Gatto.Rosablog rowerowy

informacje

baton rowerowy bikestats.pl
Statystyki zbiorcze na stronę

Znajomi

wszyscy znajomi(101)
Kalendarz na stronę

wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy Kot.bikestats.pl

linki

Do Dólska pod Świeciem (solo)

Sobota, 28 czerwca 2014 Kategoria do 300, Kocia czytelnia
Km: 253.04 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: m Sprzęt: Przełajówka Aktywność: Jazda na rowerze
Plan na weekend miałam szeroki, ale pogoda (zapowiadane nocne opady i być może burze) kompletnie mnie zniechęciły. Wymyśliłam zatem coś zupełnie innego.

W sobotę budzik dzwoni o 4:00 rano. Śniadanie + gazeta + radio + kawa + ciasteczko. Można jechać. Trasa na dziś to dojazd okrężną drogą do Świecia. Pogoda jest niepewna: możliwe deszcze, ale wiatr w plecy. Od rana jednak nie wieje wcale, na szczęście też nie pada.

Pułapka
Aż do Jabłkowa trasę znam na pamięć. Przed Mieściskiem na chwilę wjeżdżam na dość ruchliwą szosę Gniezno – Wągrowiec, ale jadę nią krótko. Mam złe wspomnienia z tej szosy (gdy jechałam nią kiedyś do Szamocina, niewiele brakowało, a by mnie potrącił samochód). Za Mieściskiem trochę lasu, potem pola i niepewny odcinek Rąbczyn – Łekno. Z map wynikało, że może tu być nieciekawie (pełno dziur, a kto wie, czy nawet nie wyłażący spod asfaltu teren). Jednak nie jest tak źle i da się całkiem normalnie jechać. Jest tu jednak jedna pułapka – to paskudny (z tego co pamiętam - chyba nawet zupełnie bez oznaczenia) przejazd kolejowy. Prawie zaliczam glebę, a rower wydaje z siebie straszny dźwięk gdy przelatuję tu na normalnej prędkości. Od razu się zatrzymuję i sprawdzam, czy rama jest cała – na szczęście tak.

Cisza
W Łeknie (66 km trasy) zaczyna się porządnie chmurzyć. Wpadam do sklepu, kupuję ciastko francuskie, colę i w drogę! Do Gołańczy docieram jeszcze bez deszczu. Z daleka oglądam imponujący elewator oraz pole wiatraków. Musi tu często wiać. Szkoda tylko, że dziś zamiast zapowiadanego wiatru w plecy jest akurat cisza. W samym mieście uwagę zwraca kościół z drewnianą wieżą. Zatrzymuję się na fotkę i jadę dalej. Kolejny postój przypada już za chwilę – z szarego nieba zaczyna padać deszcz. Robię sprint na najbliższy przystanek autobusowy i ubieram kurtkę deszczową. Moja trasa trochę kręci – by uniknąć co główniejszych dróg, poprowadziłam ją lekkim zygzakiem.

Na półmetku
Robię spory zygzak i docieram do Ludwikowa, gdzie nawierzchnia dramatycznie się pogarsza i aż do Samostrzela pozostanie fatalna (około 10km). Mam tu grysik drogowy, piach, dziury, łaty i szczeliny, z których radośnie wyrasta trawa. Noteć w tym miejscu rozwidla się, przejeżdżam więc przez dwa mosty na niej. Aż do Samostrzela jest płasko. Samostrzel to chyba najładniejsza miejscowość na trasie: równy, stary kamienny bruk, nieduży kościółek i sympatyczny podjazd wyprowadzający z doliny Noteci. Kawałek dalej z prawie zupełnej dziczy wjeżdżam na DK10. To połowa mojej trasy. Następny deszcz łapie mnie przed Więcborkiem i zjazd do miasta robię już w zupełnie załamanej pogodzie. Piję kawę i jadę do Sępólna Krajeńskiego, za którym odbijam na dobre na wschód.

Stoją i się gapią
W Wielkiej Kloni łapię kapcia. Mierzę czas – cała zabawa ze zmianą dętki zajmuje mi 16 minut. Do celu jeszcze ponad 60 km, w tym pełen uroku kawałek przez Bory Tucholskie. Nieprzyjemny kawałek Tuchola – Świecie pokonuję szybko. Przy drodze tej na całym moim odcinku stoi mnóstwo ludzi. Niczego nie sprzedają, nie łapią też stopa. Po prostu stoją i się gapią. Co za dziwactwo!

Czterokilometrowy podjazd
Po zjeździe z tej szosy zaczyna się moja 24 kilometrowa czasówka. „Meta” jest otwarta do określonej godziny, jeśli się spóźnię, przez cały festiwal będę musiała mieć rower przy sobie. Zależy mi więc by zdążyć. Smaczku dodaje też to, że nie do końca wiem gdzie mam dojechać. Otrzymuję instrukcję, że jednak nie do Świecia, a do Dólska pod Świeciem. Wiszę więc na telefonie, pytam ludzi o drogę. Jeden z miejscowych straszy, że za chwilę zacznie się 4-kilometrowy podjazd. Co za fantastyczna historia! Takie numery to tylko w górach! Ubawiona jadę na tę „rzeźnię”. Czasówkę w wykańczającym stylu „start-dzida-stop-start...” kończę mając 11 minut zapasu. Na kolację zjadam pół chleba, wypijam 2 herbaty. Potem jeszcze dokładam gofra i kawę, a koło północy rzucam się na pizzę. A na festiwalu i burza i ulewy. Mimo to bawię się świetnie do drugiej w nocy i nie myślę o jutrzejszym powrocie do domu.....

mapka: http://www.gpsies.com/map.do?fileId=wbclncsoqdxetc...

fotki: https://picasaweb.google.com/102656043294773462009...


komentarze
Zdjęć robiłam sporo i przez to jechałam prawie cały dzień. Ale to zawsze jest tak, że coś kosztem czegoś ;). Jechałam sama, więc nie musiałam się specjalnie napinać. Napinka pojawiła się dopiero pod koniec, gdy okazało się, że czas się kurczy, a tu najpierw kapeć, a potem nerwowa czasówka i szukanie bazy.
Kot
- 05:54 czwartek, 3 lipca 2014 | linkuj
Ale wyprawa. Jeszcze raz gratuluję. Narobiłaś sporo zdjęć - bardzo fajne klimaty, chociaż pogoda Ciebie nie rozpieszczała. Jesteś niesamowita i będę to powtarzać aż do znudzenia :) Buźka :)
starszapani
- 20:19 środa, 2 lipca 2014 | linkuj
Komentować mogą tylko znajomi. Zaloguj się · Zarejestruj się!

kategorie bloga

Moje rowery

Hardtail
Przełajówka
Terenówka
Kolarzówka

szukaj

archiwum