! A to wtopa!). Nadjeżdża też orszak weselny. Zatrzymujemy go… kładąc rowery na drodze. Młodzi zostają obdarowani medalami z maratonu, natomiast my dostajemy cukierki (Klan łapie się nawet na flaszkę wódki) ;)). Jest wesoło i przesympatycznie. Po skromnym posiłku regeneracyjnym (żurek) jedziemy na kemping wziąć prysznic. Potem idziemy na spacer nad morze. Słońce powoli zachodzi. Kontynuuję spacer nawet wtedy, gdy Krzysztof idzie już do knajpy California, gdzie w maratonowym towarzystwie mamy oglądać półfinałowy mecz naszych siatkarzy. Chodzę tak prawie aż do samej ciemności. Potem idę do Californi, gdzie w doskonałych nastrojach ogladąmy mecz.

Niedzielny poranek
W niedzielę rano zwijamy namiot i jedziemy pod szkołę, miejsce wczorajszego startu. Dziś odbędzie się tu uroczyste zamknięcie sezonu Superamaratonów i wręczenie strojów BBT. Gdy docieramy, czeka już tu Wilk. Na okoliczność wręczenia strojów przyjechał rowerem z Warszawy robiąc na raz ponad 500km. Sama uroczystość zamknięcia sezonu przebiega dość nieczytelnie. Staram się być skoncentrowana, ale nagłośnienie jest marne, słychać niewiele. Kategorii jest multum i ostatecznie trudno się połapać za co osoby wychodzące na środek dostają statuetki. Marek - organizator wymyśla kilka dodatkowych kategorii i w każdej z nich... łapie się na nagrodę ;). Nagradza się między innymi za ukończenie V Maratonu Rowerowego Dookoła Polski. Zrobił to w 22 dni. Tuż obok mnie siedzi Michał, zwycięzca MRDP, który morderczą imprezę Daniela Śmiei ukończył w 8 dni 14 godzin i 16 minut. Siedzi i uśmiecha się leciutko. Zaszczyt siedzieć obok niego. W końcu nadchodzi długo wyczekiwana chwila rozdania strojów BBT. Spośród dziewczyn, które ukończyły tegoroczny BBT jesteśmy tu we trzy: Irena, Basia i ja. Każda z nas otrzymuje…. za małą koszulkę. A to psikus! Koszulki, które miałyśmy do przymiarki przed BBT jako wzorce, to były modele męskie. Na nich się wzorowałyśmy wybierając rozmiar. Uszyto nam natomiast wersje damskie – które okazały się odpowiednio mniejsze. Jaka szkoda! Jeszcze wspólna fotka uczestników BBT i cała uroczystość dobiega końca.

Fotki: https://picasaweb.google.com/102656043294773462009...
Polar: https://picasaweb.google.com/102656043294773462009...


komentarze
Gratulacje raz jeszcze :) Fajne fotki, a stroje BBT bardzo twarzowe :)
starszapani
- 20:18 czwartek, 25 września 2014 | linkuj
Jazda po rondach to masakra. Zawsze na nich tracę za dużo czasu, a często i koło. Ale widzę, ze nie ja jedna.
Twoja relacja jak zwykle perfekcyjna :)
akacja68
- 06:44 środa, 24 września 2014 | linkuj
Dzięki!

A co do ręki - jest poprawa - powoli odzyskuję normalne czucie w palcach (choć do ideału jeszcze daleko). Wykręcony palec boli już mniej (żadnych sensacji tam na szczęście nie ma - zrobiłam dodatkowo USG, aby mieć pewność).
Kot
- 06:17 środa, 24 września 2014 | linkuj
Twarda sztuka z Ciebie :)) Podziwiam Cię za upór :) Z ręką już lepiej?
rmk
- 18:57 wtorek, 23 września 2014 | linkuj
Gratulacje ! :-)
Jurek57
- 18:13 wtorek, 23 września 2014 | linkuj
heh, klasa relacja Kocie :D - wyników nie gratuluję, bo dobrze wiesz, że jeździsz nieziemsko...
elizium
- 09:22 wtorek, 23 września 2014 | linkuj
Fajna jazda i ładne ubranko na rozdaniu:D Tak kobieco:D
Ksiegowy
- 09:17 wtorek, 23 września 2014 | linkuj
Gratulacje :)
dodoelk
- 08:45 wtorek, 23 września 2014 | linkuj
Komentować mogą tylko zalogowani. Zaloguj się · Zarejestruj się!

kategorie bloga

Moje rowery

Hardtail 78409 km
Przełajówka 51579 km
Terenówka 26133 km
Kolarzówka 51959 km

szukaj

archiwum