Wpisy archiwalne w miesiącu
Kwiecień, 2014
| Dystans całkowity: | 2338.10 km (w terenie 0.00 km; 0.00%) |
| Czas w ruchu: | b.d. |
| Średnia prędkość: | b.d. |
| Suma podjazdów: | 7760 m |
| Liczba aktywności: | 32 |
| Średnio na aktywność: | 73.07 km |
| Więcej statystyk | |
Praca
Piątek, 11 kwietnia 2014
| Km: | 25.51 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 138m | Sprzęt: Hardtail | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Praca i teatr
Czwartek, 10 kwietnia 2014
| Km: | 53.19 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 236m | Sprzęt: Hardtail | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Praca
Środa, 9 kwietnia 2014
| Km: | 25.73 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 146m | Sprzęt: Hardtail | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Praca
Wtorek, 8 kwietnia 2014
| Km: | 38.76 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 214m | Sprzęt: Hardtail | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Praca
Poniedziałek, 7 kwietnia 2014
| Km: | 29.91 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 161m | Sprzęt: Hardtail | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Zwykły dojazd pracowy.
Uszczegółowiłam dwusetkę sobotnią:http://kot.bikestats.pl/1120396,Poznan-Szczecin.html i niedzielną:http://kot.bikestats.pl/1120398,Szczecin-Szczecinek.html
Uszczegółowiłam dwusetkę sobotnią:http://kot.bikestats.pl/1120396,Poznan-Szczecin.html i niedzielną:http://kot.bikestats.pl/1120398,Szczecin-Szczecinek.html
Szczecin - Szczecinek
Niedziela, 6 kwietnia 2014 Kategoria do 250, Kocia czytelnia
| Km: | 216.20 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | m | Sprzęt: Kolarzówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Budzik dzwoni o 4.00
rano. Marek wstaje razem z nami i wspólnie jemy śniadanie. Niestety obudziłam
się ze spuchniętymi oczami. Nie przewidziałam, że tu mogą kwitnąć akurat inne
rośliny niż u nas. Niewiele mogę na to poradzić. Oczy łzawią i szczypią. Cóż,
trudno.
Queen of the night
Po śniadanku żegnamy się z Markiem i ruszamy w drogę. Jest jeszcze zupełnie ciemno. Szczecin śpi.

Jest też całkiem ciepło (8 stopni). Zaczynamy od zjazdu. Szosa mocno opada i rowery lecą jak na skrzydłach. Jazda przez pogrążone we śnie miasto jest bardzo przyjemna. Moja MP3 jakby wyczuwała wczesną porę, bo w sposób zupełnie losowy płyną przez słuchawki kolejne spokojne kawałki. Pierwszy bardziej dynamiczny utwór to Whitney Houston i jej Queen of the night. Nie ma tu żadnych innych dziewczyn na rowerach o tej absurdalnej porze. Przez ponad godzinę mogę być taką queen of the night, a potem przychodzi upiornie trzeźwy świt.
Kac
Jest paskudnie zimno (jedynie 5 stopni) i szaro. Żadnych romantycznych wschodów słońca. Zamiast tego stalowe szarości.

Romantyzmu nie przydaje też sama droga. Nawierzchnia jest parszywa. Łata na łacie i dziura za dziurą. Raz po raz natura radośnie triumfuje nad cywilizacją i z dziur wyrasta trawa. Dopełnieniem tego obrazka są lekko wczorajsi panowie, których raz po raz mijamy. Chodzą bokiem drogi chwilami wyłażąc na jej środek. Dla nich ten świt nie jest upiornie trzeźwy, a raczej do bólu skacowany.
Na rezerwie
Dzisiejsza trasa wchodzi gorzej niż wczorajsza. Siedzimy na jakimś beznadziejnym przystanku autobusowym i zastanawiamy się co się dzieje.

