Gatto.Rosablog rowerowy

informacje

baton rowerowy bikestats.pl
Statystyki zbiorcze na stronę

Znajomi

wszyscy znajomi(97)
Kalendarz na stronę

wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy Kot.bikestats.pl

linki

Harpagan 47

Sobota, 12 kwietnia 2014 Kategoria do 200, Kocia czytelnia
Km: 160.24 Km teren: 0.00 Czas: km/h:
Pr. maks.: 0.00 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 1486m Sprzęt: Terenówka Aktywność: Jazda na rowerze
Kiedy następnego dnia rano wstaję, mogę iść zupełnie normalnie. Gdyby nie kontuzja kostki w moich nogach nie byłoby śladu wczorajszego Harpagana. Jak nigdy. Żadnych zakwasów, żadnego uczucia nabicia w mięśniach. To źle, bo po zawodach nogi powinny czuć, że jechały. Ten ból to zawsze największa nagroda za wysiłek. Nagroda bardzo osobista – od siebie dla siebie. Dziś jej nie dostałam. Wchodzę do toalety, lustro omijam szerokim łukiem. Nie chcę spojrzeć sobie w oczy, by nie zobaczyć tego czego nie chcę widzieć.

Tuż przed
W piątek urywamy się z pracy wcześniej. Szybki obiad i już siedzimy w aucie jadąc na 47 edycję Harpagana. Bazą jest Bożepole Wielkie. Na miejsce docieramy późnym wieczorem. Sala pęka w szwach, ale miejsce trzymają nam Paweł i Małgosia. Rejestracja, odbiór koszulki, pogaduchy i idziemy spać. Noc mija za szybko. Wg prognoz ma padać i faktycznie od samego początku jest szaro. Ubieram się zakładając, że będzie deszcz. Odbieramy mapy i po chwili można startować. Organizator nawołuje by jechać w las. Jakiś chłopak komentuje: sam sobie jedź! Wszyscy pochylają się nad mapami. Punkty kontrolne (jak ostatnio) zaznaczone są mało kontrastowo.

Ubikacja
Zaczynamy i od razu zonk za zonkiem. Siedzę na rowerze jak na ubikacji. Siodło jest dziwnie nisko. Jak to możliwe? Kto grzebał przy moim rowerze i zmieniał ustawienia??! Okazuje się, że przy okazji serwisu hamulców sztyca została wsunięta w ramę. By łatwiej było przechować rower. Moja wściekłość nie zna granic. Niestety jestem wyjątkowo wrażliwa na zmiany ustawień. A Harpagan to zdecydowanie nie czas i miejsce na fitting! Zanim jako tako udaje się ustawić wysokość siodła muszę zatrzymać się aż 3x. Pierwszy skręt to błąd, drugi – tak samo. Potem jedziemy już dobrze. Powoli złość opada. Wznosi się natomiast droga. Jedziemy na południe na PK18. Podjazd jest paskudny. Przestaję się dziwić, że jest ciężko, gdy spoglądam na licznik (13% nachylenia). A to dopiero początek, bo dalej jest jeszcze fajniej – 23% . Wlatuję w koleinę i muszę ruszać z miejsca pod tę potworną stromiznę. Udaje się, ale nie jadę długo. Czuję, że brakuje mi płuc, serce wali młotem i cała jestem zagotowana w goretexie. Nie widziałam, by ktokolwiek zrobił ten podjazd do końca. Ostrą walkę na nierozgrzanych nogach (to pierwsze kilometry!) przypłacam lekkim naciągnięciem mięśnia gdzieś nad kolanem w lewej nodze. Czuję to potem na każdym istotniejszym podjeździe do końca dnia, ale nie ma wielkiej tragedii. Zaliczamy punkt i zaczyna się zejście. Najpierw jest to pionowy singiel, potem schody. Nikt nie zjeżdża. Niektórzy ofiarnie niosą swoje rowery. Ja swój targam za sobą.

Wyrobisko widmo
Dalej jedziemy szosą w stronę PK20 (spotykamy magfę jadącą ze sporą ekipą na PK18). Ile się da ciągniemy szosą, potem w jakiejś wiosce Krzysztof łapie porannego dziadka i podpytuje go trochę. Ten odpowiada wplatając elementy kaszubskiej gwary. Miło posłuchać. PK10 to ma być wyrobisko żwiru. Naszym tempem jedzie chłopak na fullu Speca. Wiele kilometrów jedziemy tak „razem”. Wyrobiska żwiru chwilę szukamy. Krzysztof biega nawet po górkach, by mieć lepszy widok, ale niczego nie udaje mu się zobaczyć. Postanawiamy pojechać kawałek główną gruntówką i dosłownie za chwilę ładujemy się prosto na punkt. Wyrobisko? Gdzież ono jest? Żadnego nie widzimy.

