Gatto.Rosablog rowerowy

informacje

baton rowerowy bikestats.pl
Statystyki zbiorcze na stronę

Znajomi

wszyscy znajomi(101)
Kalendarz na stronę

wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy Kot.bikestats.pl

linki

MRDP 2021 (1)

Sobota, 21 sierpnia 2021 Kategoria do 650, Ekstremalnie, Kocia czytelnia, MRDP 2021
Km: 603.00 Km teren: 0.00 Czas: 28:05 km/h: 21.47
Pr. maks.: 52.70 Temperatura: °C HRmax: HRavg
: kcal Podjazdy: 3172m Sprzęt: Kolarzówka Aktywność: Jazda na rowerze
Kiedy w sobotnie przedpołudnie, naładowani pozytywnymi emocjami, zbieramy się na starcie MRDP pod latarnią Rozewie, nikt z nas nie wie, że przyjdzie nam się zmierzyć z wyjątkowo wredną pogodą, że pogoda w sposób bezlitosny będzie niszczyła plany, zabierała nadzieję oraz zdrowie, że mniej więcej połowa z nas nie dojedzie do mety ani w limicie, ani nawet poza nim.
Nie wiemy tego jeszcze, zatem trwają ożywione dyskusje, jest wesoło, uśmiechamy się, pozujemy do zdjęć i słuchamy tradycyjnej przemowy Daniela – Dyrektora MRDP.

Równo o 12.00 ruszamy. W peletonie liczącym niespełna 80 osób są 3 dziewczyny: Renata i Gosia jadące w kategorii OPEN oraz ja, jadąca w kategorii SOLO. Wierzę w siebie, we własne możliwości. Niespecjalnie lubię się stowarzyszać, jeszcze mniej lubię, gdy ktoś ogląda mnie zmęczoną z bliska. Uważam więc, że SOLO to najlepsze rozwiązanie.





Początek jest średni. Ale to normalne. Jakoś trzeba się wydostać z Jastrzębiej Góry i ominąć trójmiejską aglomerację. Tym razem nie jedziemy, jak 4 lata temu, najgłówniejszymi drogami przez Trójmiasto, lecz bokami. Jest zauważalnie lepiej, choć np. Reda jest do jazdy rowerem paskudna. Dalej jest Trójmiejski Park Krajobrazowy. Trochę górek, zniszczony asfalt. To tu po raz pierwszy doganiam Gosię. Kiedy mnie zauważa, przyspiesza, a ja… nie gonię. Żeby ostudzić gorące emocje, odbijam w krzaki, na pierwsze siku. Na ściganie jeszcze przyjdzie czas. W końcu to nie jest sprint na 320 km, lecz MRDP i 3200 km.

Ten dzień, trzeba przyznać, jest wyjątkowo ładny. Być może po to, żebyśmy go sobie dobrze zapamiętali i mieli dobre wspomnienia. Mawiają, że najlepiej zapamiętuje się to, co było na początku. Gdyby tak miało być, to moim głównym wspomnieniem byłby ten właśnie dzień. Hmm…, a przecież nie jest.

Tego dnia wszystko idzie bardzo dobrze. Mimo za niskiej wagi startowej, niezagojonej rany po usunięciu ósemki i pewnych problemów z jedzeniem w związku z tą raną, jestem niesamowicie zmotywowana i jadę sprawnie. Szybko, jak na swoje możliwości, i prawie bez zatrzymań. Jestem więc zadowolona. Tasuję się z innymi zawodnikami, czasem również z Gosią i chłopakami z nią jadącymi. Nie widzę natomiast zupełnie Wojtka i Renaty i nie bardzo wiem, gdzie oni są.

Nowy Dwór Gdański i pierwszy Orlen na trasie. Szybko picie i jedzenie, żeby za długo tu nie być. Zwłaszcza, że robi się tłoczno. Trochę rozwalam ranę po ósemce. No jednak jeszcze muszę uważać.