Nogi wczorajszej trasy nie odczuły. Są zupełnie ok. Wychodzi na to, że powinniśmy jednak zjeść jeszcze więcej niż zjedliśmy. Z własnej głupoty i nieśmiałości nie dotankowaliśmy też wystarczającej ilości wody u Marka (bidony zostały na noc w piwnicy). Teraz jedziemy na rezerwie. Jest bardzo wcześnie i wszystko jest jeszcze pozamykane. Poza tym jedziemy przez same wiochy i niczego tu po prostu nie ma. Zła nawierzchnia, małe „zmarszczki”, zimno, pustawe żołądki i brak słońca - to wszystko dokucza.
Drugie śniadanie
Gdy docieramy do Łobza otwarty jest już supermarket. Wpadamy do niego i robimy duże zakupy. Bułki, pasztet, 2 duże kawałki sernika, ciasteczka i soki. Ciasteczka swoją świeżość mają dawno już za sobą, bo nadzienie jest twarde jak kamień. Jednak głodny cyklista nie pogardzi nawet takim kamieniem :).
Łobez

Posileni jedziemy do Świdwina. Przed miastem drogę przecinają tory kolejowe idące pod skosem. Jadący obok samochód spycha mnie na bok i cudem ratuję się od gleby. W Świdwinie przebieramy się w lżejsze ubrania. Robi się ciepło. Coraz wyraźniejsze są też pagórki: podjazd przed Połczynem, zjazd do miasta, zjazd przez Ogartowo i kolejne hopy.
Polityka przystankowa w Sławie

Wreszcie ładna pogoda

Maratony
Na długim odcinku między Strzmielami a Barwicami jest okazja do wspominania maratonów szosowych. Jedziemy częściowo po trasie aż czterech z nich: łobeskiego, kołobrzeskiego, choszczeńskiego i gryfickiego. No i w końcu docieramy do Szczecinka.

Tu zatrzymujemy się w znanym nam od kilku już lat „Domu Woźnego” na wspaniałe pierogi i zupę. Tak odżywieni możemy wsiąść do pociągu i ruszyć w kilkugodzinną drogę do domu. Dzisiejsza średnia to 24,4 km/h. Jest w to wliczone kręcenie się po Szczecinku i łażenie po dworcach (Szczecinek i Poznań).


Queen of the night
Po śniadanku żegnamy się z Markiem i ruszamy w drogę. Jest jeszcze zupełnie ciemno. Szczecin śpi.

Jest też całkiem ciepło (8 stopni). Zaczynamy od zjazdu. Szosa mocno opada i rowery lecą jak na skrzydłach. Jazda przez pogrążone we śnie miasto jest bardzo przyjemna. Moja MP3 jakby wyczuwała wczesną porę, bo w sposób zupełnie losowy płyną przez słuchawki kolejne spokojne kawałki. Pierwszy bardziej dynamiczny utwór to Whitney Houston i jej Queen of the night. Nie ma tu żadnych innych dziewczyn na rowerach o tej absurdalnej porze. Przez ponad godzinę mogę być taką queen of the night, a potem przychodzi upiornie trzeźwy świt.
Kac
Jest paskudnie zimno (jedynie 5 stopni) i szaro. Żadnych romantycznych wschodów słońca. Zamiast tego stalowe szarości.

Romantyzmu nie przydaje też sama droga. Nawierzchnia jest parszywa. Łata na łacie i dziura za dziurą. Raz po raz natura radośnie triumfuje nad cywilizacją i z dziur wyrasta trawa. Dopełnieniem tego obrazka są lekko wczorajsi panowie, których raz po raz mijamy. Chodzą bokiem drogi chwilami wyłażąc na jej środek. Dla nich ten świt nie jest upiornie trzeźwy, a raczej do bólu skacowany.
Na rezerwie
Dzisiejsza trasa wchodzi gorzej niż wczorajsza. Siedzimy na jakimś beznadziejnym przystanku autobusowym i zastanawiamy się co się dzieje.