Czekając na deszcz
Następny punkt to 16 – „miejsce odpoczynku” i rzeczywiście aż by się chciało odpocząć, bo aby tu dotrzeć, trzeba pokonać solidny podjazd. Zamiast pod wiatą, odpoczywamy na zjeździe. W drodze do PK11 znowu trzeba trochę popracować. Szosowy podjazd jest długi. Wlokę się tu bardzo, by nie obciążać naciągniętego mięśnia. Wskakuję nawet na ścieżkę rowerową. Mijamy Zbiornik Górny elektrowni szczytowo-pompowej Żarnowiec i niedługo docieramy na punkt. Obsługa jest bardzo miła, bo sama proponuje dolewkę wody. Korzystamy – dzięki temu będzie można odwlec wizytę w sklepie.
Cały czas deszczu brak.
A ja ubrana jak na deszcz i nie bardzo mogę cokolwiek zdjąć.
Gotuję się na każdym podjeździe - moja kurtka moją prywatną sauną.

Skrót
Z PK11 jedziemy na PK5. Trochę jedziemy szosą. Mijamy potężne rury łączące zbiorniki górny i dolny Hydroelektrowni Żarnowiec, podziwiamy jezioro. Wymyślamy, że skrócimy sobie dojazd na punkt terenem. Zapowiada się mocny podjazd. Niestety z podjazdu nici. Jest tyle piachu, że szybko się zakopujemy. Czas podreptać. Potem pojawia się do wyboru cała paleta dróżek, w które można skręcić. Nie zawsze dobrze jest mieć wybór. Nie chcemy się zamotać, więc wsiadamy na rowery i wszystko to co wepchnęliśmy, zjeżdżamy. I tak aż do szosy. Potem zaczynamy podjazd już szosą. Wersją dłuższą, ale też o wiele bardziej pewną. Terenem docieramy do krzyża, odbijamy w prawo, potem w lewo i jest punkt. Szkoda, że od razu tak nie zrobiliśmy.

Demotywator
PK13 oznaczony jest w legendzie mapy jako „Diabelski Kamień”. Diabelska jest również sama końcówka dojazdu: stromy podjazd pełen wystających korzeni. Krzysztof to wjeżdża, ja wpycham. Potem zejście/zjazd. Przychodzi pora na długi przelot na PK17. To gwóźdź programu – punkt jest nad morzem! Na tylu Harpaganach byłam i nigdy nie trafiłam by jakikolwiek punkt był nad morzem. Bardzo się cieszę na ten punkt! Po wydostaniu się z PK13 wskakujemy na szosę i lecimy na północ do Dębek. Z Krzysztofem współpracuje mi się dziś genialnie. Jest mi nawigatorem, którego widzę cały czas gdzieś w oddali. Nie ma mowy o jeździe na kole. Dzieli nas kilkadziesiąt metrów. Cały czas jadę sama. Przed Dębkami ucieka mi tak bardzo, że prawie tracę go z oczu. Działa to na mnie wybitnie demotywująco. Gdyby był nieco bliżej, choćby w zasięgu głosu…. ale nie! Zupełnie nie chce mi się jechać. Jadę jednak, bo wiem, że na mecie będzie człowiek, który mnie oceni. Którego raczej nie będzie obchodziło moje tłumaczenie się, ale wynik. Ta myśl każe mi jechać. Jadę.

Morza szum, ptaków śpiew
Docieramy nad morze. Bardzo długo go nie widać. Jedziemy najpierw szlakiem R10 (po raz drugi spotykamy Stasieja), potem odbijamy ku morzu i poruszamy się wąską ścieżką. No i w końcu jest punkt. Jestem jednak bardziej turystką niż sportowcem, bo zostawiam rower i idę na plażę.

Punkt nad morzem to też okazja do świętowania. Trzeba to oblać. Jeden z uczestników gdy tylko dojeżdża, otwiera piwo i zapala papierosa. Na nas czas. Jedziemy na PK15. Jest to prawdziwa rzeźnia. Dojazd to przedzieranie się przez las. Nie ma tu żadnej ścieżki, idziemy po gałęziach, liściach, między drzewami. Przedzieramy się przez strumyk (hop!), a potem dębowy młodnik. Końca lasu nie widać. Drzewa, krzewy, gałęzie, zeschłe liście. Trzeba bardzo uważać, by nie wykręcić nogi. W końcu wychodzimy na normalną gruntówkę. Co za radość!

Z tego młodnika dębowego wyszliśmy:

I wkrótce jest PK nad pięknym jeziorem. Wielu uczestników tu wypoczywa. My robimy fotki i jedziemy.

Cały czas nie pada.
Co z tą prognozą?!
Ubrana jestem na deszcz. I nie mam się jak rozebrać!
Nie tylko że nie pada, ale świeci pełne słońce. Gorąco mi!