W okolicach Elbląga na rowerach jadą chwilę obok mnie Marek Dive oraz jakiś jego kolega, miło. Potem przy drodze kibicują dziewczyna i chłopak na rowerach. To mogli być Kasia i Sierra, choć przeleciałam tam szybko i nie jestem pewna.

Ładny dzień przechodzi w ładny, choć chłodny wieczór. Zatrzymuję się przy jednej z wiat przystankowych już po zachodzie słońca, gdyż uznaję, że jest już zimno na tyle, że można ubrać się na noc. Raz a dobrze. Pod tą wiatą jest też Marcin Nalazek, który też się ubiera. Minę ma mało wesołą. Mówi, że pamięta, co będzie dalej na tej trasie. Cóż… ja też pamiętam i od teraz obydwoje miny mamy jak zbite psy. Dodaję do tego jeszcze, że pamiętam, gdzie będzie bolało i wtedy robi się na maksa smutno. On rusza pierwszy, ale potem tasujemy się, bo Marcin co chwilę robi przystanki, by ubrać się jeszcze.

Jest 21.21, gdy ląduję na Orlenie w Braniewie (202 km). Biorę kawę na dobry wjazd w tę noc. Ziiiimno! Na tym Orlenie spotkałam też Gosię z chłopakami i chyba też marudzili na zimno.
Tej nocy jest tasowanie. Oni jadą wyraźnie szybciej. Natomiast ja zupełnie nie szarpię, tylko pilnuję, żeby było równo i bez zatrzymań. Potem jest jeszcze jeden nocny Orlen, w Bartoszycach (287 km). Jednak wchodzę tam i… od razu wychodzę. Na podłodze siedzą, a może i leżą nasi. Widzę wystające czyjeś nogi. Chciałam wziąć zapiekankę, ale ostatnią wg mnie jadalną bierze jeden z naszych. Nie mam więc czego tu szukać. Czuję się rozczarowana. Zagryzam własnego kabanosa z torby i pryskam stąd natychmiast!

Potem, tej nocy, nie dogonił mnie już nikt. A jechało mi się dobrze, mimo dużego zimna. Pod koniec nocy, zaczyna mnie lekko brać spanie i to jest ten moment, gdy rozglądam się za jakąś wiatą. Niewiele mi trzeba. Kwadrans, może pół godzinki. To w końcu pierwsza noc! Niestety każda wiata, w którą zaglądam jest zajęta. Nasi tam leżą. A wiaty GreenVelo są zajęte nawet piętrowo! Ludzie leżą grupowo na ławkach i stołach. No ładne rzeczy!

Ja w końcu zalegam też. Jest to wiata przystankowa tuż przed Korszami (312 km). Leżę tu mniej więcej kwadrans. Potem znowu mnie lekko ścina i znowu patrzę za wiatą. Kładę się na 335 km trasy, znowu w wiacie przystankowej, na około 20 minut. Długo nie wytrzymuję, bo jest przeraźliwie zimno i wilgotno (mgła)! Dowiaduję się potem, że tej nocy było około 4 stopni. Któż by pomyślał, że sierpniowa noc może być tak lodowata. Brr! Jadę przy brzegu jez. Mamry (tu również pod wiatą nasi), potem przez Węgorzewo, Banie Mazurskie. Jest już oczywiście jasno, od jakiegoś czasu.

Wraz z nowym dniem, wraca przytomność umysłu. Wraca - a wraz z nią poczucie, że chyba jest średnio. Oto docieram do Gołdapi (409 km). Jest mocno rano. Zajeżdżam na Orlen. Czuję się jakaś taka… wczorajsza. Biorę kawę i zapiekankę. Dowiaduję się, że przeskoczyłam kilka pozycji w górę, tej zimnej nocy. Tak, to racja, kryzysy przychodzą i odchodzą. Pokrzepiona tą myślą wychodzę ze stacji. Pora zmierzyć się z dniem po nieprzespanej nocy. Lecę sobie słuchając muzyki. W moich uszach Audiofly AF100. Kupiłam specjalnie na MRDP i jestem z nich zadowolona. Nie są to moje IE 800S, ale grają zupełnie poprawnie, liniowo, tak jak lubię.