Nogi wczorajszej trasy nie odczuły. Są zupełnie ok. Wychodzi na to, że powinniśmy jednak zjeść jeszcze więcej niż zjedliśmy. Z własnej głupoty i nieśmiałości nie dotankowaliśmy też wystarczającej ilości wody u Marka (bidony zostały na noc w piwnicy). Teraz jedziemy na rezerwie. Jest bardzo wcześnie i wszystko jest jeszcze pozamykane. Poza tym jedziemy przez same wiochy i niczego tu po prostu nie ma. Zła nawierzchnia, małe „zmarszczki”, zimno, pustawe żołądki i brak słońca - to wszystko dokucza.
Drugie śniadanie
Gdy docieramy do Łobza otwarty jest już supermarket. Wpadamy do niego i robimy duże zakupy. Bułki, pasztet, 2 duże kawałki sernika, ciasteczka i soki. Ciasteczka swoją świeżość mają dawno już za sobą, bo nadzienie jest twarde jak kamień. Jednak głodny cyklista nie pogardzi nawet takim kamieniem :).
Łobez

Posileni jedziemy do Świdwina. Przed miastem drogę przecinają tory kolejowe idące pod skosem. Jadący obok samochód spycha mnie na bok i cudem ratuję się od gleby. W Świdwinie przebieramy się w lżejsze ubrania. Robi się ciepło. Coraz wyraźniejsze są też pagórki: podjazd przed Połczynem, zjazd do miasta, zjazd przez Ogartowo i kolejne hopy.
Polityka przystankowa w Sławie

Wreszcie ładna pogoda

Maratony
Na długim odcinku między Strzmielami a Barwicami jest okazja do wspominania maratonów szosowych. Jedziemy częściowo po trasie aż czterech z nich: łobeskiego, kołobrzeskiego, choszczeńskiego i gryfickiego. No i w końcu docieramy do Szczecinka.

Tu zatrzymujemy się w znanym nam od kilku już lat „Domu Woźnego” na wspaniałe pierogi i zupę. Tak odżywieni możemy wsiąść do pociągu i ruszyć w kilkugodzinną drogę do domu. Dzisiejsza średnia to 24,4 km/h. Jest w to wliczone kręcenie się po Szczecinku i łażenie po dworcach (Szczecinek i Poznań).


Poznań - Szczecin
Sobota, 5 kwietnia 2014 Kategoria do 300, Kocia czytelnia
| Km: | 278.00 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | m | Sprzęt: Kolarzówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Budzik dzwoni o 4.30. Robimy 5 minut drzemki i śpimy wtedy
z całych sił. Gdy jemy śniadanie, jest zupełnie ciemno. Poranny standard:
herbata, śniadanie, kawa, ciastko, gazeta, radio. I w drogę! Ruszamy w
szarówce. Poznań jeszcze śpi. Nie wahamy się zatem i lecimy najgłówniejszymi
ulicami, które są prawie puste. Krzysztof dyktuje mocne tempo 35-39km/h.
Konsternacja
Szybciutko opuszczamy miasto i następuje pierwsza chwila konsternacji. Szosa przechodzi w grunt. Idziemy prowadząc rowery prawie kilometr. Potem jest trochę szosy i w Pamiątkowie znowu teren (Trakt Napoleoński), ale już tylko ok. 300m. Dalsza droga to bruk. Tracimy cierpliwość. To miały być szosy! Krzysztof zaczepia jakiegoś porannego dziadka, który opowiada, że za brukiem jest dobra droga dla rowerów – polna. Darujemy sobie kolejny spacer i nadkładamy trochę.
grunt nr 1

grunt nr 2

poranny dziadek

Z zasłoniętymi oczami
Przecław to dziś najzimniejsze miejsce – jest tylko 6 stopni. A miało być ciepło i słonecznie! (Dopiero po 90 km temperatura zaczyna rosnąć i przekracza nędzne 7 stopni.) Przejazd przez Szamotuły i Wronki nie jest przyjemny. Musimy przebić się przez oba miasteczka mając oczy dookoła głowy i przewidując zachowanie kierowców. Dalej jest już tylko lepiej. Jedziemy przez Puszczę Notecką i docieramy do Wielenia.
Pełne uroku Drezdenko