Nie, nie!
Czym dalej, tym więcej łażenia. Droga na PK7 to kolejny bardzo długi spacer. Niby jest jakaś droga, ale tak dziadowa, że jechać się nie da. W dodatku pełno jeżyn. Można się wściec. Kiedy umordowana wychodzę na normalną gruntówkę, minę muszę mieć straszną. Tą gruntówką jedzie kilku chłopaków. Na mój widok gadają: nie, nie! Nie możemy jechać tam skąd ona wyszła! I nie pojechali. Mam dziwne uczucie kłucia w łydce. Patrzę co z nią i widzę kilka grubych kolców tkwiących w nodze. Wyciągam je i od razu jest lepiej. W sumie to nawet się cieszę – lepiej mieć kolce w nodze, niż w oponie.

Na finiszu
Wydostajemy się z PK7 i jedziemy na PK8. Dość już mam targania roweru i dróg, które są tylko na mapie. Wreszcie więcej szosy. To za chwilę, a tymczasem jeszcze raz jedziemy ścieżką która kończy się polem, a potem stromym zboczem. Wrr!

Końcówka przeprawy przez pole:

Do szosy już blisko, ale tędy nie wyjdziemy:

Na punkcie Krzysztof dostaje od obsługi napój energetyczny. Z PK8 jedziemy w stronę PK14. To wg planu ostatni punkt. Przelot jest długi i w większości gruntowy. W większości jest to również podjazd (łagodny). Coś niedobrego dzieje się z moją kostką. Kłuje. Za dużo łażenia? A może to wina zmiany ustawienia wysokości siodła? Albo nowe buty? Nieważne. Potrafię całkiem dobrze wypierać ze świadomości ból. A do mety już niedaleko.

Niestety PK14 nie odnajdujemy. Z czasem zaczyna się robić wąsko. Załącza się mała nerwówka. Myśli się gorzej. No niestety. Odpuszczamy i zupełnie spokojnie jedziemy na metę. Mijamy wielu pieszych. Jeden prosi, bym go podwiozła.

Na mecie kawa, makaron i znajomi. W świetnej atmosferze siedzimy aż do późnego wieczora. Na 14 dziewczyn z trasy TR200 zajmuję drugie miejsce. (Open jestem 67/157). Otrzymuję metalową statuetkę z wyciętą literą H.
H jak Harpagan. Jest cudowna! Marzyłam o niej od dawna. Z radości ją całuję.

Ja niegodna, która nie potrafiłam się dziś zmotywować do mocnej jazdy.

Kilometrów:160,24,
Przewyższenie: 1486m
Punktów kontrolnych: 11 (18, 20, 10, 16, 11, 5, 13, 17, 15, 7, 8)
Punktów wagowych: 39
Spóźnienie: 0
Na zakończenie: był to mój najbardziej pieszy Harpagan ze wszystkich jedenastu, na których byłam.
Deszcz: miał być przecież! ;)

Relacja kolegi - jego żona, Małgosia na TR200 była pierwsza. Gratulacje raz jeszcze :) http://dodoelk.bikestats.pl/1123946,Harpagan-H47-...

komentarze
gratuluję tego kawałka żelastwa :)
zabel
- 13:12 wtorek, 15 kwietnia 2014 | linkuj
:-) Gdybym miała fulla wybrałabym wariant schodowy. Na sztywniaku uszczęśliwiona byłabym wariantem niteczkowym :D
Koteczku - dopóki nie spróbujesz to nie będziesz wiedzieć ;)

No tak - może całości nie zrobiliście, ale ja i tak jestem pod wielkim wrażeniem.
lea
- 08:41 poniedziałek, 14 kwietnia 2014 | linkuj
Lea - całej trasy nie udało się zrobić. Zaliczone 11 punktów kontrolnych na 20 możliwych oraz zdobyte 39 punktów wagowych na 60 możliwych.
Kot
- 07:32 poniedziałek, 14 kwietnia 2014 | linkuj
Lea - gdy szłam schodami myślałam właśnie o Tobie :). Zastanawiałam się tylko - który wariant byś wybrała: schody, czy ta niteczka obok. Ja nawet nie próbowałam. Bym się pozabijała na bank ;)

rmk, starszapani - dziękuję! :)
Kot
- 19:37 niedziela, 13 kwietnia 2014 | linkuj
Bardzo fajna fotorelacja :) Ogromniaste gratulacje zdobycia literki :))) !!!!
starszapani
- 19:17 niedziela, 13 kwietnia 2014 | linkuj
Wielkie gratulacje! Ciekawa relacja, super sprawa ten Harpagan :)
rmk
- 19:09 niedziela, 13 kwietnia 2014 | linkuj
Olbrzymie gratulacje. Za realizację całej trasy i za piękną "H" :)
Po opisie widać, że był to bardzo wymagający dzień.
Zjazd z pierwszej fotki (ścieżynka z lewej strony schodów) - cudo :P
lea
- 18:28 niedziela, 13 kwietnia 2014 | linkuj
Komentować mogą tylko zalogowani. Zaloguj się · Zarejestruj się!

kategorie bloga

Moje rowery

Hardtail 78409 km
Przełajówka 51579 km
Terenówka 26133 km
Kolarzówka 51959 km

szukaj

archiwum