No i leci sobie akurat George Michael:

„Now every day I see you in some other face
They crack a smile, talk a while
Try to take your place”

I robi się błogo, jego głos w mojej zmęczonej głowie, no to…. lecimy razem przez całą szerokość ulicy, wprost na trawę po drugiej stronie i prawie do rowu! Wraca przytomność, prawie zasnęłam. Szybko, wiata! Trafia się jakaś, 440 km trasy, tuż przed Żytkiejmami. Zupełnie beznadziejna wiata. Ławka to wąska, wypukła deska, w dodatku bez oparcia i krzywa. Przechodzi kobieta z małą dziewczynką, kiedy akurat usiłuję się tam położyć. Kobieta śmieje się do małej mówiąc: nie przeszkadzajmy jej, ona chyba zasypia. Mam ochotę z całych sił je poprosić, by nie odchodziły, by obudziły mnie, pogadały ze mną o czymkolwiek. Ale chyba nie wypada. Uśmiecham się jedynie… sennie. Na tej ławce nie da się leżeć i doprowadza mnie to do rozpaczy... Dzwonię do W. i chwilę gadamy, dzięki temu budzę się. Potem senność już do mnie nie wróciła.

Na kolejnych kilometrach tasowałam się z chłopakiem, który jechał w rozdartych na nodze (i częściowo tyłku) spodenkach. Twierdził, że nie zaliczył żadnej gleby, że spodenki po prostu pękły, bo są beznadziejnie słabo zrobione.

W okolicy Rutki-Tartak spore górki. Pogoda jakaś taka dziwna. Nie jest zbyt ciepło, ale też nie zimno i w dodatku wieje.
Następnie dogonił mnie Pirzu. Mówił, że będzie szukał jakiegoś obiadu. Ja w sumie miałam podobne myśli. Trochę mi odjechał, ale w Szypliszkach (474 km trasy) zauważyłam przy drodze jego rower. Doszłam do wniosku, że pewnie stoi przy restauracji, podjechałam więc i ja. Obiad zjedliśmy zatem razem. Słabo mi poszło to jedzenie. Zjadłam zupę pomidorową i podziubałam drugie danie, a na odchodne wypiłam Pepsi. Na TABR zawsze po Pepsi czułam się lepiej. Czaruję zatem rzeczywistość, bo w rzeczywistości czuję się przeczesana. Chyba głównie przez minioną, wyjątkowo zimną noc.

W planach na dziś mam dojazd do Krynek. Myślę sobie, że to może być dobre miejsce na noc. Drogi do Nowego Dworu (582 km) zupełnie nie pamiętam. W każdym razie na pewno jest lepiej niż 4 lata temu. Wtedy dojechałam tu późnym wieczorem, w solidnym i od długiego czasu już padającym deszczu. Teraz docieram tu o zmierzchu. Czuję się średnio i dochodzę do wniosku, że spróbuję zanocować tam gdzie wtedy – był to czyjś dom prywatny. Zapukałam wtedy do drzwi przypadkowego domu, który miał ładne okna. Otworzył mi mężczyzna z brzytwą w ręce i z pianką do golenia na twarzy. Wpuścił do kotłowni, zrobił herbatę. To była dobra noc. Jestem przekonana, że mimo tych 4 lat będzie mnie pamiętał. Mógłby zapomnieć? No chyba nie! Takie wizyty nie trafiają się w końcu codziennie! Niestety… jadę przez Nowy Dwór i nic. Nie odnajduję tego domu. Wracam się i latam po tym Nowym Dworze jak wściekła. Przecież dom nie mógł zapaść się pod ziemię!