Kawa w Drezdenku

Niewygodnie robi się dopiero na wyjeździe z Drezdenka – tu droga wojewódzka na odcinku 2 km ma nawierzchnię ze starego (ale równego) kamiennego bruku. Trochę trzęsie, więc za szybko nie da się jechać.
2km bruku

W Barlinku na podjeździe doganiamy szosowca. Ubrany jest w strój Barlineckiej Grupy Kolarskiej. Jedziemy i gadamy i jest zupełnie tak jak gdyby ktoś zasłonił nam oczy. Nie poznaję, że to Andrzej Binkowski, który kilkukrotnie ukończył BB (w tym roku po raz pierwszy pojedzie w kat. Solo) i LEL. On natomiast nie rozpoznaje mnie. Przedstawiamy się sobie i wybuchamy śmiechem :). Znamy się przecież!
Złodzieju!

Barlinek

Andrzej i Krzysztof

Trójki
Jedziemy tak we trójkę od Barlinka do Lipian.
Lipiany

Lipiany

Potem my odbijamy ku starej DK 3. W Lipianach znowu jest bruk. Na niedużym ryneczku robimy zakupy i jedziemy na starą trójkę. Ruch jest symboliczny, a droga równa, szeroka i z przepastnym poboczem. Za Pyrzycami mijamy miejsce tragicznego wypadku z 2011r., gdzie pijany kierowca wjechał w grupę kolarzy i zabił dwóch z nich. Zatrzymujemy się tu na chwilę. W takich momentach człowiek zaczyna się zastanawiać...

Jak to się mogło stać? Było przecież tyle miejsca....

Szczecin
No i w końcu nadchodzi moment, gdy mijamy tablicę z napisem Szczecin.

Mamy stąd jeszcze jednak kawałek drogi do pokonania – nocujemy u Marka i jego rodziny, którzy mieszkają trochę dalej. Początek jazdy krajową 10 nie jest zły. Jest to całkiem wygodna kilkupasmówka. Ale im bliżej centrum, tym fatalniej: koleiny, czasem dziury i duży ruch. Wskakujemy na ścieżkę rowerową, ale to też nie jest dobre rozwiązanie. Szkło, piach, piesi z pieskami sprawiają, że prawie stajemy w miejscu. Potem ścieżka się nieoczekiwanie (jak zwykle?) kończy. Nie ma tu nawet pasów, więc na dziko przebiegamy przez szeroką ulicę.


Końcówka to niespodziewany podjazd. Najpierw 7%, potem drugi 5%. No i jesteśmy na miejscu! Marek i Małgosia przyjmują nas po królewsku i porządnie karmią (kilkudaniowy pyszny obiad!). Wieczór spędzamy na gadaniu, jest fantastycznie. Średnia prędkość jaką osiągnęliśmy na tej trasie to 27,7km/h. Wchodzą w nią również poranne spacery po gruntowych drogach i przejazdy po ścieżkach rowerowych – licznik nie był wtedy zdejmowany.
Konsternacja
Szybciutko opuszczamy miasto i następuje pierwsza chwila konsternacji. Szosa przechodzi w grunt. Idziemy prowadząc rowery prawie kilometr. Potem jest trochę szosy i w Pamiątkowie znowu teren (Trakt Napoleoński), ale już tylko ok. 300m. Dalsza droga to bruk. Tracimy cierpliwość. To miały być szosy! Krzysztof zaczepia jakiegoś porannego dziadka, który opowiada, że za brukiem jest dobra droga dla rowerów – polna. Darujemy sobie kolejny spacer i nadkładamy trochę.
grunt nr 1

grunt nr 2

poranny dziadek

Z zasłoniętymi oczami
Przecław to dziś najzimniejsze miejsce – jest tylko 6 stopni. A miało być ciepło i słonecznie! (Dopiero po 90 km temperatura zaczyna rosnąć i przekracza nędzne 7 stopni.) Przejazd przez Szamotuły i Wronki nie jest przyjemny. Musimy przebić się przez oba miasteczka mając oczy dookoła głowy i przewidując zachowanie kierowców. Dalej jest już tylko lepiej. Jedziemy przez Puszczę Notecką i docieramy do Wielenia.
Pełne uroku Drezdenko

Kawa w Drezdenku

Niewygodnie robi się dopiero na wyjeździe z Drezdenka – tu droga wojewódzka na odcinku 2 km ma nawierzchnię ze starego (ale równego) kamiennego bruku. Trochę trzęsie, więc za szybko nie da się jechać.
2km bruku

W Barlinku na podjeździe doganiamy szosowca. Ubrany jest w strój Barlineckiej Grupy Kolarskiej. Jedziemy i gadamy i jest zupełnie tak jak gdyby ktoś zasłonił nam oczy. Nie poznaję, że to Andrzej Binkowski, który kilkukrotnie ukończył BB (w tym roku po raz pierwszy pojedzie w kat. Solo) i LEL. On natomiast nie rozpoznaje mnie. Przedstawiamy się sobie i wybuchamy śmiechem :). Znamy się przecież!
Złodzieju!

Barlinek

Andrzej i Krzysztof

Trójki
Jedziemy tak we trójkę od Barlinka do Lipian.
Lipiany

Lipiany

Potem my odbijamy ku starej DK 3. W Lipianach znowu jest bruk. Na niedużym ryneczku robimy zakupy i jedziemy na starą trójkę. Ruch jest symboliczny, a droga równa, szeroka i z przepastnym poboczem. Za Pyrzycami mijamy miejsce tragicznego wypadku z 2011r., gdzie pijany kierowca wjechał w grupę kolarzy i zabił dwóch z nich. Zatrzymujemy się tu na chwilę. W takich momentach człowiek zaczyna się zastanawiać...

Jak to się mogło stać? Było przecież tyle miejsca....

Szczecin
No i w końcu nadchodzi moment, gdy mijamy tablicę z napisem Szczecin.

Mamy stąd jeszcze jednak kawałek drogi do pokonania – nocujemy u Marka i jego rodziny, którzy mieszkają trochę dalej. Początek jazdy krajową 10 nie jest zły. Jest to całkiem wygodna kilkupasmówka. Ale im bliżej centrum, tym fatalniej: koleiny, czasem dziury i duży ruch. Wskakujemy na ścieżkę rowerową, ale to też nie jest dobre rozwiązanie. Szkło, piach, piesi z pieskami sprawiają, że prawie stajemy w miejscu. Potem ścieżka się nieoczekiwanie (jak zwykle?) kończy. Nie ma tu nawet pasów, więc na dziko przebiegamy przez szeroką ulicę.


Końcówka to niespodziewany podjazd. Najpierw 7%, potem drugi 5%. No i jesteśmy na miejscu! Marek i Małgosia przyjmują nas po królewsku i porządnie karmią (kilkudaniowy pyszny obiad!). Wieczór spędzamy na gadaniu, jest fantastycznie. Średnia prędkość jaką osiągnęliśmy na tej trasie to 27,7km/h. Wchodzą w nią również poranne spacery po gruntowych drogach i przejazdy po ścieżkach rowerowych – licznik nie był wtedy zdejmowany.
Praca
Piątek, 4 kwietnia 2014
| Km: | 30.06 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 160m | Sprzęt: Przełajówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Wizyta
Czwartek, 3 kwietnia 2014
| Km: | 3.87 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 19m | Sprzęt: Hardtail | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Praca
Czwartek, 3 kwietnia 2014
| Km: | 48.40 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| : | kcal | Podjazdy: | 243m | Sprzęt: Przełajówka | Aktywność: Jazda na rowerze | ||