A jednak nic z tego… Po prostu nie ma! Straciłam trochę czasu. Trochę się rozbudziłam. Jadę dalej. Nie mam pomysłu na tę noc. Zobaczymy, co będzie. I tak, ze 3-5 km przed Kuźnicą, mijam wiatę przystankową. Jest ciemno. W wiacie czerwone rowerowe światełko. Pewnie ktoś śpi. Naraz głos: eeeeej! Ktoś mnie chyba woła. Zatrzymuję się. W wiacie Krzysztof Wlazło. Mówi, że trzeba szukać noclegu. Rację ma. Ruszamy razem, obok siebie chwilę jadąc. Mówi, że zna w Kuźnicy miejsce. Tani hotel. Odskakuje mi potem, ale w Kuźnicy znowu się zjeżdżamy i zatrzymujemy się pod tym hotelem. Wygląda to wybitnie nieciekawie. Przy wejściu stoi kilku facetów. Wszyscy z flaszkami, wszyscy pijani. Krzysztof gada z nimi o noclegu. A ja myślę, czy to jest ok., że razem tu jesteśmy, skoro jesteśmy w kat. SOLO oraz myślę, że nie podoba mi się tu. Nie ma co tracić czasu. Mówię Krzyśkowi, że jadę szukać innego miejsca. W istocie nie jadę, lecz idę. Obok jest komisariat policji. Wchodzę i pytam, czy mają kawałek podłogi na 5 godzin dla mnie. Mówią, że komisariat nie jest całodobowy i niedługo zamykają. Polecają hotel obok. Wspominam o pijanych facetach, na co jeden z policjantów podwija rękawy i mówi: idę zrobić tam porządek! Na to ja przerażona, powstrzymuję go. O, nie! Przecież jak oni mnie dorwą potem, a dorwą na pewno, to pokroją na kawałki. Pytam więc, dla odmiany, czy jest tu jakiś kościół, plebania. Już po chwili siedzę na rowerze i jadę na plebanię. Krzysiek za mną. Jednak kiedy się zatrzymuję stwierdza, że w sumie, to on się rozbudził i pojedzie do tych Krynek, 40 km. Trochę mu zazdroszczę. Ale wiem też, że takie rozbudzenie może być chwilowe. Ostatni kwadrans był intensywny. Gdy znowu wjedzie się w tę spokojną noc, to różnie może być…

No więc stoję pod plebanią i pukam. Nic. Na drzwiach jest numer telefonu. Dzwonię. Po chwili ksiądz podchodzi do okna. Jest lekko przestraszony. To w końcu niespokojne ostatnio pogranicze z Białorusią. Po chwili mówi jednak: muszę pani zaufać, pani wygląda tak… prawdziwie! I wpuszcza mnie do środka. Robi herbatę. Rozmawiamy, a ja w tym czasie zjadam pierogi, które kupiłam specjalnie na ten wieczór i następny poranek. Potem idę spać na 5 godzin. Dwa dni i jedna noc. 603 km za mną.




Ciąg dalszy


komentarze
Widzę, " że stara gwardia " ciągle gości u Kota. Czytam dalej.
lutra
- 22:08 sobota, 2 października 2021 | linkuj
Michał, Tobie się nie należy czytanie! Zostawiłeś nas, nie piszesz, nie dzwonisz, listów nie przysyłasz... :(


;)
yurek55
- 09:22 niedziela, 12 września 2021 | linkuj
Aż się specjalnie zalogowałem. Super! Czekam na dalszy ciąg. :)
michuss
- 17:41 sobota, 11 września 2021 | linkuj
Czekałem! Dziękuję! Jeszcze, jeszcze, jeszcze! :)
100mil
- 13:57 piątek, 10 września 2021 | linkuj
Jak zwykle świetne czytanie :)
artd70
- 09:32 piątek, 10 września 2021 | linkuj
Ależ to się czyta!
yurek55
- 20:44 czwartek, 9 września 2021 | linkuj
Kosmiczny dystans!
Wyborna relacja :)

Pozdrawiam :)
malarz
- 18:41 czwartek, 9 września 2021 | linkuj
Komentować mogą tylko znajomi. Zaloguj się · Zarejestruj się!

kategorie bloga

Moje rowery

Hardtail
Przełajówka
Terenówka
Kolarzówka

szukaj

archiwum